Wczoraj o 'the new album’ wypowiadał się Kirk, dziś pora na tych dwóch większych/silniejszych. Świeżutkie tłumaczenie w rozwinięciu niusa.

James: Zawsze mamy ten RIFF – wszystko jest na nim oparte. Całe „Death Magnetic” zostało napisane podczas trasy „St.Anger” w pomieszczeniu takim, jak to [kulisy/tuning room], i w pewnym sensie robiliśmy to samo podczas trwającej trasy… Chodzi o to, że nie zbiegniemy się na hasło „Hej, gotowi? No to piszemy!„. Gram sobie i nagle, gdy mam już dobre brzmienie, pojawia się riff. Jest odpowiedni klimat [vibe].
Mamy całe mnóstwo materiału. Ale nie zaczęliśmy przedzierać się przez niego, bo to będzie początkiem rozplątywania całości, przebijania się przez nią. „Który z tych riffów jest najlepszy? Zacznijmy od niego” i takie tam blablabla.
Najpierw, po zakończeniu pracy, chcemy osiągnąć spokój, odpocząć i wtedy dopiero zaczniemy pisać.
Na każdym albumie chcemy tworzyć najlepszą muzykę, na jaką nas stać. To jest wspólny motyw łączący wszystkie nasze płyty. Każdy z nich może brzmieć zupełnie inaczej, na przykład dla fana, który nie dostaje od nas nowego materiału między latami 2010 i 2015. Ale w żadnym wypadku nie mówię, że wypuścimy to dopiero w 2015! [śmieje się]
Pięć lat to duża przerwa między poprzednim a następnym albumem – pomiędzy koncertowaniem a pisaniem, jak i całą resztą. Wiele wydarzyło się w naszym życiu, ale chcemy wydać najlepszy album na jaki nas stać. Nie wiemy, kto będzie producentem, itd.
Robert: Super jest to, że gdy zjawiamy się w naszej sali prób w kwaterze głównej w Kalifornii, zaczynamy czerpać dobrą zabawę w momencie, gdy każdy podłączy swoje instrumenty. Magia wciąż trwa, czujemy się trochę jak nastolatkowie. Wiele zespołów traci ten pęd i motywację do tworzenia w chwili, gdy osiągną pewien etap kariery, niektóre z nich nawet wynajmują ludzi do pisania muzyki. Takie coś absolutnie nie ma miejsca w naszym przypadku – czasem wręcz wydaje się, że tej muzyki natworzymy za dużo, co na swój sposób jest błogosławieństwem. Dla nas to jest ekscytujące. Czasem czuję – przynajmniej ja, osobiście – że „Death Magnetic” jest miejscem, które nam pokazało, na co nas stać i co oczywiście zamierzamy uskuteczniać. Dla mnie przynajmniej nowy materiał już brzmi dobrze. Ten koleś obok [wskazuje na Hetfielda], on po prostu podłącza gitarę, podkręca volume w górę i zaraz ma jakiś szalony riff. Dla niego to właśnie jest takie proste.
James: Ale to nie wychodzi ode mnie, stary.. To jakaś zewnętrzna moc. Ja jestem tylko posłańcem, który niesie metalową nowinę. [śmieje się]