The Darkness: Recenzja płyty “Pinewood Smile”

0

The Darkness wciąż walczą o odzyskanie statusu gwiazdy, jaki przyniosła im album „Permission to Land”. Niestety, nowa płyta „Pinewood Smile” nie przybliża ich do celu.

Zespół braci Hawkins po osiągnięciu wielkiego, niespodziewanego sukcesu za sprawą debiutu, szybko zderzył się ze ścianą i po wydaniu klapy komercyjnej w postaci „One Way Ticket to Hell… and Back!” rozpadł się na parę lat. W 2011 konflikty personalne i problemy osobiste zostały zażegnane i grupa powróciła w oryginalnym składzie. Po udanym „Hot Cakes” odszedł jednak perkusista Ed Graham, którego zastąpiła Emily Dolan Davies. Dziewczyna w zespole słynącym z męskiego sprośnego poczucia humoru wytrzymała jedynie sesję do „Last of Our Kind” i na jej miejscu zasiadł bardziej „swojski” Rufus Taylor – syn perkusisty Queen, Rogera Taylora. W tej konfiguracji The Darkness promowali wspomnianą płytę, a także nagrali nową „Pinewood Smile”.

O ile wydawać by się mogło, że na „Last of Our Kind” zespół postanowił wziąć się za granie rocka bardziej serio (chociażby ‘Open Fire’ bez firmowego falsetu Hawkinsa), o tyle na premierowym albumie znów wracają do żartów, które w tak dużej dawce są dość ciężkostrawne. Właściwie każda piosenka ma absurdalny lub po prostu głupi tekst, a obecnie radosna twórczość The Darkness przypomina bardziej kabaret, niż granie rocka z poczuciem humoru. Ostatnie dwie dobre płyty i przyjście Rufusa dawało nadzieję na nagranie czegoś bardziej ambitnego, ale tendencja zwyżkowa tym razem została zahamowana. Niczego dobrego nie zwiastowały już single – ‘All the Pretty Girls’ i ‘Solid Gold’ to banalne rockowe kawałki sprawiające wrażenie napisanych w 5 minut. Niestety, The Darkness nie „srają szczerym złotem”, tak jak śpiewają w tym drugim utworze. Tym razem jest to zwyczajne gówno. Trzecią piosenką wybraną do promocji była ‘Southern Trains’, skomponowana „ku chwale” tytułowego przewoźnika kolejowego. Tekst „Oto podróż w czystą rozpacz/Wszędzie pieprzone dupki/Czuję w powietrzu siki i gówno/Pieprzcie się Southern Trains, nigdzie się nie dostaniemy” może dla Polaków brzmieć dziwnie znajomo. Dobrze, że panowie z The Darkness nie podróżowali nigdy PKP, bo wtedy chyba napisaliby na ten temat cały album… Kawałek został dopełniony teledyskiem nagranym przez Snapchat.

Ogólnie rzecz biorąc, trzy słabe single i straszna okładka nie odstraszyły mnie od przesłuchania całości, ponieważ losy zespołu śledzę od początku. Debiutancka płyta będąca połączeniem najlepszych tradycji AC/DC, Thin Lizzy i Queen była dla mnie objawieniem i właściwie każdy utwór na niej zawarty był lub mógłby być hitem. Do tej pory zespół gra na koncertach 9 z 10 piosenek z „Permission to Land”, a to świadczy o ponadczasowości tego albumu. Nawiązałem tutaj do pierwszego krążka, ponieważ na „Pinewood Smile” brak właśnie jego atutów. Dobrych kompozycji, dobrych tekstów i dobrego brzmienia. Ciekawszymi fragmentami są okraszone mocnymi riffami ‘Buccaneers of Hispaniola’ i ‘Japanese Prisoner of Love’. Zabija je niestety brak dynamiki – cała płyta zmiksowana jest tak, że atakuje uszy bez chwili wytchnienia i przebrnięcie przez nią staje się wyzwaniem. Nawet takie, z pozoru wolniejsze utwory, jak ‘I Wish I Was in Heaven’, są męczące ze względu na ścianę gitar i falsetów Hawkinsa. Ostatni, ‘Stampede of Love’, zaczyna się dość obiecująco – akustycznym wstępem brzmiącym trochę jak skrzyżowanie ‘Blackbird’ The Beatles z ‘That’s the Way’ Led Zeppelin. Następnie przechodzi w rockowe granie, lecz niestety zamiast się rozwijać nagle się kończy i… otrzymujemy kolejny, tym razem krótki punkowy żart na zakończenie płyty. Do wersji deluxe dołączone są jeszcze cztery kawałki, jednak nie wiem czy dalsze słuchanie nijakiego rocka jest takim luksusowym przeżyciem.

Niestety na piątej płycie The Darkness się nie popisali. Nie widzę tu żadnego utworu, który mógłby na stałe wejść do ich kanonu i koncertowego repertuaru. Słaby, męczący album, który jest jednym z największych zawodów tego roku. Mam nadzieję, że jeszcze będzie ich stać na to, żeby się zrehabilitować i nagrać coś naprawdę ciekawego i ambitniejszego. Z drugiej strony, jeżeli przez prawie 15 lat od debiutu nie potrafią wykorzystać swojej szansy, boję się, że już nic wielkiego z tego nie będzie.

1 All The Pretty Girls
2 Buccaneers Of Hispaniola
3 Solid Gold
4 Southern Trains
5 Why Don’t The Beautiful Cry?
6 Japanese Prisoner Of Love
7 Lay Down With Me, Barbara
8 I Wish I Was In Heaven
9 Happiness
10 Stampede Of Love
11 Uniball
12 Rack Of Glam
13 Seagulls (Losing My Virginity)
14 Rock In Space

Wyro(c)k

54%
54%
Proud Mary

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    5
  • Instrumentarium
    6
  • Wokal
    6
  • Brzmienie
    5
  • Repeat mode
    5
  • Oceny czytelników (0 głosów)
    0
Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!