Charyzmatyczny John Lydon jak widać polubił Polskę, bo po reaktywacji swojego Public Image Ltd. w 2009 roku wystąpił u nas już cztery razy. Potwierdził to zresztą w wywiadzie, który przeprowadzałem z nim parę miesięcy temu. Tym razem koncert odbył się w warszawskiej Proximie – bodajże najmniejszej miejscówce, w jakiej przyszło grać zespołowi w Polsce do tej pory. Być może nawet za małej, bo fani dopisali i koncert został wyprzedany.

PiL dotarł do Warszawy z okazji promocji swojego najnowszego, bardzo udanego wydawnictwa „What the World Needs Now…”. Zespół pojawił się na scenie parę minut po zapowiadanej 20:15 i dał show, które trwało pełne dwie godziny. W tym wypadku żaden support nie był potrzebny. Swoje miejsca zajęli basista Scott Firth, perkusista Bruce Smith, gitarzysta Lu Edmonds, mistrz ceremonii John Lydon oraz, co ciekawe, osobisty asystent i przyjaciel Johna, Rambo, który stał z boku sceny i nadzorował przebieg koncertu obstawiony własnymi odsłuchami.
Zaczęli zgodnie z tym, co możemy usłyszeć na nowej płycie – „Double Trouble” i „Know Now”. Od początku wydawało się jednak, że coś nie gra, bo głos Johna był słaby i widać było, że się oszczędza. Czyżby spadek formy? Po dwóch pierwszych piosenkach poinformował publiczność, że ma nadzieję, że będziemy śpiewać razem z nim, bo ma problemy z głosem. Czyli to jednak przejściowe problemy… Szkoda tylko, że trafiło akurat na długo oczekiwany koncert w Polsce. Za chwilę jednak poleciał klasyk „This Is Not a Love Song”, gdzie wokalista mógł liczyć na wsparcie publiczności. Następnie znów parę utworów z najnowszej historii grupy: „Bettie Page”, „Deeper Water” (szkoda, że pojawiła się tylko ta jedna piosenka ze świetnego „This Is PiL”) i „Corporate”, który bywa w setliście pomijany. Miło więc, że tym razem pomimo problemów z głosem Johnny się nie oszczędzał i postanowił go zagrać.
Im dłużej trwał koncert, tym wokalista czuł się pewniej, a jego niepodrabialny głos oparty na ciągłym krzyku zdawał się odzyskiwać moc. Być może przyczyniła się do tego pewna ilość whisky, którą John tradycyjnie sączył i przepłukiwał gardło pomiędzy utworami. Oparty na jednostajnym pulsie basu i perkusji „Death Disco” jak zwykle wprowadził zgromadzonych w trans, a po chwytliwym „The One” z najnowszej płyty do końca podstawowej części koncertu królowały już starsze kompozycje. Bardzo dobrze i lekko psychodelicznie wypadło połączenie dwóch utworów z „This Is What You Want, This Is What You Get” – „The Order of Death” i „Tie Me To the Length of That”. Po „The Body” zabrzmiał rozbudowany „Warrior”, jednak największą próbą dla fanów był chyba rozciągnięty do granic wytrzymałości „Religion”. Przez bodajże 15 minut Lydon odprawiał swoje szamańskie zaklęcia co chwila zmieniając głos na bardziej złowieszczy, niczym opętana Anneliese Michel, o której opowiada utwór „Annalisa” z debiutanckiego albumu PiL – „First Issue”. Bas, a raczej elektryczny kontrabas grzmiał niemiłosiernie, co było jednak zamierzonym efektem, bo jak sam śpiewał John „diabeł gra na basie”. Humorystycznym akcentem było także „solo” Edmondsa, który zagrał na gitarze kolorowym elektrycznym wiatraczkiem, a wokalista przedstawił go jako prawdziwego Jezusa.
Dla „ocieplenia klimatu” pojawił się jeden z najbardziej popularnych i lubianych utworów, czyli „Rise” i muzycy zeszli ze sceny. Po długim skandowaniu publiczności pojawili się na bis, który co ciekawe był okazją do tego, by zamiast klasyków zaprezentować jeszcze więcej nowych kawałków. „I’m Not Satisfied” i „Shoom” z wplecionym „Open Up” zamknęły koncert, a zespół wyraźnie usatysfakcjonowany przyjęciem pożegnał się i zszedł ze sceny.

Jak widać koncert miał wszystkie cechy, by okazać się rewelacyjnym, ale jednak czegoś zabrakło. Być może to przez formę wokalną Lydona, na której przecież opiera się całe przedstawienie. Tym razem wyglądał on jednak na ogólnie zmęczonego, a do tego wydaje się, że jego tusza z wizyty na wizytę w Polsce wciąż rośnie. Można by powiedzieć, że kochanego Johnny’ego Rottena nigdy za wiele, jednak w połączeniu z ekscentrycznym ubiorem wygląda jeszcze bardziej osobliwie i z pewnością daje krytykom powody, by traktować go jako śmiesznego starszego pana wygłupiającego się na scenie, a nie symbol punka i zdecydowany charakter, który wciąż ma coś do powiedzenia. Nagłośnienie również pozostawiało trochę do życzenia.
Wydaje się, że był to najsłabszy koncert Public Image Ltd. w naszym kraju, jednak jako fan twórczości grupy czekam na okazję do rehabilitacji i na kolejnym pojawię się na pewno. Mam tylko nadzieję, że odbędzie się on w większym miejscu, by lepiej można było odczuć cały majestat niezwykłego wydarzenia, jakim są koncerty PiL.
2. Know Now
3. This Is Not a Love Song
4. Bettie Page
5. Deeper Water
6. Corporate
7. Death Disco
8. The One
9. The Order of Death
10. Tie Me to the Length of That
11. The Body
12. Warrior
13. Religion
14. Rise
Bis:
15. I’m Not Satisfied
16. Open Up / Shoom
![Public Image Ltd.: Relacja z koncertu w Proximie [18.05.2016]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/09/public-image-ltd-york-1024x438.jpg)