Legendarny gitarzysta od jakiegoś czasu zmaga się w chorobą nowotworową, która dosięga coraz większą liczbę osób. Artyści nie są w tym wypadku wyjątkiem. Choroba ta z pewnością odbiera siły i energię. I choć muzyk zakończył niedawno występowanie na scenie, to ostatnio opowiadał o tym, jak radził sobie wtedy z koncertowaniem. W wywiadzie z Loudwire mówił:
Od kiedy zachorowałem, podróżowanie jest dla mnie trudne. Muszę na siebie uważać, kłaść się odpowiednio wcześnie spać i odpoczywać. To się często nie udawało, bo wracaliśmy po występie do hotelu koło 3, 4 nad ranem. Wstaję dość wcześnie, kiedy robi się widno, więc nie miałem wystarczającej ilości snu. Ale kocham granie na trasie, bycie w zespole, występowanie dla fanów. Tylko z drugiej strony nie wygramy ze swoim ciałem i kondycją. Nie sposób zapanować nad zmęczeniem, kiedy weźmie górę. Po tylu występach byłem naprawdę zmęczony.
Zapytany o obawę w związku z nawrotem choroby, odpowiedział:
Dla mnie to już nigdy nie zniknie. Zawsze będzie. Według mojego onkologa to prawdopodobnie wróci. Oczywistym jest, że nie skaczę z radości. Nie żyłem nigdy z dnia na dzień, ale teraz każdy nowy dzień jest zwycięstwem. Naprawdę. Zobaczymy. Mam nadzieję, że choroba już nie wróci, ale tego nigdy nie wiesz.
Ulubiony riff, jaki kiedykolwiek napisał, to…
O Boże… [Śmiech] Naprawdę nie wiem, bo wszystkie je lubię. Lubię ten z 'Iron Man’, z 'Into the Void’ czy 'Sweet Leaf’. Jest ich naprawdę wiele.
