Przystanek Woodstock 2015 [RELACJA]

0

W tym roku, już po raz dwudziesty pierwszy, odbył się Przystanek Woodstock Festival. Podobnie jak w zeszłych latach, specyficzny, pokojowy klimat imprezy przyciągnął w dniach 30 lipca-1 sierpnia do Kostrzyna nad Odrą setki tysięcy uczestników tworzących barwną mieszankę kulturową. Na temat klimatu tego wydarzenia i życzliwego nastawienia ludzi dałoby się napisać całą książkę. Ale po co? Najlepiej tam pojechać i  poczuć to na własnej skórze. My byliśmy i chcemy podzielić się z Wami naszymi wrażeniami.

Dzień 0 (29 lipca)

Choć sam Woodstock zaczynał się w czwartek, Pokojowa Wioska Kryszny serwowała nam koncerty już od środy. Na deskach sceny Krysznowców królował punk rock, a wszystko za sprawą XX-leci działalności zespołu the Analogs. Z tej okazji zaproszone zostały zespoły Pogoria, Lazy Class, O.D.C., Ruin Class oraz Rejestracja. Niestety, przez dwugodzinne poszukiwania miejsca na namiot i nieudolne próby rozłożenia go w największym deszczu, zdążyłem dopiero na koncert jubilatów. W secie punkowców nie zabrakło żadnego ze starych szlagierów. Pojawiły się m.in. ‘Oi Młodzież’, ‘Blask Szminki’, ‘Pieśń Aniołów’ czy kultowa ‘Pierdolona Era Techno’. Co chwila zakurzone powietrze pod namiotem rozdzierały wrzaski fanów wyśpiewujących wersy piosenek Analogsów ze słynnym

‘Każdy policjant to jebany morderca!’

z “Dzieciaków Atakujących Policję” na czele. Z okazji dwudziestych urodzin miało być dwadzieścia kompozycji, jednak rozentuzjazmowana publika Woodstocku doprosiła się bisów. Gdy te zostały już odegrane, na scenie pojawili się kolejni goście, czyli zespół Farben Lehre. Ich set był mieszanką coverów znanych z Projektu Punk (‘Defekt Muzgó’, ‘Kultura’), największych hitów zespołu (nieśmiertelne ‘Spodnie z GS-u’, ‘Trzy Kolory’) jak i tych rzadziej wykonywanych utworów (‘Nierealne Ogniska’). Wojciech Wojda zabawiał publiczność, skakał po scenie i nawoływał do wspólnych śpiewów, a słuchacze się nie opierali. Na scenie pojawiło się kilku gości, m.in. Smalec z Zielonych Żabek, który odśpiewał z Farbenami ‘Kulturę’ oraz, oczywiście, the Analogs, z którymi ponownie została zagrana ‘Pierdolona Era Techno’. Farben Lehre bisowali trzy razy, czym wzbudzali zachwyt większości publiki, choć na Facebooku pojawiały się pogłoski, że podobno jeden ze słuchaczy uciął sobie drzemkę w pogo. No cóż, ludzie bywają zdolni.

Dzień pierwszy (30 lipca)

Po niesamowicie zimnej nocy nadszedł czwartek, a co za tym idzie, oficjalne otwarcie imprezy. O godzinie 15 pod sceną zebrały się tłumy, aby wysłuchać corocznej, kwiecistej przemowy Jurka Owsiaka i kostrzyńskiej orkiestry oraz ujrzeć biało-czerwoną flagę na niebie. Po tym podniosłym wstępie orkiestra się zwinęła ze sceny, zaś na nią weszła legenda polskiej muzyki metalowej, czyli Illusion. Chociaż miałem przyjemność ich już oglądać w tym roku na Majówce we Wrocławiu, koncert wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Od rozpoczynającego koncert kopniaka w postaci ‘Vendetty’ aż po bis występ trzymał najwyższy poziom. Lipa ze sceny nawoływał do wyrabiania sobie własnych poglądów, uważania na polityków i odrzucenia dopalaczy. W trakcie ‘Na Luzie’, jednego z najpopularniejszych utworów kapeli, aby podkreślić przekaz utworu, frontman Illusion wyśpiewał z publiką różne wariacje hasła “Pierdolę przemoc”, czy, po pewnym czasie, po prostu “Pierdolę”.

Zaraz po zejściu ze sceny starych wyjadaczy, zawładnęło nią młode pokolenie, czyli punkowcy z Pull the Wire- jednego z trzech (obok Organka i People of the Haze) zespołów, które na Dużą Scenę dostały się przez udział w Eliminacjach do Przystanku Woodstock. Młodzi, pełni energii i buntu, odwalili na scenie kawał dobrej roboty. Zespół bawił się chyba równie dobrze co sama publika. Na słuchaczy wyrzucono dmuchane piłki ze strefy Play, a przez chwilę zeskoczył do nich nawet wokalista. ‘Kapslami w Niebo’ śpiewali niemal wszyscy.

Po Pull the Wire Pokojowy Patrol przywiózł worki z kolorowym proszkiem, które miały zostać wykorzystane na rozpoczynającym się lada moment koncercie Ani Rusowicz z projektem “Flower Power”. W jego trakcie którego miał się odbyć festiwal kolorów. Paczuszki miały pójść w ruch dopiero na odpowiedni znak w trakcie grania coveru ‘Hey Jude’ the Beatles, jednak gdy na scenie pojawiła się charyzmatyczna wokalistka i zabrzmiały pierwsze dźwięki ‘Somebody to Love’ Jefferson Airplane, wszyscy oddali się fali radości, sypiąc na lewo i prawo barwnym pyłem. Wszyscy, umazani w jaskrawe kolory, śpiewaliśmy klasyki hippisowskiej muzyki i hard rocka z lat 60 i 70. Ze sceny rozbrzmiewało ‘Whole Lotta Love’ Zeppelinów, ‘Hey Jude’ Beatlesów czy ‘Jednego serca’ Czesława Niemena. Jak dla mnie, był to najlepszy koncert spośród wszystkich, które miałem przyjemność zobaczyć na tegorocznej edycji festiwalu. I to wcale nie przez tancerki z nagimi piersiami, które wywijały na scenie swoimi atutami do rytmu hippisowskich hitów. Oprócz Ani Rusowicz na scenie pojawili się Natalia Przybysz, Dawid Podsiadło, Gienek Loska, Grzegorz Kupczyk, Piotr Nalepa, Natalia Sikora, Michał Kielak, Ragaboy, Kev Fox, Kamil Czeszel oraz Organek.

Kiedy kolorowy pył opadł, na scenie pojawił się właśnie Organek, zabierając nasz w swój specyficzny świat. Występ, choć zdecydowanie przyjemny i miły dla ucha (a, w przypadku większości pań i niektórych panów, także dla oka), nieco zabiły przydługie improwizacje. Po złapaniu jednego motywu, muzycy trzymali się go przez kilka dobrych minut. W międzyczasie pojawiały się także przywodzące na myśl the Doors improwizacje i oczywiście same kawałki, które, pomijając wcześniej wspomniane przeciągnięcia, sprawdzają się na żywo naprawdę przyzwoicie.

Cały set Organka oglądałem z odległości, siedząc sobie niedaleko stanowiska Allegro, jednak to, co zaraz się miało wydarzyć, popchnęło mnie pod samą scenę. Oto za moment zjawić się miało Shaka Ponk, najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ tego wieczoru. Francuzi w swoich kompozycjach mieszają elektronikę, punk, funk, rap i hard rocka, mają genialną oprawę graficzną koncertów i świetny kontakt z publicznością. Ich koncert był rewelacyjny. Chociaż do teraz rozpaczam brak mojego ukochanego ‘Let’s Bang!’, to co działo się w mosh-picie rekompensuje mi to w 100%. Oddać to, co się działo pod sceną może fakt, że w trakcie wyjątkowo intensywnego tańca, podeszwa i reszta mojego buta przestały stanowić całość i do namiotu wracałem ze skarpetą na wierzchu.

A wycieczce do namiotu nie miałem nic przeciwko, bo swoje show rozpoczynało Within Temptation, jeden z zespołów, których nie trawię i który absolutnie nie trafia w moje gusta. Pojawiłem się za to na Dream Theater. Mimo denerwującej maniery wokalnej Jamesa LaBrie, techniczne umiejętności Johna Petrucci’ego i spółki wgniatają w ziemię. Po Teatrze Snów na scenę wkroczyła Coma, zespół, który ma równie wielu fanów co przeciwników. Ja powiem jedno- jako soundtrack do spaceru w kierunku miejsca, gdzie się rozbiłem, sprawdzała się całkiem nieźle.

Dzień drugi (31 lipca)

W nocy było zimno. Chyba nie będę tego powtarzał przy każdym dniu, bo mnie cholernie telepało w śpiworze zawsze jak próbowałem przysnąć. W każdym razie, dzień zapowiadał się bardzo ciekawie, gdyż miały się odbyć dwa koncerty Zenka, wokalisty Kabanosa, który postanowił zagrać koncert z fanami, którzy nauczą się wykonywać utwory Kabanosa na gitarze. Spontaniczna akcja zaowocowała dwoma koncertami- jednym w Pokojowej Wiosce Kryszny, który był przeznaczony bardziej dla słuchaczy niż gitarzystów, gdyż w wielkim namiocie zwyczajnie nie było słychać akustyków, oraz na Wiewiórstocku, czyli leśnej scenie, gdzie uzbrojeni w sześciostrunówki fani (w tym moja nie zawsze skromna osoba) mieli niepowtarzalną okazję zagrać największe hity Kabanosa razem z Zenkiem, Wicią (perkusistą) oraz Dj-em Mrufką z zespołu Zacier. Wydarzenie miało niepowtarzalny klimat, akustyki raz stroiły, raz nie, ale, jak powiedział sam Zenek: “W Kabanosie to nigdy nie był problem”. Po licznych piątkach, podziękowaniach i innych sposobach okazywania wdzięczności wymienionych między zespołem a widzami, towarzystwo się rozeszło, zmierzając, w większości, na koncert Decapitated.

Kiedy ja dotarłem pod scenę, Decapitated już grało. Byli bardzo głośno, ale szaleńcom w mosh-picie nie wydawało się to przeszkadzać. Trzeba przyznać, że Rasta i spółka wiedzą, jak miażdżyć na żywo. Cholernie ciężkie riffy, brutalne wokale i wyrywające wnętrzności blasty osadzone w bujającym groovie wyrywają z butów. Stare kawałki brzmiały naprawdę potężnie, a kompozycje z zeszłorocznej płytki (“Blood Mantra”) kopią dupę niesamowicie.

Na koncercie Decapitated dojechały do mnie zapasowe trampki, co oznaczało, że na zbliżającym się koncercie (Hed) P.E. mogłem iść pod samą scenę. A było warto. Amerykańscy rapcore’owcy zaczęli bardzo agresywnie, co wydawało się odpowiadać pogującym w tumanie kurzu fanom. Po około 40 minutach takiego napieprzania, muzycy stwierdzili, że chętnie pograliby reggae i tak też zrobili. Ostatnie pół godziny show (nie licząc bisów, tam wrócili do cięższych kawałków) to olschoolowy jam wzbogacony m.in. o cover ‘No Woman, No Cry’ Boba Marley’a. Chmurę kurzu pod sceną zastąpiła chmura czegoś innego…

Zaraz po amerykańskiej legendzie rapcore’u przyszedł czas na wschodzącą gwiazdę polskiego rapcore’u. HOPE, bo to o nich mowa, grali koncert w Pokojowej Wiosce Kryszny. Przez cały Przystanek widywałem wielu ludzi w koszulkach zespołu, więc spodziewałem się bardzo dużej frekwencji. Towarzystwo nie było aż tak liczne, za to bardzo wierne. Fani śpiewali kompozycje kapeli jeszcze za nim muzycy weszli na scenę. Widziałem już HOPE, kiedy grali jako support Limpa Bizkita w Krakowie i już wtedy wywarli na mnie bardzo duże wrażenie, ale to, co miało miejsce w Krysznie przebiło tamten występ. Mnóstwo energii, charyzmatyczni wokaliści ze świetnym flow i bardzo dobry kontakt ze słuchaczami. Show pierwszorzędne.

Gdy skończyło się HOPE, całe tłumy Woodstockowiczów zaczęły zmierzać w kierunku małej sceny w oczekiwaniu na koncert Frontside. Mała scena miała jednak bardzo duże opóźnienie, więc gdy dotarłem na miejsce Kuba Płucisz był dopiero w połowie swojego koncertu. W rytmie największych przebojów IRY czekaliśmy cierpliwie na show muzyków z Sosnowca. Kiedy nadszedł upragniony moment, rozpoczęła się absolutna demolka. Na scenie dwa wielkie telebimy w kształcie liter “F” i “S” wyświetlały animacje, ze sceny strzelały fajerwerki (dosłownie) a między członkami zespołu buchały słupy ognia. Pirotechniczna i wizualna strona setu była dopracowana idealnie. Setlista składała się w znacznej części z hardcore’owej i metalcore’owej strony twórczości Fronside’u. Do dzisiaj mam pamiątki w postaci siniaków po tym, co się działo w trakcie ‘Granic Rozsądku’, ‘Bóg stworzył Szatana’ czy ‘Zniszczyć wszystko’. Z nowej płyty odegrano tylko ‘Tak to się robi tu’ i ‘Lubię pić’, z poprzedniej- wybitnie koncertową ‘Legendę’. Jeżeli tak będą wyglądać występy tej kapeli, mogę im wybaczyć nawet to, że lubią pić. Wbrew przewidywaniom, na scenie nie pojawił się Piotr Rogucki, znalazło się natomiast miejsce dla Rasty z Decapitated. Po takiej ilości wrażeń, udałem się powoli w kierunku namiotu, by tam zbierać siły na szaleństwa dnia następnego.

Dzień trzeci (1 sierpnia)

Ostatniego dnia mój harmonogram koncertowy pękał w szwach. Próbowałem wykombinować, jakim sposobem zobaczyć zarówno Eluveitie jak i Dzioło, które grało ostatni koncert w swojej karierze, przy okazji rzucając okiem na Scarecrow i Grubsona. Oczywiście, było to niemożliwe. Jedno jednak wiedziałem na pewno- o godzinie 15 obowiązkowo trzeba być pod Dużą Sceną,aby zobaczyć na żywo People of the Haze. Ta rock’n’rollowa petarda miała już okazję zagrać na Woodstocku, jednak wtedy na małej scenie. Czekałem na ich koncert z wielką niecierpliwością i ani trochę się nie zawiodłem. Energia, świetne kompozycje, hippisowski klimat, wszystko to, co definiuje doskonały woodstockowy koncert. W ogóle zauważyłem, że młode, polskie kapele robią na scenie dużo większe zamieszanie niż zagraniczne gwiazdy. Miejmy nadzieję, że takie zespoły jak People of the Haze będą wizytówką polskiej muzyki na scenie światowej, bo naprawdę mamy się czym szczycić.

W trakcie 13 W Samo Południe zaliczyłem symboliczną kąpiel w woodstockowym błocie, więc nie śledziłem zbyt uważnie tego, co się działo na scenie, jednak publika wydawała się być zachwycona. Przez tę krótką przygodę, zmuszony byłem udać się na następny koncert boso. A szykowała się kolejna z pozycji obowiązkowych na mojej liście, czyli Skowyt. Jedna z moich ulubionych kapel młodego pokolenia wydała ostatnio rewelacyjną “Corridę”, którą męczę w odtwarzaczu od dobrego miesiąca. Występ punkowców był niesamowity. Pojedyncze wpadki, jak np. zapomnienie tekstu ‘Antypiosenki’ przez Ługiego tylko dodały uroku całości.

Szybka zmiana stroju na suchy i wyruszyłem pod dużą scenę, aby po raz kolejny w tym roku zobaczyć na żywo Proletaryat. Pierwszy raz miałem okazję ich zobaczyć, gdy odwiedzili moje rodzinne miasto, tym razem jednak był to show znacznie większego kalibru, a w repertuarze obecne już były kawałki z nowej płyty. “Oko za oko” sprawdza się na żywo doskonale, jednak wiadomo, że wszyscy czekali na kultowe klasyki hardrockowców. Proletaryat bisował dwa razy, dał naprawdę dobry koncert, a klasyków, oczywiście, nie zabrakło.

Na następny koncert, czyli Eluveitie, zeszło się mnóstwo osób. Nie ma się co dziwić, melodyjny folk metal grany przez Szwajcarów nadaje się zarówno do tańca jak i do ostrego moshu, więc zabawa szykowała się przednia. Uzbrojeni w nietypowe instrumenty muzycy rozwinęli przed Woodstockowiczami cały wachlarz swoich umiejętności. Znalazły się momenty zarówno bardzo brutalne, jak i melodyjne i spokojne. Najbardziej w pamięć zapadła mi akustyczna wersja ‘Rose for Epona’ oraz chóralne wykonanie refrenu ‘Inis Mona’ przez całą zgromadzoną tam publikę. Show się skończyło, ale tempo nie zwalniało, bo oto pojawić się mieli…

…Black Label Society, czyli legendy amerykańskiej sceny southern-metalowej, dowodzone przez Mr. Zakka Wylde’a. Jurek Owsiak wydawał być się średnio zadowolony z zachowania gwiazd wieczoru (muzycy odmówili nawet symbolicznego zdjęcia z uczestnikami koncertu), jednak show było naprawdę całkiem przyzwoite. Pomimo braku niektórych klasyków (‘In this River’, ‘Fire it Up’), publika wydawała się być zachwycona. Zakk, wsparty całą ścianą z Marshalli, rozpoczął w pewnym momencie gitarowe solo, które rozciągnęło się do kilku minut. Zrobiło to na mnie wrażenie, ale chyba mimo wszystko wolałbym w tym miejscu usłyszeć kolejny szlagier zespołu niż tysiąc nie wnoszących zbyt wiele dźwięków. Na pozostałe koncerty nie miałem już siły, a poza tym, rano czekało mnie pakowanie i szukanie drogi powrotu do domu.

I tak minął mi kolejny Przystanek Woodstock. Tutaj opisałem jedynie koncerty i stronę muzyczną, jednak nie można zapominać o wielu ciekawych spotkaniach, poznawaniu nowych ludzi i niesamowitym klimacie imprezy. To jednak prawda, że na Woodstock jedzie się tylko raz, później już tylko wraca. Coś w tym jest i ja przyszłego roku już nie mogę się doczekać.

Udostępnij to

O autorze

Vincent13

Miłośnik gitary pod każdą postacią, otwarty na różne gatunki muzyczne- od bluesa i funku po progresywny metal. Rok bez Woodstocku uważa za rok stracony. Poza muzyką zakochany w kinie, powieściach Agathy Christie i dziełach Beksińskiego.