Wieczór muzycznych uniesień: Relacja z poznańskiego koncertu Riverside [13.10.2018]

0

Co jest najlepszą odskocznią od wszelakiego rodzaju smutków, złości i frustracji? Odpowiedź brzmi muzyka. Zwłaszcza wówczas kiedy jest przeżywana na żywo, wyzwalając w człowieku różnego rodzaju emocje. Od smutku i łez, po chwilę zapomnienia i euforię.

Dźwięki smakują jeszcze bardziej, kiedy wydobywają się spod rąk ludzi, którzy z doskonałą pieczołowitością malują w naszej wyobraźni fantastyczne obrazy. Tak też jest właśnie w przypadku zespołu Riverside, i ich koncertów na żywo.

13 października 2018 roku w poznańskiej Tamie, Riversajdzi zagrali koncert promujący ich najnowsze dzieło – album „Wasteland”. Był to drugi koncert na dopiero co rozpoczynającej się trasie. Gdy dotarłam na miejsce, na godzinę przed zaplanowanym otwarciem klubu, przywitała mnie już spora grupa fanów. Z każdej twarzy można było wyczytać pewnego rodzaju ekscytację i rosnące napięcie.

Nadeszła godzina 18:00 – czas, start! Fani zgromadzeni przy wejściu w błyskawicznym tempie znaleźli się pod barierkami przy scenie, a w ich gronie znalazłam się również ja. Już jakiś czas temu zauważyłam pewnego rodzaju zjawisko na swoim własnym przykładzie. Koncert, który przeżywamy tuż pod samą sceną, pod barierką, zdecydowanie na dłużej pozostaje w naszej pamięci, z większą intensywnością w nim uczestniczymy. Kiedy stoimy gdzieś z tyłu sali, ciężej jest nam się skupić na tym, co płynie i dzieje się na scenie, a przecież to na koncercie jest najważniejsze!

Pierwszym supportem, który zaprezentował się na scenie był zespół WALFAD. Pięcioosobowy skład z Wodzisławia Śląskiego. Kiedy Riverside oficjalnie ogłosili, kto będzie ich supportować , stwierdziłam, że trzeba będzie zapoznać się z twórczością tych kapel, i tak też się stało. Gdy po raz pierwszy odpaliłam dźwięki pochodzące od WALFAD, szczerze powiedziawszy nie zrobiły na mnie jakiegoś wielkiego, fenomenalnego wrażenia. Jednak, gdy kilka dni później, delektowałam się zapachem jesiennej nocy, coś mnie natchnęło by dać chłopakom jeszcze jedną szansę. Zamarłam, odleciałam, zmieniłam zdanie. Jednak z doświadczenia wiem, że bardzo często w przypadku młodych kapel bywa tak, iż na płycie wszystko brzmi fenomenalnie, przychodzi koncert – jest kaplica. Dlatego z niecierpliwieniem czekałam na koncert WALFAD, by albo zapieczętować ich uwielbienie z mojej strony, lub całkowicie skreślić z mojego muzycznego świata. Jaki werdykt? WALFAD na żywo brzmią jeszcze genialniej! Wokal, instrumentarium i emocje – wszystko doskonale ze sobą połączone. Młoda energia wręcz buchała ze sceny niczym z komina lokomotywy. Publika przyjęła moc płynącą od zespołu i wspólnie z nimi przeżywała muzykę. Panowie wykonali utwory promujące nowe wydawnictwo – płytę „Colloids”, która ukazała się 12 października 2018 roku. WALFAD zagrali naprawdę fantastyczną sztukę, a ja oficjalnie stałam się ich fanką, i z niecierpliwieniem czekam na kolejną możliwość posłuchania ich na żywo.

Kolejnym supportem, który zagrał był zespół Spiral. Tak jak w przypadku WALFAD totalnie pochłonęła mnie twórczość, tak w przypadku Spiral mogę powiedzieć, że jest to po prostu dobre, zawodowe granie. Nie zabrakło energii, genialnych gitarowych brzmień, aczkolwiek to po prostu nie mój klimat. Zdecydowanie preferuje męskie wokale osadzone w progresywnych brzmieniach. Jednak to nie zmienia faktu, iż koncert był profesjonalnie zagrany, a publika entuzjastycznie przyjęła zespół.

Nadszedł wreszcie moment, na który wszyscy zgromadzeni w poznańskiej Tamie czekali. Zgasły światła i zanim rozbrzmiały pierwsze dźwięki na telebimach wiszących na scenie, pokazała się informacja dotycząca zakazu używania telefonów pod czas koncertu! Bardzo odważne i genialne podejście zespołu do tej kwestii. Koncert powinien być świętem dla duszy i zmysłów, nie wyścigiem szczurów w instagramowo/facebookowej przestrzeni. Co ważne, publiczność zareagowała brawami na wyświetlenie tego komunikatu i zastosowała się do zasad.

Ciemność, dźwięki intro… na deskach sceny pojawili się muzycy zespołu Riverside. Publika momentalnie oddała się błogości, magii dźwięków i z niesamowicie wielkim entuzjazmem przywitała zespół. Setlista w głównej mierze składała się z utworów, z najnowszego krążka zespołu – płyty „Wasteland”, która swoją premierę miała 28 września.

Z wielką niecierpliwością czekałam na ten koncert, a po przesłuchaniu nowego albumu mój głód na Riverside na żywo wzrósł do niewyobrażalnie wielkich rozmiarów. Wasteland jest dla mnie tworem doskonałym, który wywołał u mnie masę skrajnych uczuć, emocji. Słuchając tego albumu, czuję się tak jakbym słuchała swojej duszy, i gdzieś głęboko skrywanych myśli, uczuć. Utożsamiam się z tą płytą, dlatego też aż tak bardzo czekałam na koncert. Chciałam słuchając tych dźwięków na żywo odlecieć w nienamacalnie piękną przestrzeń – tak też się stało. Dryfowałam nad ziemią, z zamkniętymi oczami, przeżywając całym ciałem dźwięki. Publika równie ochoczo reagowała na nowe utwory doskonale znając już ich teksty! Doskonałym przykładem jest utwór “Acid Rain”, który rozgrzał zgromadzonych pod sceną do czerwoności, a także ich gardła! Wspólnie z Dudą publiczność głośno śpiewała wokalizy. Jednakże totalnie hipnotyzującym i magicznym momentem było wykonanie utworu “The Night Before” przez  Mariusza Dudę i Michała Łapaja

Tak jak wspomniałam wyżej, setlista głównie składała się z utworów z nowej płyty, jednak nie zabrakło kawałków z poprzednich wydawnictw. Pierwszy raz od dość długoletniej przerwy zespół wykonał na żywo “Loose hearts” w odrobinę zmienionej wersji – brzmiało perfekcyjnie! To samo tyczy się “Forgotten Land”. Utwory te były miłym zaskoczeniem dla fanów. Pewien niedosyt spowodowało u mnie wykonanie jedynie pierwszej części “Second Life Syndrome”, jednak po tak fenomenalnym koncercie jestem to w stanie wybaczyć zespołowi.

Koncert był intensywny brzmieniowo. Zarówno Mariusz Duda jak i Michał Łapaj dysponowali dość sporym zapleczem instrumentów, które budowały przepiękną aurę koncertu. Soczystość bębnów kolejny raz udowodniła jakim genialnym perkusistą jest Piotr Kozieradzki. Uwagę przykuwało również hipnotyzujące brzmienie gitary Macieja Mellera, który gościnnie wspiera zespół na trasie koncertowej.

Podsumowując całe wydarzenie Riverside kolejny raz pokazało swój kunszt i geniusz muzyczny. Świadczyć mogą o tym reakcje publiczności i interakcja z zespołem. Sam Mariusz Duda stwierdził, że sceny iż poznański koncert jest tym najlepszym! Cóż, pozostaje życzyć zespołowi kolejnych udanych koncertów na trasie, jednak nie tak dobrych jak ten w Poznaniu!

,,Wait in silence
Until the stars go dark
My companion
With your cracked, withered heart…”

Udostępnij to

O autorze

Totalny muzyczny freak. Muzyka wypełnia każdy element mojego życia, nie ma mnie bez niej, nią żyję. Gitarzystka,wokalistka, autorka tekstów, manager kilku poznańskich zespołów. W brzmieniach szukam czegoś, co mnie zahipnotyzuje i powali na kolana. Soczystość gitar i warstwa tekstowa są dla mnie najważniejszym elementem w szeroko rozumianym rock’n’rollowym graniu. Jednak największą miłością darzę wszystko co progresywne, nieprzewidywalne i emocjonalne.