Lars Ulrich: “Muzyka nie jest moim głównym źródłem inspiracji”

0

Perkusista Metalliki udzielił wywiadu magazynowi “Humanity”, w którym opowiada o tym, jak będzie brzmiał nowy album, wspomina czasy założenia zespołu oraz wypowiada się na temat obecnej sytuacji w przemyśle muzycznym. Wywiad przeprowadzony przez Justina O’Shea możecie przeczytać poniżej.

10 album Metalliki pojawi się w tym roku?

Tak.

Czy mógłbyś zdradzić, jak będzie on brzmiał?

Nie wiem, czy na tą chwilę mogę patrzeć z takiej perspektywy, ale mogę powiedzieć, że się zbliża. Mamy nadzieję, że wydamy go jesienią, i że na pewno brzmi jak Metallica. Będzie on prawdopodobnie mniej porywczy, niż ostatnie nagranie. Na “Death Magnetic” Rick Rubin po raz pierwszy zachęcił nas do tego, byśmy inspirowali się naszą przeszłością. To był pierwszy raz, gdy spojrzeliśmy we wsteczne lusterko. Tym razem, jest nieco inaczej. Nie pracujemy już z Rickiem, a z Gregiem Fidelmanem, technikiem obecnym przy nagrywaniu ostatniego albumu. Tak więc bawimy się teraz elementami produkcyjnymi jak i dźwiękowymi. Możliwe, że będzie to bardziej zróżnicowany krążek. Jest to ekscytujące, ale nie mam jeszcze odpowiedniej perspektywy.

Wydaliście “Death Magnetic” w 2008, więc odstęp pomiędzy nim a jego następcą jest najdłuższy w historii zespołu. Czy przez ten czas zmieniłeś swoje nastawienie i sposób w jaki podchodzisz do tego albumu? Czy zrobienie przerwy okazało się pomocne?

Zabawne, że to mówisz, ponieważ kiedy myślę o ostatnich sześciu, czy ośmiu latach, słowo “przerwa” jest z mojego punktu widzenia nieodpowiednie. Metallica jest zapracowana bardziej niż kiedykolwiek. Mamy także inne podejście, a to jest ważne, by zespół trzymał się zdrowo. Priorytetem są nasze rodziny i nasze dzieci. Kiedy jesteśmy w trasie, gramy przez dwa tygodnie, po czym wracamy do domu na następne dwa. Znaleźliśmy dla siebie inny model, ale nadal gramy dwa albo trzy tuziny koncertów rocznie, alby nadal mieć rozpęd, trzymać się razem i inwestować siebie w zespół.

Myślę, że to, co dzieje się w naszych rodzinach, nasze domowe obowiązki sprawiają, że mamy po prostu nowe wzorce. Ciągle coś robimy, ale nie do tego stopnia, by ponosić straty. To nie tak, że Metallica przestała działać od jakiegoś 2005 roku. Jest to model, który się dla nas sprawdza. Nigdy nie pracujemy na 110% do stopnia, w którym można oszaleć. Ciągle pracujemy na jakieś dwie trzecie, kiedy robimy album, piszemy i nagrywamy, ale robimy to stopniowo. Zawsze coś się dzieje. To sprawia, że ciągle jesteśmy zaangażowani.

Zespół istnieje od 35 lat. Czy od czasu, kiedy zaczynaliście dynamika zespołu i jego członków zmieniła się znacząco?

Jest ona zaskakująco dobra. Mieliśmy kilka potknięć po drodze, 2001, 2002 rok. To zostało udokumentowane na filmie [Some Kind of Monster], więc dużo się o tym mówiło. Jednak w porównaniu z naszymi kolegami po fachu, trzymamy się zaskakująco dobrze.

Założyliśmy zespół w młodym wieku, ja miałem 17 lat, James 18. Byliśmy zieloni, pełni ikry, gotowi do działania. Była w nas mentalność gangu. Mam na myśli to, że wszystko robiliśmy razem. Wspólne granie, życie, spanie, podróże. Ciągłe imprezy. Byliśmy do siebie przyklejeni przez te wszystkie lata.

Później mieliśmy szczęście, że odnieśliśmy jakiś sukces i nagle nasz manager siada i mówi: “Macie wystarczająco pieniędzy, by kupić sobie dom”. Tak więc zrobiliśmy. I pamiętam, przez kilka lat, gdy szedłem do meblowego by kupić kanapę, zastanawiałem się: “Czy Jamesowi spodoba się ta kanapa?”. Potem nadchodzi to dziwne rozczłonkowanie i myślisz sobie: “Kurwa, czy ja tak na prawdę robię to dla siebie?”. Przez te wszystkie lata byliśmy tak ze sobą związani, ale udawało nam się ze wszystkim radzić. Przez 35 lat nie obeszło się bez momentów, w których to wszystko zeszło na dalszy plan, ale nikt nie zwariował, nikt nie stracił panowania, nikt się nie zagubił.

Naszym priorytetem zawsze były potrzeby społeczne, a nie nasze indywidualne. A co istotniejsze, to sposób w jaki to wszystko się ułożyło. Nasza czwórka ma wspólnie dziesięcioro dzieci. Zostaliśmy ojcami prawie w tym samym czasie, szczególnie ja i James, kiedy nasi pierwsi potomkowie przyszli na świat tego samego lata. To też coś, co możemy dzielić i coś, co pozwoliło na rozwinięcie naszej relacji.

W tej części wywiadu Lars opowiada o tym, że jest najbardziej rozgadaną osobą w zespole, i to właśnie on z czwórki chłopaków cytowany jest najczęściej. Przyczyniła się do tego nieśmiałość Jamesa i praktyczność Larsa. Perkusista opowiada o tym, jak kopiował nagrania, rozsyłał je, rozmawiał z managerami i prawnikami.

Lecz zawsze był to rodzaj grupowego manifestu.

Następnie Lars opowiada o dorastaniu w Kopenhadze, o grze w tenisa, zamiłowaniu do muzyki od kiedy w wieku 9 lat zobaczył Deep Purple. Oprócz DP, muzyk wymienia Slade and Sweet, Status Quo, Uriah Heep oraz Kiss jako pierwszych artystów, których oglądał na scenie w Danii w późnych latach 70.

Zespół powstał w LA. Czy to miasto wpłynęło na brzmienie zespołu? 

Wręcz przeciwnie. Czułem, że jest to nieodpowiednie miejsce i czas. W ’80 i ’82 cała moja uwaga skupiała się na zespołach z Anglii, muzyce, która stamtąd płynęła: Motörhead, Iron Maiden, Diamond Head, Saxon, Tygers of Pan Tang. Wszystkie te zespoły nazywane były Nową Falą Brytyjskiego Heavy Metalu, zainspirowały mnie do założenia własnego zespołu. Był to hard rock z domieszką punku, a w LA w 1980, ’81, ’82 w naszych kręgach nie istniało nic podobnego. Większość grała hair metal, byli to Motley Crew całego świata – bez urazy. Nie wpasowaliśmy się w to towarzystwo. Grając z tamtymi zespołami, wytykali nas palcami, mówiąc “Kim do cholery są ci goście i co oni tu robią?” A my w naszych T-shirtach i skórzanych kurtkach graliśmy brudnego hard rocka. Nigdy nie wpasowaliśmy się w klimat LA.

Czy uważasz, że po 35 latach zespół nadal ma podejście w stylu: “Pierdolcie się”?

Lubię myśleć, że tak jest, o ile możliwe jest utrzymanie takiego podejścia, kiedy odnosisz sukces. Dzięki sukcesowi możesz pozwolić sobie na pewne wolności – kreatywne, finansowe i tak dalej. Nie można temu zaprzeczyć. Mam 52 lata. Minęło 35 lat, więc “pierdol się” w wieku 52 lat jest inne, niż gdy ma się 18, czy 25, czy 35, czy 45 lat. Tak więc są różne interpretacje takiego nastawienia.

Jak pogodzić to, co odpowiednie z zachowaniem autentyczności?

Próbujemy znaleźć odpowiedni balans, mamy także ludzi wokół, którzy nam w tym pomagają. Uważam też, że jesteśmy bardzo impulsywni. Nie siedzę i nie zastanawiam się nad wszystkim. To wygląda tak: “Humanity chce zrobić z tobą wywiad, przeprowadzi go Justin [O’Shea]”. “Brzmi świetnie”. Nie mam dwunastu doradców i nie pytam co powinienem, a co nie. Ja na to: “Zapowiada się miłe popołudnie w San Francisco.”

Po prostu angażujemy się w różne rzeczy – robimy film, nagrywamy z Lou Reedem, zostajemy ambasadorami podczas Record Store Day, gramy parę koncertów, piszemy kilka utworów. Robimy to wszystko i nie zastanawiamy się nad tym zbyt długo. Nie mamy żadnego planu generalnego.

Przemysł muzyczny uległ zmianie w ciągu ostatnich 35 lat, to oczywiste. Czy uważasz, że stracił swoją energię?

Oczywiście w muzyce dzieją się rzeczy, które są interesujące, mnie jednak zajmują rzeczy bardziej kreatywne. Spędzam więcej czasu w świecie sztuki i filmu. Myślę, że tam ciągle dzieją się rzeczy, które w pewien sposób przekraczają granice i są nadal oryginalne. Nie oznacza to, że nie szanuję muzyki – czuję jednak, że przez ostatnie 10, 20 lat ten biznes znajduje się w pewnym sensie na rozdrożach i jest tak już od jakiegoś czasu. Najbardziej ekscytującą rzeczą w przemyśle muzycznym jest to, że przez dekady istniały formuły, jak postępować. Nagrywasz, promujesz się, jedziesz w trasę w ten, a nie inny sposób. Teraz przypomina to bardziej Dziki Zachód.

Aktualnie powstaje nasz kolejny album i dzieją się dwa procesy twórcze – pierwszy to pisanie i nagrywanie utworów, drugi polega na wymyśleniu, co zrobić z tym nagraniem, jak pokazać je światu. Nie ma jednego sposobu. Czy opublikować album na YouTube, czy rozdać, czy sprzedać. Jakakolwiek wersja… nie ma dobrego i złego sposobu. Jest tylko to, co jest dobre dla ciebie.

Nie ma żadnych granic, i to jest ekscytujące, nowe. Patrząc na Kanye, jest to dziwnie interesujące. Publikuje swoją muzykę, po dwóch tygodniach zabiera ją a po miesiącu znów publikuje, w nowszej wersji. To szalone. Prawie jak publiczne tworzenie. Jest to fajne. Nie mówię, że my tak zrobimy, ale podziwiam to.

Dziedzictwo Metalliki – czy istnieje coś, co chcecie osiągnąć? Praktycznie osiągnęliście już wszystko. Jesteście jednym z najsłynniejszych zespołów na świecie. Co jeszcze pozostało?

Myślę, że chcemy trzymać się razem i robić to, co robimy. Nie zagraliśmy jeszcze na Coachelli, więc wpisz to na listę. To byłoby fajne.

Kilka lat temu graliśmy w Indiach, daliśmy kilka koncertów dla dzieci z różnych krajów arabskich. Widok ich wszystkich pod sceną Metalliki to więcej, niż ekscytujące. Graliśmy w Malezji, Indonezji, Chinach. Otwierają się nowe możliwości, o których nie myśleliśmy 5 czy 10 lat temu.

Różnorodność działa na naszą korzyść. Raz gramy na stadionach, raz w sklepach muzycznych i na grillu w ogrodzie. Jesteśmy tu i tam, a później gramy na Antarktydzie. Piszemy utwory, gramy w filmie, nagrywamy z Lou Reedem. Jesteśmy wszędzie i to jest naprawdę fajne.

Udostępnij to

O autorze

Aleksandra