„So Far, So Good… So What!”…cóż za imponująca walka Dave’a Mustaine’a z przeznaczeniem. Obserwując, jak powstawała ta płyta nie sposób nie dojść do wniosku, że była skazana na porażkę. Problemy z Garem Samuelsonem, którego narkotyki oddalały od kariery muzycznej, konflikt z Chrisem Polandem, a także nieco chaotyczne nagrywanie tej płyty (skutkowało to fatalną produkcją). Brzmienie to, można by żartobliwie zasugerować, wygląda jak kolejny objaw naśladowania Metalliki. Debiutancki album – dzika, nieokiełznana energia. Kolejna płyta to nagłe uwydatnienie własnego stylu, utwory, które będą swoistym fundamentem przez wiele lat przyszłej działalności zespołów. Przyszedł rok 1988 i obie te grupy wydały płyty borykające się z problemem nieudanej produkcji. Obok jednak kwestii brzmieniowych zarówno „So Far…” jak i „…and Justice for All” miały kłopoty już na starcie, mowa oczywiście o istotnych zmianach w składzie. W Metallice, na skutek wypadku, ginie Cliff Burton, Megadeth z kolei żegna się z perkusistą i gitarzystą. W efekcie sporo krytyków po premierze dosyć nieprzychylnie oceniło najnowsze dzieła obu grup, zarzucając spadek formy przez brak muzyków, z którymi współpracowano od samego początku. W przyszłości jednak okaże się, że ów trzeci album Megadeth będzie istotnym punktem nie tylko w dyskografii zespołu, ale również na każdym z licznych koncertów. Czemu więc „So Far, So Good… So What!” określano w recenzjach nawet jako rozczarowanie po dwóch imponujących nagraniach grupy? Zagłębmy się w historię trzeciego krążka tego zespołu.
Geneza albumu, czyli wizyta w same płuca piekieł
Mamy lato 1987 roku. Megadeth odbywa trasę po Stanach, niesiony na fali sukcesu płyty „Peace Sells… But Who’s Buying?”. W monolicie, jakim był do tej pory zespół, pojawiają się jednak wyraźne pęknięcia. Gar Samuelson zdaje się być coraz mniej oddany muzyce. Uzależnienie od narkotyków powoli, lecz bezlitośnie zbiera swoje żniwa. Niedyspozycyjny na próbach zaczął być zagrożeniem dla formy zespołu. Wtedy właśnie pojawia się Chuck Behler – młody perkusista punkowy, który wygadał sobie rolę technicznego. Sumienny, punktualny, niepozbawiony talentu muzyk. Dodawszy konflikt z Chrisem Polandem do obrazu sytuacji, Mustaine opracował plan: z zespołem pożegna się zarówno Chris i Gar. O ile zastąpienie perkusisty było banalne, Chuck i tak opanował już materiał zespołu ze względu na regularną konieczność zastąpienia Samuelsona na próbach, o tyle znalezienie gitarzysty o odpowiednich umiejętnościach okazało się pewnym wyzwaniem. Lider zespołu miał wymogi nie tylko muzyczne, ale i wizerunkowe, stąd poszukiwania się wydłużały. W końcu znaleziono odpowiedniego człowieka, Jaya Reynoldsa. Sprawy zaczęły przyjmować dobry kierunek, zespół wchodzi do studia, zdawać się mogło, że nic już nie stoi na przeszkodzie, by zabrać się do pracy. Nadchodzi czas nagrania solówek, a więc pora, by nowy gitarzysta pokazał, co potrafi stworzyć.
-Okej, dawaj, słuchamy Twoich partii.
-…
-Jay?
-Hmm… Musze zawołać tu swojego nauczyciela od gitary, jeśli to nie problem.
Skala problemu przerosła wszelkie wyobrażenia, jakie mógł mieć Mustaine. Nie było czasu na wznowienie poszukiwań, zespół pracował już w studiu i miał skończoną istotną część materiału. Zapada decyzja o współpracy z owym nauczycielem, o imieniu Jeff Young. Na szczęście okazuje się on być bardziej uzdolniony niż jego podopieczny, w efekcie pierwsza część prac nad albumem dobiega końca.
So far so good?
Jako producenta nowej płyty Megadeth wytwórnia wskazała Paula Laniego, zasłużonego w branży człowieka, który miał swój wkład już w poprzedniej płycie. Jednakowoż na drodze stanęła przeszkoda nie do pokonania, przybrawszy postać Mustaine’a. Lider zespołu był mocno podirytowany współpracą z Paulem, nie lubił jego ekscentrycznej osobowości jak i faktu, że jego największym osiągnięciem była realizacja nagrań z Rodem Stewartem. Na skutek prośby Dave’a zmieniono producenta, postawiono na Michaela Wegenera, który miał już doświadczenie chociażby z Metalliką. W oczach Mustaine’a miał więc imponujące portfolio. Niestety na „So Far…” zdecydowanie rozczarował. Brzmienie nowej płyty było mokre, wręcz bagniste, przesadzono z pogłosem, gitarom brakowało ciężaru, a w bardziej intensywnych momentach utwory traciły na czytelności. Na tym etapie pojawiały się już pierwsze podejrzenia, że nie uda się powtórzyć sukcesu poprzednich pozycji dyskografii. Po dziś dzień, mimo remasterowanych wydań tej płyty, które wiele brzmieniu akurat tym razem nie pomogły, produkcja jest jedną z najistotniejszy wad tej płyty. Nie inaczej było również w 1988 roku – prasa zgodnie wytykała amatorszczyznę, jaką popisano się w czasie pracy w studiu.
…so what!
„So Far, So Good… So What!” jest jednak dziś cenioną przez fanów płytą. Nawet jeżeli nie należy do najpopularniejszych, to wśród słuchaczy przeważają pozytywne opinie. Choć mogło zakończyć się katastrofą, to składany do ostatniej chwili skład zespołu popisał się niezłymi pomysłami. Nie zawiódł Behler, pomimo braków technicznych względem poprzednika zdołał nadać riffom tempa, również Jeff Young pozytywnie zaskoczył, odciskając swoim nietypowym stylem gry piętno na tym albumie. Nie należy jednak umniejszać jakkolwiek roli Mustaine’a, to przecież on był od samych początków niekwestionowanym liderem Megadeth i to na jego barkach ciążyło zawsze komponowanie większości materiału. Już otwarcie płyty, w postaci 'Into the Lungs of Hell’ z płynnym przejściem w 'Set the World Afire’, zapewnia słuchacza, że nie ma mowy o zadyszce. Utwór, który został napisany najszybciej został klasykiem zespołu – mowa oczywiście o ‘In My Darkest Hour’, kompozycji powstałej pod wpływem szoku na wieść o śmierci Cliffa Burtona, którego Dave zawsze szanował, pomimo iż nie zawiązał z nim szczególnie bliskich relacji. Do stworzonej melodii Mustaine napisał tekst inspirowany swoim konfliktem z ówczesną dziewczyną. Efektem wspaniały, jednocześnie silny i melancholijny metalowy hymn, wypełniony smutkiem i frustracją.
Through the darkest hour,
Your grace did not shine on me,
Feels so cold, very cold,
No one cares for me,
https://www.youtube.com/watch?v=nWHn9cl9Jiw
Świat jednak w płomieniach
Wydany w 1988 roku album potrzebował paru lat dalszej działalności zespołu aby, wbrew przeciwnościom i krytykom, wywalczyć sobie miano godnego reprezentanta stylu Megadeth, stawianego na równi z resztą najlepszych dokonań muzyków. Nękana problemami płyta sukcesywnie przekonywała coraz większe grono słuchaczy, nie bez znaczenia była tutaj popularność, jaką zdobywał ‘In My Darkest Hour’ na koncertach grupy. Krążek jest koherentny, słyszalny jest pomysł, który przewodził zespołowi w czasie tworzenia materiału. Osobiście byłem najbardziej rozczarowany remasterowaną edycją tej płyty, dotychczasowe problemy produkcji zastąpiono płaskim i sztucznym brzmieniem. Po przyzwyczajeniu się do dźwięku z oryginalnego wydania ciężko jest jeszcze raz zacisnąć zęby i na nowo próbować przekonać się do innych usterek brzmieniowych tego albumu. Pomimo tego faktu do „So Far…” wracam regularnie, moim zdaniem to jeden z najlepszych przykładów muzyki Megadeth, unikalny w obszernym zbiorze ich dokonań. Fanów, którym nieobce to nagranie, nie muszę zapewne namawiać do ponownego przesłuchania, dla reszty czytelników, którzy jeszcze nie dali szansy – szczerze polecam.
A i jeszcze jedno – Dave twierdził, że zmienił w reedycji okładkę debiutu, bo była tandetna i brakowało jej autentyzmu. Zastanawia mnie, jak okładka tej płyty mogła całkowicie zadowolić jego oczekiwania.

