Trivium: Relacja z koncertu w Progresji [25.03.2018]

0

Od wydania płyty „The Sin and The Sentence” Trivium przeżywa złoty okres swojej kariery. Świetnie odebrane nowe wydawnictwo zaowocowało całkowicie wyprzedaną trasą po Ameryce Północnej, a europejska część tournée nie odstaje do tej pory daleko w tyle, albowiem na większość koncertów bilety rozeszły się do ostatniej sztuki. Podobnie rzecz miała się z polskim przystankiem trasy, na który w dniu występu nie można było już kupić wejściówek.

Do warszawskiego klubu Progresja dotarłem mniej więcej w połowie 30-minutowego setu death metalowego Venom Prison (letnia zmiana czasu 1-0 ja). Już podczas wchodzenia na salę pożałowałem, że nie wziąłem ze sobą stoperów do uszu.

Ze sceny dobiegał bliżej nieokreślony jazgot, a w dodatku nagłośnienie było za bardzo rozkręcone, przez co momentami aż piszczało w uszach. Dopiero po chwili byłem w stanie wyodrębnić z fali uderzeniowej poszczególne jej elementy, ale skłamałbym mówiąc, że uprzyjemniło mi to odbiór muzyki Walijczyków. Na palcach jednej ręki mogłem wyliczyć riffy, które przykuły moją uwagę, a za każdym razem, kiedy wokalistka w ekspresyjny sposób wrzeszczała do mikrofonu, na mojej twarzy pojawiał się grymas. Co prawda pod samą sceną część fanów bawiła się przednio i nawet kilka circle pitów udało się zawiązać, ale większość ludzi znajdujących się dalej od „epicentrum” raczej z dezorientacją obserwowała zespół. Jeden mężczyzna stał zatykając sobie uszy palcami, a ja, niestety, nie poszedłem za jego przykładem i przez resztę wieczoru mój słuch był nieco przytępiony (a niech was, Venom Prison!).

Na szczęście drugi z zespołów, thrashowy Power Trip, spisał się o niebo lepiej.

Teksańczycy mają w Polsce sporą grupę fanów, więc nic dziwnego, że pod sceną było naprawdę gęsto. Takiej widowni mógł pozazdrościć niejeden headliner na koncertach w Progresji. Występ Power Trip mogę opisać w samych superlatywach. Nagłośnienie było świetne – idealna głośność, dzięki czemu gitary brzmiały wyraziście, perkusja była bardzo klarowna i nie zagłuszała reszty, a wokal Rileya Gale’a, występującego w czapce z daszkiem, był w stanie przebić się niezakłócony do obiorcy. Natomiast image muzyków świetnie pasował do klimatów crossoverowego zespołu z Dallas w Teksasie. Muzycznie nie było mowy o żadnej rewolucji, ale ostre thrashowe riffy zawsze potrafią rozbujać widownię. Nawet nie wiem, kiedy upłynęło dane zespołowi 45 minut i muzycy zeszli ze sceny.

Publiczność bawiła się wyśmienicie i co chwilę rozkręcała młyny i mosh pity, w których co poniektórzy prezentowali swoje umiejętności w sztukach walk. Wokalista pod koniec oznajmił, że był to jeden z ich najlepszych koncertów zagranych w Europie, co spotkało się z entuzjastyczną reakcją zebranych na sali. Zespół od jakiegoś czasu jest wymieniany jako nowe pokolenie thrash metalu, i trzeba przyznać, że nie bez powodu – zagrali solidnie i rozgrzali publiczność przed występem Trivium.

Kiedy zgaszono światła, a z głośników puszczono ‘Run to the Hills’ jako preludium koncertu, na sali wszyscy byliśmy już ściśnięci jak sardynki. Nie potrzeba było wiele czasu od rozpoczęcia koncertu, aby w Progresji zrobiło się duszno, z czym zazwyczaj wydajna wentylacja nie miała szans sobie poradzić.

Niestety pierwsze dźwięki ‘The Sin and The Sentence’ rozpoczynające show były bardzo rozmyte i miałem problemy z wyłapaniem ich, a dźwiękowcy znów niepotrzebnie podkręcił głośność, przez co powielił się problem podobny jak u Venom Prison. Techniczni po chwili skorygowali ustawienia gałek, ale mimo wszystko dźwięk pozostawiał wiele do życzenia – głównie za cichy wokal Matta, ale również słabo przebijający się bas (tylko w ‘Becoming the Dragon’ można było rozpłynąć się nad grą Paolo Gregoletto). I to by było na tyle, jeśli chodzi o minusy występu Trivium, ponieważ muzycy zafundowali tego wieczora swoim fanom nie lada ucztę.

W setliście przeważały utwory z „The Sin and the Sentence” i „In Waves”, ale nie zabrakło też kilku „staroci” (‘Ascendancy’, ‘Shattering the Skies above’ i ‘Pull Harder on the Strings of your Martyr’). Ponad 1,5-godzinna masakracja miała tylko dwa momenty wytchnienia (‘The Heart from your Hate’ i ‘Until the World Goes Cold’, w których z kolei publika zagłuszała Matta wtórując mu w śpiewaniu). Dziwić mogła obecność tylko jednego utworu z “Shoguna” (‘Throes of Perdition’), ale inne pozycje tego wieczoru na pewno nie mogły zawieść fanów.

Ciekaw byłem, jak na żywo wypadną Matt Heafy i nowy członek zespołu, bębniarz Alex Bent. Ten pierwszy zmagał się z poważnymi problemami z gardłem, przez co kilka lat temu na jakiś czas musiał porzucić growl. W tym okresie poprawił znacznie czysty śpiew, a od pewnego czasu powrócił do krzyku, stosując inną, bezpieczniejszą technikę, jednakże próżno szukać u niego tej agresji wokalnej, którą epatował na pierwszych płytach Trivium. Na szczęście z pomocą przychodzi niezawodny Corey Beaulieu, z którym albo do spółki growluje, albo wzajemnie uzupełniają brutalny i czysty wokal, co na żywo brzmiało bardzo przyzwoicie. O perkusiście natomiast można powiedzieć krótko: jest bestią i wyśmienicie napędzał sekcję rytmiczną. Inni członkowie zespołu wypowiadają się o nim bardzo pozytywnie, i wygląda na to, że Trivium w końcu znalazł bębniarza na długie lata.

Matt Heafy już po kilku utworach oznajmił, że jest to prawdopodobnie najlepszy koncert na trasie i jeden z najlepszych, jaki kiedykolwiek muzycy grali, a zgromadzona publiczność postanowiła szybko wymazać słowo „prawdopodobnie” z tego stwierdzenia. Nie widziałem jeszcze, żeby przez niemal cały koncert nieustannie napędzano młyny, które swoje apogeum osiągnęły przy ‘Pull Harder on the Strings of your Martyr’ – nigdy nie byłem świadkiem tak wielkiego cirple pita „pod dachem”. Kontakt z publicznością był znakomity: frontman kapeli rzucał polskimi zwrotami na prawo i lewo, przy ‘In Waves’ cała sala przykucnęła, żeby na sygnał ze sceny wystrzelić do góry, wrzeszcząc na całe gardło tytułową frazę, a kiedy fani zaczęli skandować „TRIVIUM KURWA”, Matt i Alex Bent zaimprowizowali krótki utwór do tego. Heafy wystąpił w koszulce Behemotha i podkreślił zamiłowanie do polskiej sceny metalowej i o wpływie zespołu Nergala (z którym spotkał się przed koncertem) na brzmienie pierwszych krążków zespołu, czym zyskał jeszcze większy szacunek fanów.

Kiedy w 2005 roku Trivium po raz pierwszy zawitali do Polski, ich widownią była grupka 15 osób. W tej chwili zespół wyprzedaje większość koncertów, grając codziennie przed tysiącami osób. Amerykanie są przykładem tego, że ciężką pracą i poświęceniem można wejść na szczyt, spełniając swoje marzenia z czasów, kiedy byli nastolatkami i stawiali pierwsze kroki z branży muzycznej. W tej chwili są marką, która gwarantuje jakość, i dzięki temu mogą dalej robić to, co kochają, ale na coraz większą skalę. Do zobaczenia następnym razem, Trivium!

1. The Sin and the Sentence
2. Throes of Perdition
3. Betrayer
4. Ascendancy
5. Sever the Hand
6. Inception of the End
7. Until the World goes Cold
8. Becoming the Dragon
9. Thrown into the Fire
10. Strife
11. Caustic are the Ties that Bide
12. The Heart from your Hate
13. Beyond Oblivion
14. Shattering the Skies Above
15. Pull harder on the Strings of your Martyr
16. In Waves

Udostępnij to

O autorze

Hajime

Wychowany zarówno przy dźwiękach Iron Maiden czy Rainbow, jak i Chrisa Rea'i i Leonarda Cohena. Aktualnie przemierza nie tylko ścieżki wyłożone "klasycznymi" kamieniami, ale chętnie zapuszcza się na te mniej uczęszczane, nieustannie starając się odkryć coś nowego.