Phedora: Recenzja albumu “House of Ink”

0

Phedora to założony w 2011 roku kwintet z Lublina. Jak możemy wyczytać z ich facebookowego profilu rodzaj muzyki, którym się parają to pomieszanie rocka z alternatywą. Oprócz tego Panowie świetnie bawią się nagrywając vlogi, covery oraz z godną pozazdroszczenia częstotliwością zamieszczają informacje na rzeczonym fanpage’u. To właśnie także w tym miejscu możemy przeczytać mocno przesycony pewnością siebie napis: „You’ve just found your favourite rock band!”. Sprawdźmy zatem czy płyta o dość poetyckim tytule „House of Ink” ma jakiekolwiek szanse podbić serca wymagającej redakcji oraz naszych wiernych czytelników.

Phedora

Wykonana z dbałością okładka jeszcze przed włożeniem płyty do odtwarzacza zdradza, że mamy do czynienia z co najmniej dobrze wykonaną robotą. Zawarte w znajdującej się w środku książeczce informacje traktują m.in. o fanach, którzy mogli dojść do głosu w dwóch utworach. Co prawda tylko w chórkach, ale to i tak wystarczający argument na potwierdzenie tezy, że Phedora szanuje i dba o swoich odbiorców. Wewnątrz wkładki znajdziemy również kilka słów od autorów, teksty utworów, podziękowania, a także pustą stronę, na której możemy zapisać „skryte myśli, pragnienia i uczucia”. Ważną informacją jest także fakt, że „House of Ink” to poniekąd album koncepcyjny opowiadający historię zakochanego człowieka piszącego listy, których finalnie z braku odwagi i tak nie wysyła.

Tak jak wspomniałem, jakość obwoluty faktycznie ma odbicie w muzyce. Pierwsze co rzuca się w uszy to świetnie wykonana produkcja oraz wzorowy miks i mastering, za które odpowiedzialny jest Igor Bazelan – członek zespołu pełniący chyba najwięcej funkcji na raz (gitara/elektronika/instrumenty smyczkowe i klawiszowe). To dzięki niemu Phedora brzmieniem nie przypomina żadnego innego polskiego zespołu. Wręcz przeciwnie, w muzyce czuć ducha zachodu, Stanów Zjednoczonych. Temat dodatkowo przybija wokalista, Łukasz Kaźmierczak, który całkiem sprawnie posługuje się językiem angielskim. Dopełnieniem całości jest wyrazista sekcja rytmiczna i potężne, metalowe wręcz brzmienie gitar.

Otwierający ‘Of Ink’ to budujące napięcie dźwięki klawiszy, które stanowią idealną zapowiedź tego, co za chwile nastąpi. ‘One Breath Away’, bo o tym utworze mowa, łączy ze sobą ostre granie z dużą ilością symfonicznej muzyki. Znajdziemy tu także nośny refren oraz całe mnóstwo różnorakiej zabawy dźwiękiem. ‘Embers’ z kolei to ukłon w stronę fanów Linkin Park, czy Papa Roach. Rapowana nawijka, maniera wyciągnięta żywcem z Limp Bizkit i ostre przygrywki to dość ciekawa odmiana na tle reszty materiału. Zróżnicowanie przynosi także ballada ‘Nevergreen’, która opatrzona została subtelnym instrumentarium i piękną, niemalże wzruszającą solówką. Taka przerwa była tu naprawdę potrzebna, gdyż kilka numerów dalej znajdziemy zdecydowanego faworyta na całej płycie. Potężne wejście bez skrupułów, połamany do granic możliwości riff przechodzący w przestrzenne, a zarazem tętniące siłą uderzenia perkusji to zaledwie jedne z wielu zalet ‘Kingdom Gone’.

Choć słabych stron nie ma wiele, można dopatrzeć się kilku kwestii. Przede wszystkim należy zaliczyć do nich powtarzające się schematy, które występują w większości utworów, namolne upychanie smyków wszędzie gdzie się da (swoją drogą ciekaw jestem jak wspomniany multiinstrumentalista radzi sobie na koncertach…) i brak ogólnej przestrzeni. Utwory pędzą, następuje jeden szybki numer po drugim, co przy płycie koncepcyjnej nie pozwala w ogóle zastanowić się, przemyśleć i zrozumieć sens dziejącej się tam sytuacji.

Czy właśnie znalazłem swój ulubiony zespół? Nie, znalazłem go już dawno temu. Nie znaczy to natomiast, że Phedora nie ma siły przebicia. Wystarczy znaleźć po tagach nazwę zespołu na Instagramie, by zobaczyć te wszystkie uśmiechnięte buźki nastolatek, które właśnie otrzymały swoją kopię i nie omieszkały się nią bezzwłocznie pochwalić. „House of Ink” to zdecydowanie ponadprzeciętny album zasługujący na wysokie notowania.

1. ‘Of Ink’
2. ‘One Breath Away’
3. ‘Meet Me In The Limbo’
4. ‘Something To Lose’
5. ‘Embers’
6. ‘Chasing Snowflakes’
7. ‘Paper Streets’
8. ‘Wish You’d Lie’
9. ‘Nevergreen’
10. ‘All Is Mine’
11. ‘Succubus’
12. ‘Kingdom Gone’
13. ‘It Was Just A Dream’

Wyro(c)k

92%
92%
Master Of Puppets

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway To Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master Of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    10
  • Instrumentarium
    9
  • Wokal
    8
  • Brzmienie
    9
  • Repeat Mode
    10
  • Oceny czytelników (17 głosów)
    9.1
Udostępnij to

O autorze

MattMarduk

Uzależniony od muzyki. Każdej. Bez względu na gatunek. Chłonę wszystko - od miejscowego undergroundu, aż po światowe legendy metalu. Otoczony dźwiękami całą dobę pisuję, czytuję i poznaję. W życiu kieruję się słowami, które zostawił po sobie Cliff Burton: "Nie wypalasz się od szybkiego życia. Wypalasz się od powolności i znudzenia."