Są zespoły, na których koncert w Polsce nie ma co liczyć: Neil Young, Bruce Springsteen czy właśnie The Who. W chwili, gdy przeglądając austriackiego Eventima natrafiłem na koncert w Wiedniu nie zastanawiałem się ani chwili.
Pete Townshend, sarkastyczny gitarzysta grupy o czarnym poczuciu humoru, w wywiadach dawał znać, że obecna trasa zespołu (Back To The Who Tour 51!) ma być ostatnią. Aktualnie wiemy, że w 2017 roku odbędą się jeszcze koncerty w UK pod szyldem rock-opery 'Tommy’. Co będzie później? Nikt nie wie, ale przyznać należy, że jak na zespół założony w 1961 roku to trzymają się niesamowicie. Nawet tragiczne straty 'zwierzaka za perkusją’ czyli Keitha Moona w 1978 roku oraz Johna Entwistle’a w 2002 r. nie doprowadziły do zakończenia działalności The Who. Obecny skład, czyli Roger Daltrey na wokalu, Pete Townshend – gitara i towarzyszący im muzycy: Pino Palladino na basie, Simon Townshend na drugiej gitarze i Zak Starkey na bębnach to potężna maszyna koncertowa.

Sezon letnich koncertów w tym roku przebiegł u mnie pod znakiem „dinozaurów rocka”. Miałem zaszczyt zobaczyć Neila Younga, Davida Gilmoura i Iron Maiden. Jaki inny zespół niż The Who nadawałby się bardziej na zakończenie tej passy? (Nie jest to do końca prawda – w niedzielę będę starał się ogarnąć geniusz Roberta Frippa i jego King Crimson). Wiedeń przywitał mnie piękną pogodą i piwem ze znajomymi. Przed Wiener Stadthalle, czyli halą, w której miał odbyć się koncert o godzinie 15 zgromadzili się tylko najwięksi fani – ostrzyli sobie zęby na pierwszy rząd (rzecz całkowicie zrozumiała). Ze znajomymi przyjrzeliśmy się, co zespół zaprezentował na swoim stoisku z merchem: ujrzałem tam butlę szampana sygnowaną nazwiskiem Daltreya w cenie 125 euro, a następnie, bez zbędnego ciśnienia postawiliśmy na relaks przed koncertem. Później okazało się to doskonałą decyzją, gdyż i tak udało mi się dostać do barierek tuż za strefą najbliżej sceny (tu uwaga – nie była wielkości polskiego GC, czyli 3/4 płyty! Da się?)

O 19.30 na supporcie pojawił się bardzo ciekawy zespół – Slydigs. Dali krótki koncert i zaprosili fanów do śledzenia ich w mediach społecznościowych (ciekawe czy Pete z The Who wie, co to takiego Instagram albo Snapchat?). W wolnej chwili polecam sprawdzić Slydigs, grają ciekawego rocka prosto z UK. I mówię to jako osoba niechętna idei supportu, jako takiego. Oczekiwanie na gwiazdę wieczoru umiliły telebimy, na których wyświetlane były ciekawostki dotyczące zespołu: m.in. o kulturze modsów, z których się wywodzą oraz o ich tendencji do niszczenia sprzętu i instrumentów na scenie. Zaznaczono jednak, że ze względu na to, jak bardzo tego typu zachowanie zostało potem kopiowane przez inne zespołu, w najnowszej historii The Who takie zdarzenie, jak zniszczenie gitary na scenie miało miejsce około pięciu razy. Przyszedł jednak moment na rozpoczęcie show. Nazwa trasy zobowiązuje – w setliście pojawiły się same przeboje, utwory doskonale rozpoznawalne nie tylko dla fanów zespołu (ręka do góry komu, oprócz mnie, 'Baba O’Riley’ nie kojarzy się z CSI?) Wystarczy spojrzeć na 4 pierwsze utworu: 'Who Are You’, 'The Kids Are Alright’, 'I Can See For Miles’ i 'My Generation’, aby zrozumieć w jaki sposób skonstruowana została lista zagranych utworów.

Parę słów o wokalnej formie Rogera. Wiele osób miało obawy, że to już nie to, że wokalista zatracił całą moc. Nie jest to prawdą. To wręcz zakłamanie rzeczywistości. Daltrey zaśpiewał fenomenalnie – a ma 72 lata! W jego głosie dalej słychać dawną barwę, pazur i energię. Frontman szalał na scenie, wywijał mikrofonem (co jest jego znakiem rozpoznawczym) i miał bardzo dobry kontakt z publiką. Widać również, że z Townshendem rozumieją się doskonale i wzajemnie uzupełniają. Pete nie pozostawał w tyle. Wywijał ręką wiatraki, śpiewał swoje partie, a gdy pomylił się wykonując intro do 'I’m One’ dał pokaz brytyjskiego humoru – „Nie śmiejecie się ze mnie? A powinniście!”. 'Behind Blue Eyes’ odśpiewała cała publiczność, słowo po słowie (swoją drogą, należałoby nałożyć ekskomunikę na osoby, którym bardziej podoba się cover Limp Bizkit), a 'You Better You Bet’ okazało się fenomenalnym utworem koncertowym i najjaśniejszym punktem programu. Chcę nadmienić, że nikt nie robił zdjęć przez cały koncert, nie pojawiły się nagrywający cały koncert tablety, a większość osób znała słowa piosenek – Polacy bierzcie przykład z Austriaków: nagrywanie całego koncertu to wiocha! Wracając do muzyki: pojawiły się też moje dwa ulubione utwory: '5.15′ z legendarnej płyty 'Quadrophenia’ oraz 'Love Reign O’er Me’ (jako pracę domową sprawdźcie wersję Pearl Jamu!).
Na zakończenie zaprezentowano 'Pinball Wizard’ – akurat tego utworu nigdy nie lubiłem, ale jestem w stanie zrozumieć to, że publika odebrała go z radością: jest skoczny, energiczny i wpadający w ucho. Chwilę później była przejmująca wersja 'See Me Feel Me’ i bis w postaci: 'Baba O’Riley’ i 'Won’t Get Fooled Again’. Po ostatnim utworze, rozciągniętym do ponad dziesięciu minut, widać było, że zespół ma ochotę i siłę na dalsze granie. Niestety był to już koniec koncertu. Uśmiech nie schodził z twarzy muzyków, okazjonalne żarty ze swojego wieku pokazywały spory dystans do siebie, a perfekcjonizm wykonania tylko utwierdzał w wykonaniu, że to jeden z ostatnich „Wielkich” zespołów. The Who to nie jest moja generacja, ale cholera, bardzo bym chciał, żeby była!
https://www.youtube.com/watch?v=aM6f2RStLDg
- Who Are You
- The Kids Are Alright
- I Can See for Miles
- My Generation
- Relay
- Behind Blue Eyes
- Bargain
- Join Together
- You Better You Bet
- 5:15
- I’m One
- The Rock
- Love, Reign O’er Me
- Eminence Front
- Amazing Journey
- Sparks
- The Acid Queen
- Pinball Wizard
- See Me, Feel Me
- Baba O’Riley
- Won’t Get Fooled Again
![The Who: (Nie)moja generacja – relacja z koncertu Wiednia [14.09.2016]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2016/09/619885.jpg)