Zagłada po polsku: recenzja płyty Obscure Sphinx – Void Mother

0

Przed Obscure Sphinx stało nie lada zadanie. W końcu nie każdemu udaje się dorównać własnemu, docenionemu przez krytyków debiutowi, nie wspominając już o nagraniu czegoś lepszego, bardziej odkrywczego. Na szczęście momenty takie, jak wsadzenie do odtwarzacza Void Mother, nowej płyty polskiego Obscure Sphinx, przywracają wiarę w nieco wyświechtany już post-metal, naszą polską scenę i w muzykę w ogóle. Zapnijcie pasy i przygotujcie się na podróż unikatową, niezwykłą, bez chwili wytchnienia.

Obscure Sphinx Void Mother

Pokrótce, traktując samych muzyków nieco instrumentalnie: to, co stanowi siłę zespołu to dwie ośmiostrunowe i piekielnie nisko nastrojone gitary, sześciostrunowy bas, napędzająca cały hałas perkusja i absolutny znak rozpoznawczy grupy: Zofia „Wielebna” Fraś. To, co szokowało i zdobywało uznanie krytyków przy okazji Anaesthetic Inhalation Ritual, czyli potężne brzmienie, niezwykły wokal i niepowtarzalna atmosfera, wkrada się tutaj na wyższy poziom. Jest więcej, lepiej i, tu zaskoczenie, bardziej przystępnie. Ale po kolei.

Album otwiera miażdżące Lunar Caustic, pokazujące już w pierwszych minutach krążka skondensowaną wersję tego, co zespół ma do zaoferowania. Znajdziemy tu powolne, mocno brzmiące i połamane riffy (skojarzenia z Meshuggah jak najbardziej na miejscu), klimatyczne wstawki, ciężki klimat i, przede wszystkim, genialny damski wokal, który przy screamowaniu czy growlowaniu nie ustępuje praktycznie w niczym swoim męskim odpowiednikom. Wielebna w pierwszej części utworu wznosi się na absolutne wyżyny swoich możliwości szokując każdym wydobytym z siebie dźwiękiem i razem z instrumentalistami zaprowadza słuchacza na skraj wytrzymałości. Jest naprawdę ciężko, dojrzale, odkrywczo, a słowo „kompromis” wydaje się być czymś totalne obcym dla całego zespołu. Powtórka miażdżącego riffu z początku numeru zaraz po łagodnie brzmiącym i urzekającym czystym wokalem fragmencie? Czemu nie! Tutaj nacisk położony jest na brud, ciężar i szokowanie odbiorcy przy pomocy stosunkowo prostych, lecz sprawdzonych i niezwykle dobrych patentów.

Na silnym, początkowym kopniaku ekipa z Obscure Sphinx jednak nie poprzestaje fundując słuchaczom doświadczenia takie, jak Waiting For The Bodies Down The River Floating, Decimation czy absolutnie fantastyczne Nasciturus. Muzykom udaje się idealnie łączyć momenty agresywne (posadzony oktawę niżej drop d to nie przelewki) z lirycznymi nie odwołując się przy tym do znanych wszystkim, post-rockowych patentów. Przy pierwszym odsłuchaniu Void Mother byłem nieraz zaskoczony, nie potrafiłem bowiem w najmniejszym stopniu przewidzieć tego, co stanie się za chwilę. A to, co się działo, przechodziło moje najśmielsze oczekiwania. Za przykład można podać, by daleko nie szukać, wspomniane już Nasciturus, które po długim, post-metalowym instrumentalnym pasażu nagle wkracza z przygniatającym ciężarem wcale przy tym nie siląc się na riffy techniczne, skomplikowane, czy wcześniej niegrane. Cała siła albumu tkwi w nieprzewidywalnych, muzycznych połączeniach.

Obscure Sphinx 2013

Oczywiście, w tym całym metalowym kotle znajduje się też miejsce na elementy czysto liryczne, czy to przemycone w dłuższych kompozycjach, czy też odseparowane jako osobne utwory. Velorio i Void to nieprzeciągnięte, pozbawione ambientowych czy mówionych wstawek przerywniki nadające kształt mrocznej, przemyślanej całości. Poza głównym, narzucającym się riffem i rytmem perkusyjnym, zawsze inny instrumentalista gra coś w tle, coś, co z początku się nie narzuca, a zapewnia słuchaczowi uczucie pewnej błogości w tym całym, muzycznym horrorze. Obscure Sphinx zdaje się uczyć od najlepszych, od tych doświadczonych, którzy w rubryce sludge metal widnieją jako sprawdzone marki.

Obscure Sphinx Void Mother

Wokalistka grupy, Wielebna, w jednym z wywiadów podkreślała, że chciałaby, by kiedyś ktoś o którymś zespole powiedział, że brzmi właśnie jak Obscure Sphinx. Czy polska grupa jest zdolna do tego, by być pewnym wyznacznikiem jakości? Poruszmy tutaj przy okazji kwestię nieuniknionego porównania Void Mother z nowym albumem Blindead, Absence. Oba albumy to absolutna światowa post-metalowa czołówka tego roku, mimo to jednak różnią się diametralnie. Ten ostatni postanowił odejść nieco od ideałów gatunku i zagłębić się bardziej w muzykę progresywną, odchodząc tym samym od brudnych brzmień i będąc często stawianym na jednej półce obok Katatonii czy też Riverside. Jak się ma sprawa w przypadku Obscure Sphinx? Nowe wydawnictwo zespołu wydaje się być bardziej bezkompromisowe, cięższe, a przy tym przykuwające uwagę jak mało który album. Swoim monumentalizmem Void Mother zmiata najlepsze albumy Riverside, wytrzymuje natomiast porównanie z kapelami takimi, jak The Ocean czy też kolaboracja Neurosis z Jarboe. W wielu momentach na najnowszej płycie Obscure Sphinx Zofia Fraś brzmi bowiem jak legendarna wokalista Swans – przyprawia o dreszcze, niepokoi, a mimo to wciąż swoim krzykiem każe nam pozostawać w jednej pozycji, ze słuchawkami na uszach. Warszawska grupa jest więc na dobrej drodze do stworzenia sprawdzonej marki.

Czy album ma jakieś wady? Większych nie stwierdziłem. Ciężko bowiem napisać, że dane dźwięki nie mają żadnych słabszych punktów – to jedynie kwestia gustu. Po kilkunastu przesłuchaniach mogę jednak stwierdzić, że jestem zadeklarowanym fanem owej wschodzącej gwiazdy polskiego post-metalu. Obscure Sphinx to zespół fantastyczny, zjawiskowy, odbierający mowę. Nie odpinajcie jeszcze pasów, zróbcie to dopiero po odsłuchaniu zamykającego album The Presence Of Goddess. Potem włącznie płytę jeszcze raz. I jeszcze, i jeszcze, i jeszcze… A potem jeszcze raz.

Na koniec, kilka słów od zespołu w wywiadzie dla Rockville.pl – polecamy!

Tracklista:

  1. Lunar Caustic
  2. Velorio
  3. Waiting For The Bodies Down The River Floating
  4. Feverish
  5. Nasciturus
  6. Meredith
  7. Decimation
  8. Void
  9. The Presence Of Goddess

Autor: Bartosz Pietrzak

Ocena: 9,5/10

Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.