Amon Amarth: Recenzja płyty “Jomsviking”

0

Amon Amarth uchodzi za jeden z tych zespołów, których fani przed premierą nowej płyty nie czują niepokoju związanego z tym, że z głośników albo słuchawek popłynie strumień komercyjnego i nieadekwatnego materiału w stosunku do dotychczasowego dorobku formacji. Od kilkunastu lat Szwedzi prezentują światu melodic death metal najwyższych lotów, a każdym kolejnym albumem tylko umacniają swoją pozycję na scenie międzynarodowej. Co prawda dla niektórych stali się przewidywalni, ale nie zmienia to faktu, że większość fanów z zapartym tchem wyczekiwała premiery 10. już albumu w dyskografii, ale pierwszego koncepcyjnego, zatytułowanego „Jomsviking”.

Amon-Amarth-2016

Nie miałem szczególnych oczekiwań względem najnowszego wydawnictwa Amon Amarth. Nie wymagam od nich nie wiadomo jakich rewolucji w brzmieniu, nie czuję potrzeby, żeby wypływali na nowe wody i zmieniali swój styl. Jedyne, czego się spodziewałem, to że dostanę porządną dawkę metalu, która ostro skopie mi tyłek.

Nawet roszada kadrowa w zespole, który po 17 latach opuścił perkusista Fredrik Andersson, nie zachwiała mojego przekonania, że „Jomsviking” zaspokoi oczekiwania fanów. Amon Amarth słynie z tego, że nie zawodzi. Z kolei informacja, że gościnnie w jednym z utworów wystąpi legendarna Doro Pesch, sprawiła, że niecierpliwie odliczałem dni do 25 marca. Dodatkowo niektóre z udostępnionych przedpremierowo kawałków zawierało dotąd niespotykane u Szwedów elementy… Ale po kolei.

Płytę otwiera ‘First Kill’, będący jednocześnie pierwszym singlem udostępnionym przez zespół. Szybko zostaje zarysowana fabuła zawarta na płycie i dowiadujemy się, że główny bohater dopuszcza się morderstwa (motywem oczywiście jest miłość do kobiety), przez co – okrzyknięty zdrajcą – opuszcza rodzinne strony, ścigany przez pobratymców. Wszystkiemu temu towarzyszy klasyczny „amonowy” melo-death, w którym nie mogło zabraknąć podwójnej stopy, brutalnego growlu Johanna Hegga i tremola na gitarach wygrywającego w refrenie melodię pod wokal. Do tego dochodzi niezła solówka i mamy materiał na utwór, który na wielu koncertach, nie tylko trasy promującej „Jomsviking”, zagości w setliście.

Następny na rozkładzie ‘Wanderer’ opowiada o trudach samotnej wędrówki przez mroźne krainy, a pod względem muzycznym świetnie udało się ukazać zarówno wewnętrzne przeżycia bohatera, jak i nieprzewidywalność natury, zsyłającej potężną zamieć śnieżną. ‘On a Sea of Blood’ to natomiast bezkompromisowe 4-minutowe naparzanie, w trakcie którego trudno wysiedzieć w miejscu. No ale przecież jak inaczej opisać scenę morskiej batalii ze smokiem? Thrashowe intro w połączeniu z melodyjnym refrenem i solówką stworzyły zabójczą mieszankę, dzięki której nie da się obojętnie przejść obok tego utworu – trzeba dużo samozaparcia, żeby nie zapętlać go w kółko.

Niemal każdy kawałek na “Jomsviking” bezbłędnie oddaje nastrój w nim panujący. I tak oto mamy szybkie i agresywne ‘One Against All’ i ‘Vengeance is my Name’. Ten pierwszy dodatkowo zyskuje swoją konstrukcją, charakterystyczną dla klasycznej już płyty “With Oden on our Side”, a drugi wyraźnie czerpie z thrash metalu, co “znudzonych klasycznym Amonem” z pewnością zainteresuje. Na tym nie koniec niespodzianek, bo ‘At Dawn’s First Light’ (drugi singiel) zaskakuje swoją mini-solówką, o którą prędzej posądzalibyśmy Iron Maiden, co znowu o kilka punktów podnosi ocenę płyty. Za kolejną perełkę śmiało można uznać ‘The Way of Vikings’, w którym od samego początku budowany jest bojowy nastrój, któremu towarzyszą opisy ciężkich treningów, mających na celu doskonalenie umiejętności bitewnych Wikingów. Z kolei sam riff otwierający przypomina ten z pochodzącego z płyty “The Fate of Norns” utworu ‘The Pursuit of Vikings’, a fakt ten powinien zwrócić uwagę fanów “starszego Amona”.  W ten sposób Szwedzi udowadniają wszystkim niedowiarkom, że nadal wiedzą, jak powinno się łoić dupska. W takich momentach trudno nie tupać do rytmu, dumając o potrzebie zapuszczenia brody.

Nie zabrakło również wolniejszych (bo stwierdzenie “lżejszych” byłoby nieodpowiednie) kompozycji. O ile do ‘Raise your Horns’ najbardziej pasuje określenie “dostojny”, “pompatyczny”, a po kilkukrotnym przesłuchaniu może i trochę “monotonny”, o tyle ‘One Thousand burning Arrows’ to utwór, którego zapewne niewielu spodziewało się usłyszeć na tej płycie. I jest to jak najbardziej pozytywne zaskoczenie. Co prawda po jego tematyce (pogrzeb króla) można by wnioskować, że nie usłyszymy w nim potężnie brzmiących gitar czy dudniącej perkusji, ale Szwedzi poszli o krok dalej i zaprezentowali hymn ku czci poległego wodza, który po pierwsze jest niesamowicie klimatyczny, a po drugie tekst świetnie współgra ze spokojnym riffem gitarowym, który co chwila przypomina, że maszerujemy w kondukcie pogrzebowym, a niebo rozświetlają płonące strzały.

W końcu przychodzi kolej na utwór, przy którym stawiano najwięcej znaków zapytania. Chyba nikt nie wiedział, czego spodziewać się po ‘A Dream that Cannot Be’, w którym po raz pierwszy w dyskografii Amon Amarth do głosu dochodzi przedstawicielka płci pięknej. Po uważnym przesłuchaniu z przykrością stwierdzam, że jest to najsłabsze ogniwo na płycie. Pod względem instrumentalnym nie ma absolutnie do czego się przyczepić, ale duet, w którym na zmianę mamy do czynienia z growlem Hegga – za pomocą którego chce zdobyć względy kobiety, dla której na początku popełnił morderstwo – i czysty śpiew Doro, którym tłumaczy swojemu adoratorowi, że nie mogą być razem, w tym konkretnym przypadku nie zrobił pozytywnego wrażenia. Dodatkowo warstwa liryczna diametralnie odstaje od reszty płyty, a moment, w którym oba wokale śpiewają równocześnie, jest wręcz groteskowy. Nie bez powodu Jim Carrey swego czasu naśmiewał się z tego, jak mogą wyglądać takie duety. Są przypadki, kiedy owoc tego rodzaju kolaboracji może być dość smakowity, chociażby w przypadku In Flames i ich ‘Dead End’ albo ‘The Void Alone’ zespołu Fallujah, ale Amonowi tym razem się nie udało.

Na szczęście z odsieczą przybywa, zamykający całą przygodę z albumem, ponad 7-minutowy ‘Back on Northern Shores’, opisujący ostateczną bitwę, w której rozstrzygają się losy bohatera. Okręt, przy akompaniamencie ciężkiej gitary i z początku przytłaczającej sekcji rytmicznej, leniwie płynie przez zamglone i niewzburzone morze na spotkanie z nieprzyjacielem. Pierwsza zmiana rytmu następuje w momencie, kiedy północny wiatr rozwiewa mgłę, a obie armie stają naprzeciw siebie, przygotowując się do uderzenia. W chwili, gdy pierwsze strzały wzbijają się w powietrze, przez kilkanaście sekund narasta napięcie, a następnie zaczyna się bezlitosna jatka, której wtóruje ostry gitarowy riff i nieoszczędzająca nikogo perkusja. Wszystko to przeplatane nostalgicznym refrenem, w którym bohater oczekuje na swoje przeznaczenie – śmierć w chwale.

I w taki oto sposób końca dobiega nasza przygoda u boku Wikingów. Przygoda, która nie tylko wciąga dopracowanymi do perfekcji opisami walk, tworzącymi spójną opowieść z ciekawą fabułą, ale również odznacza się przemyślanymi kompozycjami. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest to najrówniejszy krążek od czasów “Twilight of the Thunder God”, a już na pewno najbardziej urozmaicony. Szwedzi nie stosują taryfy ulgowej, a mimo to udało się zachować zapadające w pamięci melodie, będące znakiem rozpoznawalnym zespołu. Brzmieniowo przyczepić można się tylko do ledwo słyszalnego basu, ale trudno oczekiwać innego rezultatu, kiedy mamy do czynienia z tak intensywną muzyką, w dodatku w mocno obniżonym strojeniu. Album powinien spełnić oczekiwania fanów i z pewnością przez najbliższe tygodnie zagości na ich odtwarzaczach. Nie mogę się doczekać, aż usłyszę te utwory na żywo, co powinno nastąpić jeszcze w tym roku, o czym poinformował gitarzysta w wywiadzie, którego nam udzielił. “Jomsviking” bez dwóch zdań odciśnie pozytywne piętno na kartach historii Amon Amarth, a mnie nie pozostaje nic innego, jak z czystym sumieniem zachęcić do przesłuchania tego epickiego wydawnictwa.

  1. First Kill
  2. Wanderer
  3. On a Sea of Blood
  4. One Against All
  5. Raise your Horns
  6. The Way of Vikings
  7. At Dawn’s first Light
  8. One Thousand burning Arrows
  9. Vengeance is my Name
  10. A Dream that Cannot Be
  11. Back on Northern Shores

Jomsviking okładka

85%
85%
2 Minutes to Midnight

1 Sad But True
2 Bad Reputation
3 Wild Thing
4 Satisfaction
5 Another Brick in the Wall
6 Proud Mary
7 Highway To Hell
8 2 minutes to midnight
9 Ace of Spades
10 Master Of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    7,5
  • Instrumentarium
    9
  • Wokal
    9
  • Brzmienie
    8,5
  • Koncept
    10
  • Repeat mode
    8,5
  • Oceny czytelników (14 głosów)
    7.8
Udostępnij to

O autorze

Hajime

Wychowany zarówno przy dźwiękach Iron Maiden czy Rainbow, jak i Chrisa Rea'i i Leonarda Cohena. Aktualnie przemierza nie tylko ścieżki wyłożone "klasycznymi" kamieniami, ale chętnie zapuszcza się na te mniej uczęszczane, nieustannie starając się odkryć coś nowego.