Queen: Wrażenia z premiery filmu “Bohemian Rhapsody”

0

Ale ten czas leci… Wydaje się, że dopiero niedawno byliśmy świadkami ogłoszenia biograficznego filmu o Freddiem, w którym główną rolę miał zagrać Sacha Baron Cohen. Następnie śledziliśmy zawirowania związane z rozbieżną wizją aktora i pozostałych muzyków Queen. Wreszcie z ekscytacją oglądaliśmy pierwsze zdjęcia z planu. A dziś jesteśmy już po premierze filmu „Bohemian Rhapsody”.

Biorąc pod uwagę długość czasu pracy nad projektem, ilość zmian i przeciwności losu, w tym wspomnianą utratę głównego aktora, można było drżeć o efekt końcowy. Twórcy filmu o Queen wyszli z problemów obronną ręką, a Rami Malek w roli Freddiego Mercury okazał się strzałem w dziesiątkę. Jak to zwykle w filmach biograficznych bywa, nie obyło się bez pewnych kontrowersji.

„Bohemian Rhapsody” wzbudza wielkie zainteresowanie i wczoraj w kinie czuć było atmosferę święta wśród fanów. Obraz został stworzony z rozmachem godnym Królowej. Wygląda na to, że okaże się przebojem – w pierwszy weekend wyświetlania oraz pokazach przedpremierowych budżet 50 milionów dolarów już właściwie się zwrócił. Myślę, że dla każdego „zwykłego” widza film będzie dobrą rozrywką, jednak chciałbym spojrzeć dzieło z perspektywy fana Queen. Co wzbudza uśmiech i emocje, a co zostało potraktowane po macoszemu lub zostało przekręcone na potrzeby większego dramatyzmu hollywoodzkiej produkcji?

Przede wszystkim na pochwałę zasługuje rewelacyjny Rami Malek oraz jego charakteryzacja. Aktor doskonale oddał nie tylko gesty i zachowanie Freddiego, ale także jego bezpośredniość, zmysł obserwacji, sarkastyczne i sytuacyjne poczucie humoru, z którego był znany oraz dwoistą osobowość. Szczególnie przekonująco wypada w pierwszej części filmu, gdzie ukazuje ambicję młodego Freddiego w dążeniu do celu, by być największym artystą na świecie. Niewiele ustępuje mu Gwilym Lee w roli Briana Maya. Również byłem pod wrażeniem jak dobrze udało mu się odwzorować „filozoficzny” i angielski sposób bycia Maya. Podczas przygotowań do filmu spędził z nim zresztą sporo czasu ucząc się grać na gitarze, by dobrze oddać tę umiejętność na ekranie. Niestety, dużo gorzej wypadają aktorzy wcielający się w Rogera Taylora i Johna Deacona. Deacon jak to Deacon, jak zwykle został potraktowany trochę jak wyrzutek i zapewne nad jego rolą niezbyt się pochylano. Wydawało mi się, że Taylor, który także osobiście nadzorował tworzenie filmu, znajdzie dla siebie lepszego dublera. Tymczasem panowie nie są zbyt wiarygodni i moim zdaniem pojawia się tu spory kontrast między filmowymi Mercurym i Mayem, a Taylorem i Deaconem.

Wobec obecności Maya i Taylora na planie trochę dziwi mnie również mieszanie i przeinaczanie faktów. Pomijając szczegóły, które zauważą tylko fani, na przykład to, że ‘Fat Bottomed Girls’ i ‘We Will Rock You’ według twórców powstały na początku lat 80-tych (Freddie już z krótkimi włosami i z wąsem), wszystko jest jakby ugładzone i dostosowane na potrzeby rozwoju historii. Jej punktem kulminacyjnym okazuje się koncert Live Aid w 1985 roku. Nagle okazuje się, że członkowie Queen nie występowali ze sobą od lat, nie rozmawiali ze sobą, a Live Aid ma być ich wielkim powrotem i sprawdzianem. Jest to niezrozumiały zabieg, bo owszem, w latach 80-tych muzycy wydawali solowe płyty, ale przecież zespół również regularnie nagrywał, a nie koncertował tylko w 1983 roku. W dzień wielkiego koncertu Freddie zabiera do swojego domu Jima Huttona, czyli swojego partnera, by przedstawić go rodzicom, co także jest dość dziwnym pomysłem scenarzystów.

Nie wiem czemu występ Queen na Live Aid jest tak bardzo mitologizowany, bo grupa miała wiele innych legendarnych koncertów, m.in. na Wembley, w Budapeszcie czy w Hyde Parku. O nich się już nie dowiadujemy, bo film kończy się po triumfalnym powrocie na Live Aid, który został odwzorowany prawie w całości. Zupełnie został pominięty końcowy etap istnienia zespołu i życia Freddiego, a jest to jeden z najważniejszych okresów, wokół którego powstało wiele legend i niedomówień. Nie wiem dlaczego pozostali muzycy nie zdecydowali się podjąć tego tematu. W końcu, jak mówił Sacha Baron Cohen, w pierwotnej wersji śmierć Freddiego miała być przedstawiona w środku filmu, a dalej obraz miał skupić się na „osieroconych” członkach, by pokazać jak poradzili sobie ze śmiercią wokalisty i dbali o legendę Queen, ukańczając chociażby płytę „Made In Heaven”.

W końcu dochodzi do tego, że po obejrzeniu „Bohemian Rhapsody” nie wiemy tak do końca co wydarzyło się naprawdę, a co jest filmową fikcją. Sporo faktów zostało tu pomieszanych i prawdopodobnie dostosowanych do wersji Maya i Taylora, choć z łatwością można dojść do źródeł, które mówią co innego. Film w całości robi jednak bardzo dobre wrażenie i nie można tu mówić o jakimś zniesmaczeniu. Myślę, że każdy fan Queen powinien go zobaczyć (i prawdopodobnie zobaczy), a obraz pomimo paru minusów przyczyni się do utrwalenia legendy o wyjątkowej postaci, jaką był Freddie Mercury.

 

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!