Max Cavalera po raz dziewiąty: recenzja płyty Soulfly – Savages

0

Max Cavalera to nadzwyczaj płodny artystycznie facet. Historia widziała już wielu takich, którzy po nagraniu kilku dobrych płyt dawali sobie spokój z wchodzeniem z instrumentami do studia, a jeśli już się na to decydowali, to zazwyczaj ich płyty powstawały raz na kilka lat i owiane były wielką, muzyczną tajemnicą. Tymczasem nasz bohater, były frontman Sepultury oraz obecny krzykacz Cavalera Conspiracy oraz Soulfly konsekwentnie, bez wielkiego medialnego szumu raz na rok, dwa wydaje kolejne albumy swoich zespołów. Nawet będąc otoczonym kultem założycielem legendy thrash metalu można z czasem popaść w rutynę i nudę, oj można.

Soulfly - Savages

W tej recenzji jest oczywiście mowa o najnowszym krążku formacji Soufly, warto jednak zaznaczyć, że poprzednia płyta zespołu ukazała się dopiero rok temu, a jeszcze wcześniejsze wydawnictwo ujrzało światło dzienne w 2010 roku. Skąd Max Cavalera bierze tyle materiału i jakim cudem udaje mu się pogodzić tak częste wydawanie albumów z trasami koncertowymi, wywiadami czy jakimkolwiek odpoczynkiem?

Po pierwszym przesłuchaniu całości Savages można dojść do całkiem luźnej refleksji – chwila relaksu jest czymś co potrzebne jest zarówno słuchaczom, jak i samemu Maxowi. Byłego frontmana Sepultury dopadła ta sama przypadłość, co swojego czasu Mike’a Pattona – nie dał sobie chwili wytchnienia, aspirował do znalezienia się w gronie najbardziej płodnych muzyków naszych czasów, a takie ambicje w epoce wyrzucania na rynek coraz bardziej powtarzalnych albumów kończą się często pracoholizmem w złym tego słowa znaczeniu.

Max Cavalera

Rozwiewając wątpliwości, ten album nie jest katastrofą, ma nawet kilka naprawdę dobrych, satysfakcjonujących momentów. Warto tutaj przede wszystkim wyróżnić balansujące na granicy thrash i groove metalu, mocne i szybkie Cannibal Holocaust. Utwór ten zdaje się być czymś w rodzaju laurki danej całemu gatunkowi, przez trzy i pół minuty Max wrzeszczy jak opętany, gitary dobrze ze sobą współpracują, a staroszkolona i oszczędna perkusja nadaje wszystkiemu ostatecznego szlifu. Przebłyski są również widoczne w następnym utworze, Fallen. Dawno nie słyszałem tak soczystych i dających tyle radości flażoletów. Idąc dalej tropem obecnych na Savages dobrych fragmentów trafiamy na znakomite This is Violence – numer, przy którym niejeden fan koncertów zobaczy oczyma wyobraźni mordercze pogo. Znakomity pierwszy riff nie pozwala na długo usiedzieć w jednej pozycji. W dziwny, a zarazem prosty sposób uśmiech na mojej twarzy wywoływało również intro do Spiral, a orientalna wstawka w El Comegente to spore zaskoczenie i chwila oderwania od nieustającego krzyku.

Jak widać, jest tu garść ciekawych pomysłów, co do tego nie ma wątpliwości. O co zatem chodzi? Max Cavalera jest na pewno niezwykle doświadczonym muzykiem, co zresztą słychać. Problemem jest jednak to, że pomimo znajomości swojego fachu można odczuć, że jest już po prostu zmęczony, a jego muzyka zamiast być arcydziełem, stała się zwyczajnym rzemiosłem. Dobre riffy oraz ciekawe patenty są ze sobą połączone zupełnie zwyczajnymi i nieciekawymi pomysłami. Ponadto, nie wiedzieć czemu, Savages stara się mieć zacięcie progresywne, obecne są niekiedy zmiany klimatu, tempa, a średnia długość utworów to nieco ponad pięć minut. Przy tak dużej schematyczności i brzmiącym non stop tak samo wokalu cały materiał może zwyczajnie zmęczyć.

Soulfly

Soulfly jest dla groove metalu tym, czym w tym momencie Megadeth dla thrashu czy Cannibal Corpse dla deathu. W teorii jest ciężko się do czegokolwiek przyczepić, kolejne albumy każdego z tych zespołów są po prostu ok. Zastanawia mnie jednak jedna rzecz – grupy te nie chcą raz na pięć lat wydać albumy zawierające same perfekcyjne pomysły zamiast w krótkich, regularnych odstępach czasu starać się zabawić słuchacza tym samym, ale ubranym w nieco inne riffy? W dobie coraz popularniejszego grania alternatywnego, łączenia skrajnych gatunków, czy wreszcie w czasach dostępu do usług takich jak Spotify, które gwarantują wachlarz ciekawie brzmiących zespołów, klasyczne, gitarowe granie w wykonaniu Soulfly wypada dość blado i przeciętnie. Jeśli ktokolwiek chce zapoznać się z twórczością grupy Maxa Cavalery, polecam wciąż aktualne i mocne Dark Ages. Przy Savages można się na dłuższą metę jedynie znudzić.

Tracklista:

  1. Bloodshed
  2. Cannibal Holocaust
  3. Fallen
  4. Ayatollah of Rock ‘n’ Rolla
  5. Master of Savagery
  6. Spiral
  7. This is Violence
  8. K.C.S
  9. El Comegente
  10. Soulfliktion

Autor: Bartosz Pietrzak

Ocena: 6/10

Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.