J.D. Overdrive: Recenzja płyty “Wendigo”

0

J.D Overdrive od zawsze był zespołem zagadką, zastanawiało mnie czemu muzycy za punkt honoru postawili sobie granie southern metalu – gatunku niezbyt przyszłościowego, a do tego z dzisiejszej perspektywy nieco kiczowatego i trącającego myszką. Pomimo całej tej amerykańskiej otoczki rodem z Nashville Pussy oraz wtórności, materiał przez nich grany sam w sobie wcale nie był zły – a mało tego – ciągle występowała tendencja zwyżkowa. To właśnie skłoniło mnie do zainteresowania się “Wendigo” – najnowszym wydawnictwem katowickiej kapeli. Krążek poprzedzał split z Palm Desert, w którym J.D. pozwolili sobie nieco bardziej poeksperymentować, a lżejsze kawałki uzupełniały się z przeciwieństwami. Trudno właściwie było przewidzieć w którym kierunku pójdzie kapela tym razem. 

Pierwsze zaskoczenie czekało mnie tuż po odpaleniu “Wendigo” – mowa oczywiście o brzmieniu, za które odpowiada niezawodny Haldor Grunberg z Satanic Audio. Od czasów “The Kindest of Deaths” znacząco wyewoluowało, a zespół osiągnął wreszcie swój cel – brzmi jak na koncertach. Zmiana dotknęła głównie gitary Michała “Stempla” Stemplowskiego, która stała się bardziej piaszczysta i brudna, niż kiedykolwiek, a pomimo tego nie zabrakło jej selektywności i tego specyficznego “mięsa” – tak pożądanego w tym gatunku. Stanowi ona napęd całego zespołu, a zarazem świetne tło dla różnorodnych wokaliz Wojciecha “Susła” Kałuży, który wydaje się być w życiowej formie. Poboczna przygoda z Mentorem okazała się dla niego doskonałą lekcją, na tym albumie bowiem wyraźnie słychać niektóre rozwiązania zaczerpnięte z tego projektu (różnego rodzaju krzyki pojawiały się w twórczości J.D. Overdrive zawsze, choć raczej jako nieśmiałe smaczki).

Wciąż oczywiście pojawiają się wszechobecne wpływy Philipa Anselmo, z którym Suseł będzie kojarzony chyba do końca dni, jednakże to właśnie na tym wydawnictwie dopiero sprawia wrażenie świadomego wokalisty, który wie czego chce, a zarazem potrafi to zrealizować. Przykładem tego jest chociażby utwór ‘Hold That Thought’, w którym sam wokalista w jednym z wywiadów przyznał, iż podszedł do tematu nieco inaczej (przez kawałek przeplatają się opętańcze wrzaski, jak i szarmanckie wokalizy a’la Hetfield z okresu “Load”). Na szczególne wyróżnienie zasługuje ‘Burn Those Bridges’, gdzie możemy poczuć ducha nieodżałowanego, a zarazem jakże kultowego już Acid Bath – zwłaszcza przysłuchując się barwie głosu i linii wokalnej, która łudząco może kojarzyć się z ‘Bleed Me An Ocean’ załogi Daxa Riggsa (aż szkoda, że grupa nie pociągnęła tego w bardziej psychodelicznym kierunku). 

Różnorodność oczywiście dotknęła nie tylko wokali, ale i samej warstwy instrumentalnej. Choć już split z Palm Desert pokazał, iż muzycy z niejednego pieca chleb jedli, mało kto spodziewał się, iż wątek ten zostanie pociągnięty także na pełnym wydawnictwie. “Wendigo” można bowiem nazwać albumem kontrastu, gdzie klasyczne południowe wibracje przeplatają się z wręcz korzennym bluesem, a do tego granym z niebywałą lekkością bez zbędnej “napinki” cechującej m.in. ich poprzednie krążki (wytwórnia zdecydowanie nie przesadziła, promując płytę jako ich “najbardziej zróżnicowaną”). 

Z pewnością warto zwrócić uwagę na koncept wydawnictwa i jego warstwę tekstową. Sam tytuł “Wendigo”, jak wyjaśnia kapela, jest nawiązaniem do stwora, który “często występuje jako bestia z pewnymi cechami ludzkimi, bądź jako duch, który opętał człowieka i przemienił go w potwora. Historycznie słowo to kojarzone jest z kanibalizmem, morderstwem i nienasyconą chciwością…”. Albumu jednak z całą pewnością nie można nazwać koncepcyjnym, a cała historia z Wendigo (wywodzącym się oryginalnie z indyjskich mitów) jest myślą podsumowującą album, która wykiełkowała w głowach muzyków tuż po ukończeniu kawałków. Jeśli natomiast chodzi o teksty, są kwintesencją stylu Wojtka – nawiązują  do horrorowych fascynacji muzyka (oczywiście w bardziej stonowany i mniej bezpośredni sposób niż w Mentorze), intrygują, a zarazem są otwarte na wiele różnych interpretacji. Wokalista zdecydowanie czuje się w tej dziedzinie jak ryba w wodzie! 

Do tytułowego motywu odnosi się także okładka wraz z całą oprawą graficzną, która stanowi jeden z największych mankamentów wydawnictwa. Bazuje bowiem na sesji fotograficznej modelki ucharakteryzowanej na wspomnianego wcześniej potwora, co w konsekwencji daje karykaturalny obraz (mnóstwo krwi, mroczny makijaż…). Sytuacji nie poprawia fakt, iż sesja ta zawiera elementy erotyczne, ukazane do tego w bardzo prymitywny, mało subtelny i powierzchowny sposób (jak zauważyli trafnie nasi przyjaciele z Metalurgii, można przyrównać ją do okładek gier komputerowych sprzed wielu lat, które miały przyciągać swoją przesadną brutalnością). Na całe szczęście to nie okładka gra, a muzycy – pomimo to obawiam się, czy podczas wizyty w sklepie muzycznym oprawa zaintryguje osobę, która dotychczas nie miała styczności z twórczością J.D. Overdrive.

Wzór autorstwa Maćka Kamudy, który zdobi nowe koszulki, także przedstawia tytułowe “Wendigo”. Nie pojawił się jednak na okładce, gdyż grupa pragnęła pokazać “bardziej ludzkie” oblicze bestii.

Podsumowując, „Wendigo” jest ogromnym krokiem naprzód względem poprzednich wydawnictw. Choć te wszystkie inspiracje, z których korzystali już wcześniej pojawiają się także tutaj, nie są nachalne, a zespół wreszcie sprawia wrażenie takiego, który z nikim się nie ściga. Oczywiście trudno mówić jakoby było to dzieło wybitne, a muzycy wymyślali koło na nowe, ale z pewnością nie przyniesie im także wstydu. Zresztą pomimo faktu, iż obroty albumu pod koniec nieco zwalniają (choć być może jest to kwestia fenomenalnej pierwszej połowy, która podnosi poprzeczkę bardzo wysoko), wciąż mamy tutaj do czynienia z materiałem świetnie zaaranżowanym i zrealizowanym – wręcz na zawodowym poziomie.

Data premiery: 20 października 2017
Wytwórnia:
Metal Mind Productions
Sprawdź w pierwszej kolejności:
‘The Creature is Alive’, ‘Burn Those Bridges’

Dla fanów: Down, Clutch, Corrosion Of Conformity, Metallica (“Load”)

01. The Creature is Alive
02. Protectors of All That is Evil
03. Hangman’s Cove
04. New Blood
05. Burn Those Bridges
06. Wasting Daylight
07. Hold That Thought
08. Witches & Spies
09. Every Day is a New Hole to Dig
10. Flesh You Call Your Own

Wyro(c)k

75%
75%
2 Minutes to Midnight

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    7,5
  • Instrumentarium
    7
  • Brzmienie
    9
  • Repeat mode
    7
  • Oceny czytelników (4 głosów)
    6.2
Udostępnij to

O autorze

jamic

Wielbiciel muzycznych kontrastów - moje uznanie zyskują kanonady dźwięków, jak i wolne nihilistyczne nowoorleańskie riffy. Tych drugich, szczególnie w wykonaniu takich kapel jak Acid Bath, mógłbym słuchać całymi dniami! Klasyczny i soczysty drive jest tym, co w muzyce cenię najbardziej. Dzięki serwisowi mogę wreszcie dzielić się swoją pasją z innymi.