Frontier of Existence: Recenzja płyty „Chronicles of Grief – I”

0

Trzymając się jednej z głównych zasad naszego portalu, mówiącej „support the underground”, mamy w zwyczaju brać pod lupę nie tylko czołówkę naszej rodzimej metalowej sceny, jak Decapitated, Acid Drinkers czy Vader, ale też zespoły stawiające dopiero swoje pierwsze kroki w świecie ciężkiego grania. Do takich należy właśnie Frontier of Existence, składający się z muzyków pochodzących z Bielska-Białej i okolic. Grupa, założona w 2014 roku, reklamuje swoją twórczość jako melodyjny death metal, a pośród swoich głównych inspiracji, poza „Trójcą z Göteborga”, wymienia Amon Amarth, Hypocrisy czy Dissection. Ich pierwszy album studyjny, „Chronicles of Grief – I”, ukazał się w lipcu bieżącego roku i od jakiegoś czasu grzecznie wyczekuje u nas na recenzję. W końcu nadeszła jego kolej. Jak wypada debiut Frontier of Existence?

Do podróży przez „Kroniki” zaprasza nas krótkie intro, po którym Frontier of Existence od razu atakuje słuchacza riffami w stylu In Flames, prezentującymi solidną dawkę pazura i melodii. Zagrywki te stanowią główny element stylu grupy z Bielska i są znakiem rozpoznawczym całego ich debiutanckiego albumu. To jedna z jego zalet, przy okazji której szybko można jednak natrafić na pierwszy mankament krążka – stawiając duży nacisk na melodykę „Chronicles of Grief”, w niektórych momentach trafiamy na zbyt nachalną i wysuniętą do przodu gitarę solową. Jak można się domyślić, cierpi na tym gitara rytmiczna, ujmując przy okazji przysłowiowego „mięcha” z fragmentów, które aż się o nie proszą.

Nie jest to na szczęście wada, która na wstępie przekreślałaby debiut Frontier of Existence i decydowałaby o negatywnym pierwszym wrażeniu. Krążek posiada sporo niezłych patentów, zagrywek i fragmentów posiadających łatwo słyszalny potencjał koncertowy („The Ripped Orbits” z chwytliwym refrenem), balladowe zacięcie („Swallow Hole”), riffy próbujące sprowokować circle pit („Before her Majesty”), a o solówki inspirowane szwedzkimi wymiataczami gitarowymi też nie trudno („Aporia”).

Czy „Chronicles of Grief” to album, do którego chce się wracać, czy raczej po pierwszym odsłuchu płyta wyląduje na dole sterty krążków, których już nigdy nie włożymy ponownie do odtwarzacza? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie – może i sytuacja nie prezentuje się aż tak źle, jak w przypadku tej drugiej opcji, ale pomimo faktu, że wydawnictwo robi niezłe pierwsze wrażenie, to brakuje mu czegoś, co zachęcało by do kolejnego zagłębienia się w muzykę Frontier of Existence. Wypada jednak w tym momencie stanąć w obronie zespołu i materiału z debiutanckiej płyty, zrzucając dużą część winy na produkcję krążka, która jest niestety „płaska” i zamiast eksponować największe atuty zespołu, wrzuca wszystkie instrumenty do jednego worka i w kluczowych momentach nieco odbiera im mocy.

Jeśli ktoś odnosi tutaj wrażenie, że zbytnio staję w obronie zespołu i opisany powyżej odbiór „Chronicles of Grief” to wina samej muzyki, to stanowczo odpowiem mu, że nie ma racji. Na żywo Frontier radzi sobie bardzo dobrze i pokazuje, że materiał z ich pierwszej płyty potrafi się obronić. Co ciekawe, na koncertach o wiele lepiej wypada też wokalista zespołu, którego śpiew na albumie, szczególnie te czyste partie, potrafi czasami zirytować ucho słuchacza. Na żywo wszystko wydaje się jednak bardziej szorstkie i agresywne, czyli uzupełnione dokładnie o to, czego na krążku brakuje.

Z jednej strony można by pomyśleć, że ciężko wymagać od początkującego i debiutującego zespołu, żeby zwojował metalową scenę w Polsce. Patrząc jednak z innej perspektywy widzimy wiele młodych grup, czy to w naszym kraju, czy za granicą, które również istnieją dopiero kilka lat i wydają debiutanckie albumy, dzięki którym z miejsca trafiają do pierwszej ligi metalowych kapel. W przypadku Frontiera obserwujemy jednak inną muzyczną ścieżkę, która oparta jest na uczeniu się na błędach, samodoskonaleniu i sukcesywnym zdobywaniu uznania. Taktyka ta w przyszłości może zaprocentować i mam nadzieję, że dane nam będzie usłyszeć jeszcze o Frontier of Existence, a sam zespół wyciągnie wnioski ze swoich studyjnych doświadczeń i następna płyta, którą wyda, będzie niosła w sobie większy ładunek emocji i dynamiki, które z powodu produkcji gdzieś z albumu uleciały. Wszystkie te rzeczy, wzbogacone o trochę większą własną inicjatywę i styl, który w mniejszym stopniu będzie narzucał skojarzenia z idolami zespołu wymienianymi przez jego członków, okażą się moim zdaniem przepisem na sukces Frontiera.

1. Intro
2. Aporia
3. Before her majesty
4. Swallow hole
5. The Ripped Orbits
6. States of matter
7. Origins of Doom

Wyro(c)k

63%
63%
Highway to Hell

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    7
  • INSTRUMENTARIUM
    8
  • WOKAL
    6
  • BRZMIENIE
    4.5
  • REPEAT MODE
    6
  • Oceny czytelników (7 głosów)
    5.1
Udostępnij to

O autorze

Rafał Stempień

Headbang motherfucker.