Periphery: Relacja z koncertu w Progresja Music Zone [03.12.2015]

0

Trzeci grudnia 2015 roku już od paru miesięcy był u mnie zaznaczony w kalendarzu na czerwono z trzema wykrzyknikami. Tego właśnie dnia mieli zawitać do warszawskiej Progresji djentowcy z Periphery i deathcore’owcy z Veil of Maya, którym towarzyszył założony kilka miesięcy temu Good Tiger, a to wszystko w ramach „Best Friends Tour”, bo tak nieoficjalnie nazywa się trasa .

Na kilka godzin przed rozpoczęciem koncertu organizator poinformował, że zespoły nie wystąpią na Main Stage, tylko na dużo mniejszej, Noise Stage, a przez to, że nie sprzedano tylu wejściówek, ilu się spodziewano. Wielu fanów wyrażało swoje oburzenie i nawet domagało się zwrotu pieniędzy za bilet, tłumacząc to tym, że jakość nagłośnienia nie dorównuje tej na głównej scenie. Ja jednak zawsze staram się patrzeć na świat pozytywnie, więc z mojej perspektywy koncert mógł był bardziej kameralny, a kontakt z artystami wyjątkowo bezpośredni (i tak było). Z kolei samo nagłośnienie na Noise Stage jest całkiem przyzwoite, czego doświadczyłem na koncercie Protest the Hero rok temu.

Kilka minut po godzinie 19:00 na scenę weszli muzycy z Good Tiger – brytyjskiej formacji, której członkowie wcześniej udzielali się w innych progresywnych kapelach. Elliot Coleman (wokal) śpiewał w Tesseract, Derya Nagle i Joaquin Ardiles grali na gitarach w The Faceless, a Alex Rüdinger (perkusja) i Morgan Sinclair (bas) występowali jako muzycy koncertowi z Architects. Ich debiutancki krążek „A Head full of Moonlight” ukazał się 6. listopada tego roku i muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz go przesłuchałem, byłem nim mocno zachwycony. Niebanalne kompozycje połączone ze świetnym brzmieniem i produkcją (za którą odpowiedzialny był basista Periphery, Adam Getgood) sprawiły, że z radością przyjąłem do wiadomości fakt, iż właśnie oni wystąpią w roli supportu na trasie.

Najbardziej intrygowało mnie to, jak wokalnie wypadnie Elliot Coleman. Ma dość nietuzinkowy styl śpiewania (trochę jak Cedric Bixler-Zavala z The Mars Volta) i musiałem przekonać się na własne uszy, czy da radę wyciągnąć tak wysokie dźwięki na żywo. Kiedy zadałem sobie to pytanie po koncercie, doszedłem do wniosku, że… nie wiem. Instrumentaliści byli – jak na support – dobrze nagłośnieni, jednakże dosłyszenie wokalu sprawiało mi spory problem. Trudno powiedzieć, czy wynikało to z tego, że stałem przy barierce i siłą rzeczy dźwięki nie docierały do mnie w najlepszym stanie, czy po prostu tego wieczoru Elliot nie miał szczęścia do technicznego. Niemniej jednak grali pół godziny (trochę krótko, ale ich debiutancka płyta trwa 35 minut) i zrobili na warszawskiej publice dobre wrażenie, a ich występ był bardzo energiczny. Pozytywne wrażenie pozostawił po sobie perkusista, którego umiejętności, może nieszczególnie widoczne na nagraniu studyjnym, zostały wyeksponowane właśnie podczas koncertu.

  1. Aspirations
  2. I Paint what I see
  3. All Her own Teeth
  4. Enjoy the Rain
  5. Snake Oil
  6. Where are the Birds

Po krótkiej przerwie na scenie pojawili się Amerykanie z Veil of Maya, którzy – co tu dużo mówić – zrobili w Progresji niezłą rozpierduchę.

Nigdy nie byłem fanem deathcore’u. Breakdowny i screamo to nie moja bajka, ale kilku kawałków z najnowszej płyty “Matriarch” przyjemnie mi się słuchało. Jednocześnie starsze wydawnictwa pozostają poza moim zasięgiem psychicznym, ale mimo to niecierpliwie czekałem na początek ich koncertu… na którym po prostu dobrze się bawiłem. Delikatną konsternację wywołał u mnie widok różowej gitary Marca Okubo, a już ciężki szok zafundowała ilość strun w basie Danny’ego Hausera – 7. Tak, 7!

Bez zbędnych ceregieli Veil of Maya zaczęli ostrą naparzankę, fani kapeli zainicjowali karate-mosh, trzech śmiałków obok mnie wtórowało wokaliście w darciu się, a ja stałem przy barierkach i wraz z innymi machałem głową jak opętany. Obawiałem się, że przy tak intensywnej muzyce kompletnie niczego nie będzie można wychwycić, ale myliłem się. Po części. Basista dawał z siebie wszystko i urozmaicał swoją grę dzikim tappingiem, jednakże mało z tego było słychać… a szkoda. Natomiast do brzmienia perkusji i gitary elektrycznej nie mogłem się przyczepić – głośno, dobitnie i wyraźnie. Jeśli chodzi o wokal, to tutaj Lukas Magyar skopał wszystkim mocno tyłki; zarówno czysty śpiew jak i growl były u niego – odpowiednio – majestatyczne i brutalne.

Początkowo byłem sceptycznie nastawiony do wizji spędzenia 40 minut na słuchaniu deathcore’owej młócki, jednakże po ostatnim zagranym tego wieczoru utworze przez Veil of Maya, miałem poczucie dobrze spędzonego czasu, a taki występ był dla mnie nowym doświadczeniem. Nie sądzę, żebym zaczął teraz regularnie słuchać deathcore’u, ale co jakiś czas z pewnością powrócę do płyty “Matriarch”.

  1. Nyu
  2. Leeloo
  3. Ellie
  4. Lucy
  5. Mikasa
  6. Punisher
  7. Unbreakable
  8. It’s not Safe to Swim Today
  9. Phoenix
  10. Subject Zero
  11. Three-Fifty
  12. Aeris

Nie będę ukrywał, że to występ Periphery był dla mnie wydarzeniem dnia. Od koncertu w Stodole – jako supportu Devina Townsenda – na którym mieli tragiczne nagłośnienie, czekałem na w końcu dobrej jakości gig. O 21:00 zgasły światła, z głośników poleciało symfoniczne intro, a po chwili na scenie pojawili się muzycy i rozbrzmiały pierwsze takty ‘Muramasa’. Chwilę później ‘Ragnarok’ i ‘Masamune’ dopełniły koncepcyjną trylogię z płyty “Periphery II – This Time It’s Personal” i ten czas wystarczył, żebym zdał sobie sprawę z tego, że nagłośnienie jest na miarę ich koncertu. Słyszalność Spencera Sotelo była na zadowalającym poziomie, a sam wokalista nie oszczędzał swojego gardła i udowodnił, że na żywo daje radę. Brzmieniowo gitarzyści byli dobrze zrównoważeni (chociaż mogliby być ciut głośniej), a perkusja – w przeciwieństwie do tego, czego byłem świadkiem w Stodole – nie zagłuszyła reszty zespołu.

Z utworu na utwór coraz bardziej podobał mi się występ, a banan na twarzy tylko się poszerzał. Duży udział miał w tym Misha Mansoor, który stał niespełna metr ode mnie i był dosłownie na wyciągnięcie ręki. Widać było, że cały zespół dobrze bawi się na scenie i nie jest to dla nich rutyna. Matt Halpern postarał się nawet o małego psikusa i pod koniec utworu ‘Graveless’ “uruchomił” podwójną stopę, co początkowo wprowadziło trochę konsternacji w szeregach gitarzystów, a po chwili wszyscy skwitowali to śmiechem. W pewnym momencie na scenę został wywołany techniczny kapeli, który obchodził tego dnia urodziny i odśpiewane zostało ‘Happy Birthday’, a później oczywiście również ‘Sto Lat’, które szczególnie spodobało się Spencerowi.

W setliście przeważały kompozycję z wydanej na początku roku podwójnej płyty “Juggernaut: Alpha&Omega”, jednak pewnego rodzaju niespodzianką było zagranie 3-minutowego gitarowego kawałka z repertuaru Haunted Shores – projektu muzycznego Mishy i Marca Holcomba. Z kolei fani z upływem czasu coraz głośniej domagali się zagrania ‘Scarlet’. Nie doczekaliśmy się tego, niemniej jednak na koniec Amerykanie zafundowali nam coś, co w znacznej mierze zrekompensowało brak tamtego utworu. ‘Stranger Things’ to dla mnie osobiście najlepsza kompozycja z “Jaggernauta”, a możliwość usłyszenia jej na żywo była czymś wyjątkowym i stanowiła idealne zwieńczenie całego wieczoru.

Po koncercie zrobiłem w merchu – trochę większe, niż początkowo planowałem – zakupy, a następnie zamieniłem parę słów z Elliotem Colemanem i dostałem na płycie autografy od członków Good Tiger, którzy po koncercie – podobnie jak muzycy z Veil of Maya – bardzo chętnie rozmawiali z fanami. Z klubu wyszedłem w bardzo dobrym nastroju i kiedy Periphery ponownie przyjedzie do Warszawy, znowu będzie to wydarzenie zaznaczone w kalendarzu na czerwono.

  1. Muramasa
  2. Ragnarok
  3. Masamune
  4. Psychosphere
  5. The Scourge
  6. MAKE TOTAL DESTROY
  7. Icarus Lives!
  8. The Bad Thing
  9. Alpha
  10. Graveless
  11. Memento (Haunted Shores cover)
  12. Four Lights
  13. Stranger Things

plakat

Udostępnij to

O autorze

Hajime

Wychowany zarówno przy dźwiękach Iron Maiden czy Rainbow, jak i Chrisa Rea'i i Leonarda Cohena. Aktualnie przemierza nie tylko ścieżki wyłożone "klasycznymi" kamieniami, ale chętnie zapuszcza się na te mniej uczęszczane, nieustannie starając się odkryć coś nowego.