Recenzja płyty Bush – „Man on the Run”

0

Z kolejnymi albumami odnoszących sukcesy kapel jest jak z maratonem – fani albo dostosowują się do nowego tempa i dalej kontynuują bieg albo stwierdzają, że kierunek i meta ku której zmierza zespół nie jest już ich celem. Tak było z Metalliką po „Black Albumie”, było tak również z Muse i mniej rockowym „The 2nd Law”. Płyty te sprawiły, że wielu wielbicieli wspomnianych bandów nabrało do nich dystansu. Jednak o ile większość kapel pędzi na czele ucieczki, goniona przez peleton swoich słuchaczy, o tyle „Man On The Run” sprawia wrażenie jakby Bush zostało lekkiej zadyszki.

Recenzja płyty The Bush - „Man on the Run”

Już po pierwszym przesłuchaniu krążka, to co najbardziej uderza słuchacza, to brak energii, a wręcz statyczność albumu. W kawałkach ‘Man on the Run’, ‘Bodies in Motion’ oraz radiowym ‘Speeding Through the Bright Lights’, dynamiki doświadczymy jedynie w samych tytułach zaś basowo-gitarowe instrumentarium zdaje się tworzyć jedynie tło pod nadmiernie zreverbowany wokal oraz elektroniczne wstawki.

Nie uświadczymy tu kopa z ‘The People That We Love’ („Golden State”, 2001), przebojowości ‘Machinehead’ („Sixteen Stone”, 1994) czy apetycznych i melodyjnych solówek wypełniających ‘Everything Zen’ z debiutanckiego albumu, bo „Man on the Run” nie ma nic wspólnego z grungem czy post-grungem z którego się wywodzi. Otrzymujemy za to 11 kawałków (lub 15 po zakupieniu wersji deluxe), które pomimo profesjonalnego wykonania oraz jakości, są po prostu mało przekonywujące i pozbawione głębi zarówno pod kątem muzycznym, jak i tekstowym.

I nie może dziwić fakt, że płytę otwarto najbardziej obiecującym ‘Just Like My Other Sin’, zaczynającym się zeppelinowym riffem i zadziornymi słowami, bo jak się okazuje to co następuje po nim niekoniecznie musi zachwycać. Po całkiem klimatycznych intrach z narastającym ambientowym użyciem wioseł (‘Let Yourself Go’) czy wpadającym w ucho dźwięcznym przebiegiem (‘Eye of the Storm’), Bush ma tendencję do uciekania w akordową prostotę i ograniczeniu kompozycji do wypuszczonych dźwięków oraz najprostszego beatu.

Chociaż pojawiają się bardzo okrojone, gitarowe sola, ich melodyka nie porywa słuchacza i jest przewidywalna (‘Broken In Paradise’), z kolei fragmenty w których mogłyby one dodać energii, zastąpiono elektronicznymi wtrąceniami, wytracającymi pęd utworu (‘Let Yourself Go’). Przesterowany bas Coreya Britza przykuwa zaledwie w jednym kawałku (‘Lonliness is a Killer’), natomiast Robin Goodridge zdecydowanie zbyt rzadko sięga po perkusyjne przejścia trzymając się spokojnego, choć w utworze ‘Golden Age’ dosyć przyjemnie pulsującego feelingu. Na pochwałę zasługuje również użycie rogów w ‘Surrender’.

Recenzja płyty The Bush - „Man on the Run”

W wokalu Gavina Rossdale’a również czegoś brakuje. Nie można frontmanowi i głównemu kompozytorowi Bush odmówić techniki oraz ciekawej barwy głosu, lecz na nowym krążku kapeli sprawia on wrażenie przytłumionego, anemicznego i pozbawionego pazura znanego z pierwszych czterech albumów. Wspomniane już przepuszczenie śpiewu Gavina przez efekty spłycają go do reszty pozbawiając werwy, której nie sposób szukać również w samych tekstach kawałków. Dominuje w nich tematyka miłosna i depresyjna, lecz ich naiwność oraz banalność może odpychać odbiorcę niezależnie od obecnego stanu i aktualnej potrzeby zakopania się w bardziej przygnębiającej muzyce. I nie zdziwiłbym się, gdyby ‘Broken In Paradise’ znalazłoby się w czołówce kolejnego, mało ambitnego serialu bądź filmu o sercowych rozterkach dorosłych i nastolatków. Jako przykład takich tekstów może posłużyć chociażby refren ‘Let Yoursself Go’:

You can be the queen/Możesz być królową
I can be bold/Ja będę zuchwałym
You give the love/Dajesz miłość
That’s heavy like gold/Która jest ciężka jak złoto

Podsumowując, „Man on the Run” rozczarowuje i jeżeli mieliście już wątpliwości co do poprzedzającego go „The Sea Of Memories”, to na nowym wydawnictwie Bush nie odnajdziecie niczego godnego uwagi. Nie polecam również krążka osobom niezaznajomionym jeszcze z dorobkiem londyńskiej kapeli, chyba, że byłyby one zwolennikami mało angażującego pop-rocka. I choć prostota i trywialność tekstowo-kompozycyjna także po części wpłynęła na końcową ocenę tego krążka, jego największą wadą jest jego bezpłciowość oraz fakt, że sam zespół postawił sobie wysoko poprzeczkę swoimi pierwszymi 4. albumami. Najbardziej szkoda, że grunge totalnie zgubił się w idącym w zupełnie innym kierunku Bushu. Krążek jest po części jak sam jego tytuł – sprawia wrażenie jakby powstał w biegu i po prostu był niedopracowany.

Tracklista:

01. Just Like My Other Sin
02. Man on the Run
03. The Only Way Out
04. The Gift
05. This House Is On Fire
06. Loneliness is a Killer
07. Bodies In Motion
08. Broken In Paradise
09. Surrender
10. Dangerous Love
11. Eye of the Storm

Utwory bonusowe (wersja ‘deluxe’):
13. Let Yourself Go
14. Speeding Through the Bright Lights
15. Golden Age

Ocena: 4,5/10

Autor: Mateusz Sendecki

Udostępnij to

O autorze

materonin

Sierżant rezerwy, spawacz i wokalisto-basista kapeli Heat Affected Zone. Jestem wyznawcą Dio oraz zwolennikiem grania, słuchania, podnoszenia i picia ciężkich rzeczy. Żeruję w mosh pitcie i wciągam kofeinę. "Second sun is rising to eclipse the first" STAY HEAVY! \m/