Sully Erna: Relacja z koncertu w łódzkiej Wytwórni [24.09.2017]

0

Solowa kariera wokalisty popularnego, nu lub alternative metalowego zespołu zawsze budzi pewne zaciekawienie. By nie szukać daleko, wszyscy zainteresowani karierą System of a Down z wypiekami na twarzy słuchali skomponowanego przez Serj Tankiana „Elect The Dead”, fani Korn odpalali „Alone I Play” Jonathana Davisa, a wielbiciele Slipknota rozładowywali napięcie, gdy ich idol oznaczony numerem 8 wykonywał na scenie cover czołówki „Scooby-Doo”. Jedno jest pewne – obserwowanie zdobiących na co dzień okładki muzycznych czasopism buntowników w towarzystwie akustycznych gitar jest czymś, co nie bez powodu przyciąga uwagę. Nie inaczej jest w przypadku wokalisty i głównego kompozytora Godsmack, Sully’ego Erny. Dlatego też, gdy stanęliśmy przed kasą biletową w łódzkiej Wytwórni, nie wiedzieliśmy do końca czego się spodziewać. Nagrania z innych koncertów stanowiły pewne źródło wiedzy, ale… czy Sully na żywo wypada równie efektownie kiedy trochę spuści z tonu i usiądzie za pianinem?

Po zajęciu miejsc (tak, zdecydowaną większość miejsca dla publiczności stanowiły krzesła) odprężyliśmy się trzymając w ręce plastikowe kubki z ciemnym piwem. Widok sceny przygotowanej na solowe widowisko Erny budził nadzieje na porządnie spędzony, niedzielny wieczór. Światło powoli przygasało, atmosfera gęstniała, a na ekranie zaczęły pokazywać się pierwsze wizualizacje.

www.lukaszorlowski.pl

Właściwie od razu wiadomo było z czym mamy do czynienia – głęboki głos lektora opowiadający o plusach doznawania dźwięków każdym zmysłem nie zwiastował mrocznego widowiska, a raczej ładną laurkę wystawioną temu, czego wszyscy przyszliśmy posłuchać – muzyce. W podobnym tonie okazała się być utrzymana pozostała część wieczoru. Zespół dowodzony przez wokalistę Godsmack zaczął swój koncert klasycznie, od nagranego oryginalnie przez The Rolling Stones „Sympathy for the Devil”. Po rzuconym przez Sully’ego „Why don’t you get the fuck up?!” zdecydowana większość publiczności w podskokach przybyła pod scenę i pozostała tam aż do końca trwającego około 2 godziny koncertu.

Przez wspomniane 120 minut zarówno grupa muzyków, jak i zgromadzeni pod sceną fani zadbali o to, by na myśl o koncercie w łodzkiej Wytwórni co najmniej kilka wspomnień nasuwało się na myśl bez głębszego zastanowienia. Na setliście poza klasycznymi, świetnie zagranymi utworami skomponowanymi przez Sully’ego Ernę znalazło się miejsce dla kilku soczystych coverów. Pomijając wspomniany już „Sympathy for the Devil”, grupa pokusiła się o własną interpretację „Nothing Else Matters”, „Crawling” z dedykacją dla Chestera Benningtona, a także połączone ze sobą „Dream On” (Aerosmith) i „Hey Jude” (The Beatles) jako rozchodniaczek. Już po samych coverach (wymienionych chronologicznie) można zauważyć, że ciężko się w opisywanym koncercie dopatrywać spójności, jednolitego nastroju, wprowadzenia do świata, który muzycy chcieliby stworzyć dla publiczności.

Zamiast tego w ręce słuchaczy trafił dobrze zagrany koncert będący przekrojem przez zarówno radosne, jak i przygnębiające oblicze muzyki. Ciężko niekiedy stuprocentowo uwierzyć w to, co wydobywa się ze sceny, kiedy słuchaczom w przeciągu około 10. minut serwowane są „Nothing Else Matters” oraz nacechowane niekończącym się optymizmem „Turn It Up!”. Po chwil zespół powraca na scenę z jednoznacznie kojarzącym się „Crawling”, a następnie, na sam koniec, rozładowuje napięcie przy pomocy „Hey Jude”. To jedynie kwestia gustu, choć w naszej opinii inna kolejność na setliście mogła uczynić to widowisko bardziej spójnym i konsekwentnym.

Wspomniane marudzenia i zarzuty nie przeszkodziły jednak ekipie Erny na świetny kontakt z publicznością. Muzycy zdawali świetnie się czuć na łódzkiej scenie, nie szczędzili komentarzy między utworami („kurwa” z ust zagranicznego muzyka zawsze wiąże się z gorącym aplauzem), udało się nawet jedną z młodszych uczestniczek koncertu zaprosić na scenę (wspaniały moment!). Dodatkowo słynna polska gościnność sprawiła, że na ręce Sully’ego złożona została torba z podarunkami – zestawem kieliszków oraz dwiema butelkami wysokooktanowej, czystej wódki.

Podsumowując, Sully Erna wraz ze swoim zespołem dostarczył dwie godziny może nie do końca równego i spójnego, ale na pewno wywołującego pozytywne odczucia występu. Wracając do słów z początku tego artykułu – tak, to bez wątpienia była laurka wystawiona nie tylko materiałowi, jaki wokalista Godsmack zdołał nagrać podczas kariery solowej, ale muzyce w ogóle. Podczas wykonywania „Hey Jude” rozradowany Sully spytał: „Can you feel how it goes through your body?”.

„We do, Sully. We do.” – odpowiedzieliśmy w duchu.

„That’s a gift of music” – odparł, jakby słyszał nasze myśli. Tak brzmiały jedne ostatnich słów, jakie na scenie wypowiedział frontman Godsmack, Sully Erna. Zakochany w muzyce bez pamięci. A chyba to się ostatecznie liczy, prawda?

PS. Przypominamy fotorelację z tego koncertu, którą przygotował Ruda Tośka.

Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.