Arkona, Heidevolk, Metsatöll, Dalriada, Jar: Relacja z koncertu w Progresji [18.12.2015]

0

Fanom folk metalu trudno byłoby wyobrazić sobie lepsze zakończenie 2015 roku od srogiej dawki pogańskiej muzyki połączonej z ciężkim brzmieniem gitar i perkusji. Takie właśnie atrakcje zapewnili organizatorzy z Knock Out Productions, dzięki którym na aż 5 koncertów przyjechali do Polski muzycy Arkony i towarzyszący im Heidevolk, Metsatöll, Dalirada i Jar. Ja miałem przyjemność partycypowania w warszawskim wydarzeniu, które odbyło się 18 grudnia w Klubie Progresja w Warszawie.

Jako pierwszy na scenie pojawił się tercet z polskiego folkowego (nie folk metalowego) zespołu Jar. Nie znałem wcześniej zbyt dobrze ich twórczości i raczej z ciekawości, aniżeli z premedytacji, pojawiłem się tak wcześnie pod sceną, jednak już po kilku chwilach doszedłem do wniosku, że bynajmniej nie będzie to czas stracony. Na żywo muzyka o wiele bardziej trafiła do mnie niż po przesłuchaniu paru utworów na Youtube, a gra świateł imitujących barwy lasu sprawiła, że ludowy klimat był wręcz namacalny. Z kolei dość minimalistyczne podejście do sekcji rytmicznej, którą stanowił pojedynczy bęben, umożliwiło – choć na chwilę – metafizyczne przeniesienie się na łono natury. Jar bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, a reszta publiki również wyglądała na zauroczoną, więc cały występ należałoby zaliczyć do jak najbardziej udanych.

Po krótkiej przerwie na deskach Progresji zaprezentowali się się Węgrzy z Dalriady.

Choć istnieją dopiero od 2003 roku, już mają na koncie 8 albumów studyjnych, a ostatni z nich (“Áldás”) może znacząco zwiększyć notowania zespołu w kręgach folk metalowych. Zarówno pod względem muzycznym jak i brzmieniowym i produkcyjnym jest to europejska czołówka i tylko kwestią czasu wydaje się być podpisanie kontraktu z większą wytwórnią płytową i trasy koncertowe w roli headlinera.

Otwierający setlistę ‘Amit ad az ég’ już po kilku chwilach rozbujał publiczność, której z minuty na minutę przybywało. Zgromadzeni pod sceną z każdym kolejnym utworem coraz huczniej nagradzali muzyków brawami, a sympatię niejednego słuchacza zdobył gitarzysta/wokalista, który nauczył się kilku zwrotów po polsku (których nie będę cytował – chyba można się ich domyślić, prawda?). Cały występ natomiast był kwintesencją tego, czego można by wymagać od folk metalowej kapeli: zapadające w pamięci melodie, świetne wokale (męski, żeński, chóry), a w dodatku fenomenalne – jak na support – nagłośnienie. Dalriada grała tylko 35 minut, ale trudno się temu dziwić, skoro przed nami były jeszcze 3 zespoły. Tuż po skończeniu swojego setu muzycy – jak tłumaczyli na Facebooku – musieli z przyczyn rodzinnych wrócić do kraju, tym samym omijając 2 ostatnie koncerty, które mieli zagrać w Gdańsku i Poznaniu. Zapewnili jednak, że już planują trasę na 2016 rok i że nie zabraknie tam polskich dat. Trzymam za słowo.

Następnie przyszła kolej na Metsatöll, który bardzo często gości w Polsce w roli supportu większych zespołów.

Estończyków widziałem pierwszy raz w 2013 roku, kiedy grali przed Korpiklaani, i wspominam ich raczej pozytywnie. Wykonują stosunkowo najmniej skoczną muzykę ze wszystkich występujących tego wieczoru, jednakże bardzo urozmaica ją multiinstrumentalista grający m. in. na flecie, dudach, drumli i “tworze” przypominającym połączenie liry korbowej i gitary. Co prawda w folk metalu preferuję więcej melodyjności, ale trzeba im oddać, że na żywo potrafią dowalić do pieca, a fani ostrzejszego moshu na pewno będą usatysfakcjonowani z takiej muzyki. 

Metsatöll to – według mnie przynajmniej – typowy zespół “koncertowy”. Na scenie potrafią wykrzesać maksimum ze swoich kawałków, momentami zbaczając nawet na thrashowe tory, ale słuchając nagrań studyjnych nie czuję się tych emocji, co podczas koncertów. Nie zmienia to jednak faktu, że jako jeden z supportów dobrze się spisali i – mimo kilku bardziej monotonnych kompozycji – nie sposób było się nudzić. Świetnie spisał się wokalista kapeli, a nagłośnienie również sprostało oczekiwaniom i brzmieniowo gitary wypadły chyba najlepiej wśród wszystkich zespołów tego wieczoru.

Na kolejną wizytę w holenderskiego Heidevolk w Polsce trzeba było czekać aż 6 lat, ale – jak to mówią – lepiej późno niż wcale.

Zespół ma już wyrobioną pozycję wśród innych folk metalowych formacji i seria 5 koncertów w Polsce była z pewnością wydarzeniem, którego nie można było przegapić. Setlistę otworzył ‘Winter woede’ z wydanej tego roku płyty „Velua” i od pierwszych taktów było widać, że polscy fani bardzo stęsknili się za zespołem. Muzycy zostali bardzo ciepło przyjęci i duże wrażenie zrobił na nich fakt, iż spora część publiczności zna ich utwory i dzielnie wtóruje w śpiewaniu. Klimat był bardziej folkowy niż metalowy, toteż pod sceną – w przeciwieństwie do tego, co działo się na Metsatöll – było więcej skakania i obijania się o sąsiadów, niż klasycznego moshu.

Na szczególną uwagę zasługują dwaj wokaliści kapeli, którzy tworzą bardzo spektakularne harmonie i na żywo – w połączeniu z growlem – wypadło to dość spektakularnie. A już chyba nie muszę przekonywać, że growl w jakimkolwiek języku germańskim brzmi bardzo brutalnie. W setliście oczywiście nie mogło zabraknąć takich szlagierów jak ‘Saksenland’, ‘Nehalennia’, czy ‘Vulgaris Magistralis’. Zwłaszcza ten ostatni, zagrany na zakończenie i poprzedzony zapierającym dech w piersi (dosłownie i w przenośni) intrem acapella, w świetny sposób podsumował cały koncert. Wszyscy pod sceną bawili się przednio i u wielu przez większość czasu gościł na twarzy uśmiech, co również udzieliło się samym muzykom. Panowie z Heidevolk nie mogli nadziwić się, że mają tak liczną grupę oddanych fanów i już zapowiedzieli rychły powrót do Polski.

  1. Winter woede
  2. Ostara
  3. Verboren in vlammen
  4. Het Wilde Heer
  5. Einde der zege
  6. Dondergod
  7. Saksenland
  8. Urth
  9. Drankgelag
  10. Het bier zal weer vloeien
  11. Nehalennia
  12. Een met de Storm
  13. Vulgaris Magistralis

Po świetnych zespołach supprotujących przyszła pora na danie główne w postaci rosyjskich potentatów folk metalu – Arkonę.

 

Tuż przed 22:00 zgasły światła na sali, scena została podświetlona na niebiesko, a po chwili z ciemności wyłonili się członkowie zespołu. Na pierwszy ogień poszedł ‘Yav” pochodzący z najnowszego wydawnictwa kapeli o tym samym tytule. Po części reprezentuje on sobą delikatną zmianę stylu widoczną na tej płycie, mianowicie ukłon w stronę black metalu. Taki obrót spraw może być dla niektórych zaskoczeniem, ale trzeba przyznać, że intrygujące a zarazem fascynujące jest, jak świetnie udało się pogodzić oba gatunki ze sobą. Doskonałym dowodem na to była możliwość doświadczenia efektu końcowego na żywo, kiedy na zmysły odbiorcy działała również oprawa tworząca tajemniczą aurę. Ale oczywiście nie było tak, że cały koncert utrzymany został w takim klimacie. Wszak kto, jeśli nie Arkona, może kojarzyć się z niepowtarzalną melodyjnością i żywiołowością utworów.

Takie klasyki jak ‘Zakliatie’, ‘Goi, Rode, Goi!’, czy zagrane na bis ‘Stenka na Stenku’ i ‘Yarilo’ (swoją drogą chyba najintensywniejszy bis w moim życiu) obudziły w publice pierwotne instynkty, objawiające się niekontrolowaną żądzą tańców, a w ostrzejszych momentach – uczestnictwa w srogim moshu, w którym nikt się nie oszczędzał. W dużej mierze zadbała o to sama Masha, która dwoiła się i troiła na scenie, a wokalnie wręcz zmiażdżyła wszystko i wszystkich. Charakterystyczny czysty śpiew przeplatany brutalnym growlem niejednego profesjonalnego krzykacza mógłby wpędzić w kompleksy.

Arkona już od ładnych paru lat ma wyrobioną renomę wśród polskich fanów folk metalu, więc duża frekwencja nie powinna być zaskoczeniem, ale nie spodziewałem się, że Progresja aż w tak dużym stopniu zostanie zapełniona. Zwłaszcza że był to jeden z pięciu koncertów w Polsce i zebrali się na nim w głównej mierze fani z Warszawy i okolic.

Po ponad 5 godzinach spędzonych tego wieczoru w Progresji byłem niesłychanie zmęczony, ale jednocześnie szczęśliwy i spełniony. Każdy z zespołów reprezentował sobą trochę inny styl, ale jako całość świetnie się to uzupełniało i zapewniało różnorodność. Z kolei fakt, że wszyscy śpiewali w swoich językach ojczystych sprawił, że nawet na koncercie metalowym można było liznąć trochę obcej kultury.

  1. Yav’
  2. Ot Serdtsa K Nebu
  3. Goi, Rode, Goi!
  4. Liki Bessmertnykh Bogov
  5. Zakliatie
  6. Na Strazhe Novikh Let
  7. Slav’sja, Rus’!
  8. Katitsia Kolo
  9. Sva
  10. Vozrozdenie
  11. Pamiat
  12. Stenka na Stenku
  13. Yarilo

12345537_10154393114864447_144280047524020291_n

Udostępnij to

O autorze

Hajime

Wychowany zarówno przy dźwiękach Iron Maiden czy Rainbow, jak i Chrisa Rea'i i Leonarda Cohena. Aktualnie przemierza nie tylko ścieżki wyłożone "klasycznymi" kamieniami, ale chętnie zapuszcza się na te mniej uczęszczane, nieustannie starając się odkryć coś nowego.