The Black Dahlia Murder to niewątpliwie zespół, który od dawna chciałem zobaczyć i usłyszeć na żywo, dlatego gdy tylko wiadomość o ich wizycie w naszym kraju obiegła Polskę czekałem na newsa o koncercie w krakowskiej Fabryce. Renoma zespołu, charakter miejsca, dotychczasowi goście odwiedzający Zabłocie – wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że amerykanie powinni odwiedzić gród Kraka – niestety ogłoszone zostały jedynie daty w Warszawie i Wrocławiu. Nie miałem wątpliwości gdzie spędzę jeden z lipcowych wieczorów. Wybór padł na Wrocław i klub Liverpool – 13 lipca 2015 roku.
Amerykanie są bardzo pracowitym i konsekwentnym zespołem. Od ukazania się płyty „Unhollowed„ wydają albumy równo co dwa lata. Na trasie promującej najnowszy album zaserwowali nam maraton, przez wszystkie sześć krążków, składający się z 18 kawałków, poświęcając najwięcej czasu dla „Everblack„ i „Ritual„, natomiast z najnowszego – siódmego – usłyszeliśmy tylko jeden numer – singiel 'Vlad, Son of the dragon’, co uważam za lekki niedosyt. „Abysmal„ ma ukazać się 18 września, po raz kolejny po dwuletniej przerwie – zespół mógł pokusić się u uchylenie rąbka tajemnicy i zaprezentować większą ilości materiału.
Nie ma co się oszukiwać, największe emocje w klubie Liverpool towarzyszyły najbardziej znanym kawałkom – 'Moonlight Equilibrium’, 'What a Horrible Night To Have a Curse’, 'Necropolis’. Dobrym zabiegiem było wyważone ułożenie setlisty, niezdominowanej przez utwory z jednego albumu. Dodatkowo cieszył fakt, że z moich ulubionych krążków – „Nocturnal” i „Ritual” zagrali odpowiednio po trzy i cztery numery. Dobrze było usłyszeć też starsze numery 'Elder Misanthropy’, 'Miasma’ czy 'Funureal Fist’ zagrane na sam koniec.
Zespół Black Dahlia Murder znany jest z dynamicznego ruchu scenicznego, a zwłaszcza charyzmatycznego wokalisty Trevora Strnada, który nie potrafi ustać w miejscu, biega po stage’u, macha rękami, skacze. Niestety klub Liverpool to totalne przeciwieństwo Fabryki – mieści się pod ziemią, a jego bardzo niski strop uniemożliwiał artystom pełne zaangażowanie w gig, co było widać. Sam Trevor niejednokrotnie zwracał ze sceny na to uwagę. Do tego klub jest bardzo mały, a podłoga wyłożona kafelkami. Po rozlaniu piwa i litrów potu z moshu, jedyne czego brakowało to tabliczki rodem z Maca – uwaga ślisko. The Black Dahlia Murder ma wyrobioną renomę na całym świecie, zebrane przeszło milion fanów na Facebooku, siedem płyt na koncie, dlatego dziwił fakt, że koncert zorganizowano w tak małym miejscu. Oczywiście są też zalety takich kameralnych wydarzeń – zespołu z publiką nie dzielił żaden dystans, a atmosfera była iście garażowa.
Dużym plusem było nagłośnienie. Na pierwszych numerach dźwięk był mętny, niewyraźny, zdecydowanie przebasowany, a wysokie tony umierały pod gradem stopy i blastów. Na szczęście w tłumie szybko pojawił się techniczny z iPadem i po kilku sprawnych ruchach na konsoli ukręcił kapitalne, klarowne brzmienie, z wyraźnie słyszalnymi riffami i solówkami. Z głośników wylała się fala breakdownów i ostrego melo-deathowego „piłowania”. Od dawna czekałem na tak dobrze brzmiący koncert.
Z racji zaburzenia dystansu między publiką, a zespołem atmosfera była naprawdę kapitalna. Trevor żartami, kontaktem z widownią, wciąganiem ludzi na scenę, a nawet wypitym drinkiem nadrabiał niemożność skakania. Mimo wielkiej postury i brutalności muzyki, którą gra nie schodził z jego twarzy uśmiech nawet na chwilę. Na ostatnim numerze zdecydował się nawet na diving, widowiskowo szurając nogami po suficie. W przerwie między numerami gitarzysta Brian Eschbach niczym Dionizos sięgał po kiście winogron i karmił nimi fanów stojących przy barierkach.
Kto w miarę regularnie odwiedza kluby muzyczne z ciężką muzyką (zwłaszcza w Krakowie) nie mógł przegapić koncertu Drown My Day. Solidny deathmetalowy band idealnie sprawdza się w roli rozgrzewającego publikę supportu.Po raz kolejny pokazał, że polskie zespoły potrafią siać zniszczenie ze sceny na światowym poziomie i występować na jednej scenie z międzynarodowymi gwiazdami. Niestety na Soundfear nie dane mi było zdążyć.
Jeśli chodzi o modowe ciekawostki Groove z DMD wystąpił w koszulce Black Dahlii, natomiast Trevor miał opięty brzuch De Profundis Vadera, co było oczywistym oczkiem puszczonym w stronę polskiej publiki.
Mimo dnia skazanego przez wiele losowych czynników na straty, perturbacji związanych z problemami z dojazdem do Wrocławia, fatalną aurą uważam, że dla prawie półtoragodzinnego koncertu Amerykanów warto było przetrwać go do godz. 21. Drown My Day doskonale wprowadził widownię w koncert główny, a Black Dahlia nie biorąc jeńców zamiotła totalnie, podbijając poniedziałkowego wieczoru wrocławski port Liverpool. Teraz pozostaje tylko grzecznie poczekać i kontynuować melo-deathowy maraton – następny przystanek XX Brutal Assault, a tam Heaven Shall Burn, At The Gates, Be’lakor i The Haunted.
Moonlight Equilibrium
On Stirring Seas of Salted Blood
Vlad. Son of the dragon
Statutory Ape
Raped in Hatred by Vines of Thorn
Necropolis
Phantom Limb
Masturbation Den of the Picquerist
Elder Misanthropy
Everything Went Black
Malenchantments of the Necrosphere
Their Beloved Absentee
What a Horrible Night to Have a Curse
I Will Return
Miasma
Deathmask Divine
Funeral Thirst
![The Black Dahlia Murder: Relacja z koncertu w klubie Liverpool [13.08.15]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/07/black-dahlia1-1024x452.jpg)