Devin Townsend Project: Relacja z koncertu w Klubie Stodoła [16.03.2015]

0

Są takie koncerty, dzięki którym poniedziałek zamiast dniem znienawidzonym, staje się tym długo wypatrywanym. Wtedy nawet wizja wielu godzin spędzonych w pracy lub w szkole nie jest w stanie stłumić tego cudownego uczucia wyczekiwania na wieczorny gig. Mowa tu oczywiście o koncercie Devina Townsenda i towarzyszących mu Shining i Periphery, który odbył się 16 marca 2015 w warszawskiej Stodole.

Pod klub przyjechałem kilkanaście minut przed planowanym otwarciem bram i, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, kolejka do wejścia zawijała daleko za rogiem Stodoły, co wróżyło dwie rzeczy. Po pierwsze – swoje będę musiał odstać. Po drugie – sala nie będzie świecić pustkami.

Devin_Townsend_Project

Pierwsi na scenę weszli Norwegowie z Shining, których muzyki nie potrafiłem precyzyjnie zdefiniować i z pomocą przyszła mi dopiero Wikipedia. Panowie wykonują – uwaga – awangardowy metal progresywny z elementami jazzu. Brzmi ciekawie i taki też był ich występ. Ciekawy. Zespół grał 35 minut i muszę przyznać, że na żywo prezentuje się bardzo przyzwoicie. Mimo iż na początku można było odnieść wrażenie, że  grane przez nich kawałki są chaotyczne, to z każdym kolejnym utworem Shining intrygowało coraz mocniej i nie da się ukryć, że Norwegowie mają swój styl i koncepcję na muzykę. Połączenie syntezatorowych gitar, klawiszy, saksofonu, zmiennego metrum i screamu dało w tym wypadku ciekawy efekt i z całą pewnością Shining zasługuje na dokładniejsze poznanie.

Po kilkunastu minutach przerwy na scenę zawitali – znani przeze mnie i bardzo cenieni – Amerykanie z Periphery. Zacznę jednak od tego, co wywołało niemały zawód u publiczności, a mianowicie od akustyki. Stodoła znana jest z tego, że nie każdy koncert grany w niej jest dobrze nagłośniony i niestety wyszło to na jaw tego wieczoru. Wokal Spencera Sotelo był ledwo słyszalny, a perkusja momentami zagłuszała gitary. Wielka szkoda, bo muzyka przez nich grana jest niebanalna i w takich warunkach straciła większość swoich walorów. Były oczywiście momenty lepszego brzmienia (na przykład podczas solówek), kiedy mogliśmy delektować się każdym czysto i idealnie w tempo zagranym dźwiękiem. Wierzę, że gdyby nagłośnienie przez cały ich występ było dobre, to również na publiczności zrobiliby lepsze wrażenie. W setliście przeważały utwory z najnowszego podwójnego wydawnictwa „Juggernaut”, które zostały ciepło przyjęte przez fanów. Mam nadzieję, że przy kolejnej ich wizycie w Polsce będą grali w lepiej nagłośnionym miejscu, ponieważ najzwyczajniej w świecie ich muzyka na to zasługuje.

Po 45 minutach dla Periphery techniczni zajęli się przygotowaniem sceny dla gwiazdy wieczoru. Ogromny pedalboard, statyw na mikrofon z legendarnym już uchwytem na butelkę z wodą i spektakularny zestaw perkusyjny wzmógł u mnie (i chyba nie tylko u mnie) nerwowe oczekiwanie na początek występu, który jak się okazało, był jednym z najlepszych, jaki miałem okazję widzieć (a trochę ich było).

Światła zgasły, z ciemności najpierw wyłonili się pozostali członkowie zespołu, a na koniec, przy entuzjastycznej owacji widowni, wszedł na scenę Devin Townsend ze swoją świecącą gitarą. Po szybkim przywitaniu się z publiką rozbrzmiały pierwsze dźwięki utworu ‘Truth’ i zabawa zaczęła się na całego. Już na początku przyznam, że czegokolwiek bym nie umieścił w tej relacji, i tak nie uda mi się opisać, jak fenomenalne widowisko zaprezentowali nam tego wieczoru Kanadyjczycy.

Setlista, choć dość krótka (75 minut), była tak zróżnicowana, że nawet przez sekundę nie odczuwało się znużenia. Jedno spojrzenie na Devina i wypisaną na jego twarzy czystą radość z gry mogłoby wywołać szeroki uśmiech nawet u najbardziej zasmuconej osoby na świecie. To właśnie ta autentyczność i bezpośredniość sprawia, że Devin Townsend ma świetny kontakt z publiką, czego dowodem może być chociażby wypełniona po brzegi Stodoła i przepełnione zachwytem komentarze fanów po koncercie.

Koncert to oczywiście nie tylko kontakt z widownią, ale również sama prezentowana muzyka. Tutaj nie ma absolutnie do czego się przyczepić, a sam wokal Devina Townsenda mógłby zapędzić w kompleksy niejednego artystę. Przeszywający aż do kości scream w ‘A New Reign’ czy ‘Namaste’, potężny śpiew w ‘Kingdom’ a potem spokojny, wręcz usypiający w „Ih-Ah!” sam składa nam dłonie do oklasków. A skoro już jesteśmy przy „Ih-Ah!”, to na sam koniec chciałbym opisać bardzo sympatyczną scenę, która miała miejsce przed zagraniem tego numeru. Devin został sam na scenie i w momencie, kiedy usiadł na skraju sceny, z tłumu wyłonił się mały chłopiec o imieniu Kacper, który z pomocą ochroniarzy wdrapał się na scenę z pacynką Ziltoida w jednej ręce i laurką w drugiej. Nie obyło się bez krótkiego muppet show, co fani przyjęli euforycznie, a sam Devin wyraźnie się wzruszył.

Po zakończeniu koncertu fani nie bardzo kwapili się do wyjścia nadal nawołując zespół, ale jak to zauważył pewien mężczyzna – „Techniczny już je kanapkę, więc nic z tego”. Niemniej jednak uznaję ten wieczór za jeden z lepszych w moim życiu. To właśnie takie koncerty sprawiają, że zyskuje się ogromny szacunek do artysty i, cytując innego pana, „chce się wrócić do domu i kupić całą jego dyskografię”.

Devin Townsend jest jak wino. Im starszy tym lepszy. Z niecierpliwością będę czekał na kolejny koncert w Polsce i jestem w stanie sprzedać nerkę, byle tylko móc spędzić kolejnych kilkadziesiąt minut z tym ucieleśnieniem muzycznego geniuszu.

Parafrazując Witolda Gombrowicza:

Koniec i bomba
A kto przegapił, ten trąba!

  1. Truth
  2. Fallout
  3. Namaste
  4. Night
  5. Storm
  6. Hyperdrive
  7. Rejoice
  8. Addicted!
  9. March of the Poozers
  10. A New Reign
  11. Lucky Animals
  12. Life
  13. Christeen
  14. Ih-Ah!
  15. Kingdom
Udostępnij to

O autorze

Hajime

Wychowany zarówno przy dźwiękach Iron Maiden czy Rainbow, jak i Chrisa Rea'i i Leonarda Cohena. Aktualnie przemierza nie tylko ścieżki wyłożone "klasycznymi" kamieniami, ale chętnie zapuszcza się na te mniej uczęszczane, nieustannie starając się odkryć coś nowego.