Kiedy Robert Trujillo dołączył do Metalliki 12 (tak, 12) lat temu przyjęto, że wszystkie jego poboczne projekty pójdą w odstawkę, a basista skupi się na pracy w Metallice. Potem okazało się, że Robert to człowiek ściśle przestrzegający zasady: „Wyśpię się, kiedy będę martwy”. Miniony rok był dla niego niezwykle intensywny. W 2014 roku Trujillo dorobił się sińców pod oczami niczym aktor Benicio del Toro i trzeba przyznać, że zaharowywał się wówczas na śmierć. O swojej ciężkiej pracy Robert Trujillo opowiedział Stefanowi Chiraziemu dla magazynu „So What!”. Oto pierwsza część tłumaczenia tego obszernego wywiadu.
Po pierwsze, pomówmy o ogromnym natężeniu projektów, którymi zajmowałeś się w ostatnich latach. Filmy, współpraca z kapelami takimi jak Infectious Grooves czy Mass Mental i oczywiście trasy koncertowe Metalliki. Opowiedz o tej szalonej pracy.
To faktycznie było szaleństwo. Kiedy dołączyłem do Metalliki wszystko się spotęgowało. Mój pierwszy rok w Metallice był jak skok w sam środek huraganu, nauka całego repertuaru, nauka wszystkich numerów ze St. Anger, których nigdy wcześniej nie wykonywałem ani nie ćwiczyłem z zespołem na żywo , tak jak działo się z większością utworów – to było niewiarygodne. Koncert w San Quentin, MTV Icon i wszystko, co się tam działo przygotowało nas do Fillmore. Wszystkie te rzeczy były po prostu ogromną pracą, jaką trzeba było wykonać, ale mogło być o wiele, wiele trudniej.
Myślisz, że branie na siebie tylu obowiązków, poszerza twoje możliwości, dzięki czemu będziesz mógł wziąć na siebie jeszcze więcej?
Tak. Ogrom pracy związany z dołączeniem do Metalliki pozwolił mi przygotować się do poruszania na takim terenie, ale to czego doświadczyłem za sprawą Mill Valley Film Festival , a w zasadzie przez noc poprzedzającą festiwal w Sweetwater Cafe to jest zupełnie inny poziom. Myślałem, że dałem z siebie maksimum wykonując pracę w celu dołączenia do Metalliki, ale TO!!!! Nawał pracy i równowaga między tym wszystkim, a rodziną, Metalliką, pisaniem i próbami z różnymi 20 muzykami, którzy występowali w Sweetwater to było duże, męczące zadanie. Musiałem być tutaj (w HQ) o 9 rano, ale jednocześnie musiałem być też w Los Angeles, gdzie przygotowywaliśmy się z muzykami do występów. Dlatego musiałem przylatywać z Los Angeles, żeby spotkać się z chłopakami, co oznaczało dla mnie wstawanie o 5 rano, wsiadanie o 7 w samolot, a potem pisanie utworów, a kiedy już kończyłem pracę tutaj, wsiadałem w samolot powrotny do Los Angeles jeszcze tego samego dnia, aby na miejscu poćwiczyć chwile z dwoma czy trzeba różnymi muzykami. W ten sposób kładem się około 1 w nocy, a wstawałem znowu o 5, żeby zdążyć na samolot do San Francisco i pracować z Metalliką. Oczywiście jesteśmy teraz bardzo zaangażowani w pisanie, jest to bardzo ekscytujące i równie produktywne. Dlatego moje wszystkie cele sprowadzają się do tego, żeby nie stracić tych najważniejszych momentów w Metallice, uczestniczyć we wspólnym tworzeniu muzyki, ale także utrzymać równowagę między tym, a pracą którą musiałem wykonać np. dla koncertu w Sweetwater. Ponadto musiałem jeszcze zbadać wszystkie rzeczy związane z festiwalem, takie jak warunki edycji i miks dźwięku, żeby wszystko działało jak należy.
(chwila oddechu) A co z resztą projektów?
Jeśli chodzi o projekty, nie wiem co się stało przez ostatnie trzy lata. Myślę, że kiedy ruszył Orion festiwal , jakby odziedziczyłem Infectious Grooves – co nie było dla mnie niczym złym, ponieważ ten zespół był jednym z tych, w których zaczynałem. I myślę, że występ Infectious Grooves na Orionie około 20 lat po tym, jak założyliśmy tę kapelę, oznaczało potrzebę usłyszenia jeszcze raz tej muzyki na żywo. Aktualnie Metallica umożliwia mi przywracanie takiej muzyki do życia. W tym samym czasie stworzyliśmy kolekcję butów Metalliki wraz z firmą Vans. Stało się, nakręciłem clip, stworzyłem swoje buty wraz z profesjonalnym skejtem Tonym Trujillo, który również jest muzykiem, dlatego nasza relacja była bardzo dobra.
W tym miejscu powinniśmy wyjaśnić czytelnikom , że nazwisko „Trujillo” w kulturze meksykańskiej jest tak popularne jak „Kowalski”.
Tak, ha ha ha, nie jesteśmy spokrewnieni! Wspaniałe w Tonym jest to, że wywodzi się z kultury skejtów, a to wszystko kręci się także wokół miejsca, z którego ja pochodzę. On sam jest muzykiem, jego żona Ashley (Trixie) jest perkusistką, więc świetnie do siebie pasują. Więc to wyglądało tak, „Hm, wiesz co? Chodź zagramy na Orionie!”. Tak wyszło, że wszystkie rzeczy zaczęły się dziać w tym samym czasie.
Dobrze, teraz chciałbym poznać twoją osobistą ocenę. Tak, jak teraz siedzisz, jak oceniasz swoją psychiczną, mentalną kondycję? Musiałem o to zapytać, ponieważ na zewnątrz jesteś jak ośmiornica, która potrafi żonglować większą ilością piłek niż inne organizmy. Przetrwałeś, odwaliłeś kawał dobrej roboty, ale nie sądzę, że popełnię jakieś faux pas, kiedy powiem, że większość z nas myśli „Kurwa, ten koleś żyje na krawędzi”. Więc jaka jest twoja ocena tej sytuacji?
Moja ocena to: Ten zakręcony miesiąc (Mill Valley i występ w Sweetwater) był zdecydowanie trochę poza moją kontrolą i naprawdę nie próbuję tego na siłę unaoczniać, ponieważ to był mój własny wybór.
To szlachetne.
Ale też bardzo satysfakcjonujące dla każdego, kto w tym uczestniczył. I nie mam tutaj na myśli spraw finansowych, ponieważ to nie mieści się w mojej definicji satysfakcji. Mówię tutaj o prywatnym sukcesie związanym z byciem twardym i staraniem się trzymać władzę nad zobowiązaniami, których się podjąłem, patrzeniem jak plany wdrażają się w życie, to było naprawdę wartościowe. To ostatecznie było najważniejsze. Popchnęliśmy to i jestem z tego dumny. I to wsparcie jakie otrzymuje, cokolwiek bym nie robił od Metalliki. Tak jak koncerty w Fillmore. Myślę, że padło na mnie zadanie bycia pewnego rodzaju reżyserem tych występów. I kiedy to mówię, mam na myśli fakt, że byłem jedyną osobą, która nauczyła się tak dobrze utworów Metalliki, dzięki czemu mogłem odciążyć trochę Larsa, Jamesa i Kirka. Ponieważ jestem na miejscu, w San Francisco. Moja rodzina jest w Południowej Kalifornii. Oni są tutaj. Mają tu swoje rodziny. Mają wiele innych spraw poza Metalliką. Dlatego kiedy tutaj jestem, czuję się zobowiązany uczyć tyle, ile tylko mogę, nawet tych mało znanych utworów, żeby gdy zaczynamy robić swoje z Larsem, Jamesem i Kirkiem, oni mogli działać zgodnie ze swoim szczegółowym planem działania. Dzięki temu wszystko jest łatwiejsze , praca idzie sprawniej i zaoszczędzamy mnóstwo czasu.
Potrafisz dobrze zorganizować swoje sprawy, a zatem może to pomogłoby poprowadzić zespół w rejony, których od dawna nie odwiedzał?
Tak. Pełniłem taką rolę podczas koncertów w Fillmore (2011) i pomogłem chłopakom przez to przejść, a także sprawiłem, że było to dla nich łatwiejsze. Mogę pozwolić sobie na to, ponieważ tak jak już mówiłem, moja rodzina jest w Południowej Kalifornii. Jeśli jestem tutaj na tydzień pracy, mam trochę więcej czasu, aby wykorzystać go na odciążenie zespołu z ogromu roboty.
Pozwól mi spytać o coś, co wydaje mi się bardzo ciekawe – Benji (Webb, wlokalista Skinread i Dubwar) był tutaj. Whit (Crane, wokalista Ugly Kid Joe) był tutaj. Armand Sabal-Lecco (basista) był tutaj. (Mark) Osegueda (wokalista Death Angel). Zwróciłem uwagę na to, że masz wielu starych znajomych od jammowania. Jedna z rzeczy, które pamiętam, kiedy współpracowałem z Nirvaną było to, że kiedy oni wspinali się po drabinie sukcesu, że tak powiem, byli bardzo ostrożni w podejmowaniu decyzji o wspólnej pracy z innymi ludźmi. Angażowali osoby, które wspierały ich nie tylko jako muzycy, ale też jak i przyjaciele.
To prawda.
Czujesz podobną potrzebę?
Tak, czuję się zaszczycony, że podczas mojej kariery, mojej podróży zawsze… (zastanowienie) Moim marzeniem było grać z pewnymi typami muzyków, z najlepszymi z najlepszych na różnych poziomach. I czuję to grając w Metallice, czuje to w członkach Metalliki, to błogosławieństwo móc grać muzykę metalową z najlepszymi. To samo mógłbym powiedzieć o latach współpracy z Suicidal Tendencies oraz z Jerrym Cantrellem. Nauczyłem się bardzo dużo od Jerry’ego, wykonaliśmy dużo pracy. Jerry był w kiepskim stanie, kiedy nagrywałem z nim album. Był taki czas, kiedy mówiłem „Co ja tu robię? To za trudne.”. Takie myślenie sprawiało, że byłem poirytowany i znudzony. Pod koniec mojej podróży, tak myślę, czuję, że osiągnęliśmy wspaniały artystyczny status. Może nie komercyjny, ale było to bardzo artystyczne i jestem dumny z tego i z drogi, jaką przeszliśmy. Próbuję powiedzieć, że muzycy, których znam wiele lat, są częścią mojego życia i jestem im winien wiele przysług – tak, staram się odwzajemniać ich pomoc i pomagać też im. Czasem czuję się zobowiązany do grania z nimi. Pod koniec intensywnego dnia, to fajna zabawa. To sprawia, że ciągle jestem w grze. Muszę całkowicie szczerze przyznać, że basiści obecni na scenie w Sweetwater byli bezsprzecznie jednymi z najlepszych gitarzystów basowych na tej planecie. Nie mówię tutaj o sobie, mówię głównie o ludziach takich jak Armand Sabal-Lecco, Jerry Jemmott, David Pastorius i Felix Pastorius. A także lokalny bohater Craig McFarland. Mieliśmy wiele niesamowitych występów tamtego wieczoru i naprawdę, ci muzycy, którzy grali na tej scenie, byli wymarzoną ekipą dla mnie. Byli także spełnieniem marzeń muzyków, którzy się tego nie spodziewali. Ci goście mogą zagrać z każdym zespołem na tej planecie, w każdym stylu, są prawdziwi w tym co robią, a ich nazwiska w środowisku basistów wywołują reakcje typu „Łał, ten koleś to kozak, wymiata!”.
To już terytorium basowych nerdów.
Basowe nerdy respektują ich ale nie stawiają na piedestale.
Ciekawe.
Dlatego nazywam ich basowymi prostytutkami. Sam grałem w wielu miejscach, póki nie pojawił się Suicidal Tendencies. Suicidal był zespołem, który był totalnie szanowany i jednocześnie budził obawy. Nie mam na myśli tylko warunków do bycia wymiataczami, mówię o panowaniu nad sceną , o charyzmie. Steven Perkins – wspaniały perkusista. Jest dobry ze względu na swoje umiejętności oraz charakterystyczny styl, który sprawia, że jest rozpoznawalny jako perkusista. To samo dotyczy tych wszystkich wymienionych przeze mnie basistów. Armand Sabal-Lecco to mój człowiek! A popatrz na Jerry’ego Jemmotta! Jerry Jemmott to legenda! Jest ostatnią żyjącą legendą basu. Był ulubionym basistą Jaco Pastoriusa. Był na scenie w Sweetwater z nami. Zagrał B.B. Kinga, Arethę Franklin, Kinga Curtisa, ich wszystkich. On ma swoją historię i kredyt zaufania. Grał nawet na basie w „Mr. Bojangles”. Ale półtora roku temu nie wiedziałem nawet, że ktoś taki istnieje. Żył gdzieś w Alabamie. Ostatnio otrzymał dwie nagrody Grammy z 1969 roku, ponieważ wreszcie zdołali go znaleźć! Dlatego chcę powiedzieć, że cudownie jest mieć świadomość, że istnieją tacy muzycy i widzieć ich na jednej scenie i patrzeć jak nadają znaczenie gitarze basowej. Bez cienia wątpliwości było też wspaniale mieć na miejscu rodzinę Pastoriusa – Mary, Davida, Felixa i Erica Younga (męża Mary) jednego z najciężej pracujących muzyków, jakich znam oraz wnuczkę Sophię, wszyscy byli bardzo w porządku.
c.d.n…
![Rob Trujillo o ostatnich latach swojej ciężkiej pracy [So What! vol. 21 4/2014]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/04/rob-trujillo-e1504036867311-1024x588.jpeg)

