Na przestrzeni ostatnich kilku lat powstało w naszym kraju sporo festiwali, które mają większe lub mniejsze predyspozycje do tego, by stać się odpowiednikiem dużych imprez organizowanych u naszych południowych sąsiadów. Wystarczy wspomnieć chociażby Materia Fest w Szczecinku, Bałtów Open Air, imprezę Niech Cisza Milczy, która już w przyszłym roku zaprezentuje nam nową lokalizację, czy festiwal Summer Dying Loud, który zdaje się wychodzić na prowadzenie jeśli chodzi o popularność – tegoroczna, 10. edycja wydarzenia ma szansę przyciągnąć największą do tej pory liczbę fanów ciężkiego grania. Na liście najciekawszych metalowych imprez znajduje się też Metal Mine, którego 3. odsłona odbyła się w 25 sierpnia. Czy jest w takim razie coś, co wyróżnia festiwal w Wałbrzychu na tle jego konkurentów?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta dla każdego, kto chociaż raz miał okazję zawitać na tej imprezie. Wydarzenie to odbywa się na terenie Starej Kopalni w Wałbrzychu, będącej tak naprawdę muzeum zlokalizowanym na terenie zabytkowej Kopalni Węgla Kamiennego Julia. Kopalnia została zrewitalizowana, przez co udało się stworzyć z niej atrakcyjny obiekt turystyczny na mapie Polski oraz, co interesuje nas bardziej, uczynić z niej miejsce sprzyjające organizacji koncertów metalowych. Muzyka metalowa, grana w otoczeniu wież szybowych, sprzętu kopalnianego oraz górniczych narzędzi może nabrać jeszcze bardziej ciężkiego posmaku. Wszystko to, połączone z przygniatającym nagłośnieniem oraz profesjonalną grą świateł sprawia, że Metal Mine jest na swój sposób wyjątkowym festiwalem.

Wspomniałem wyżej, że to dopiero 3. edycja imprezy, więc organizatorzy wciąż mają prawo nauki na swoich błędach. Lekcję z zeszłorocznej odsłony festiwalu odrobili na piątkę. Wśród przeważających pozytywnych komentarzy i relacji z Metal Mine 2017, pojawiły się też pewne zastrzeżenia, z których wyciągnięto w tym roku wnioski. W taki oto sposób zamiast jednego stoiska z piwem mieliśmy ich kilka (co niemal do zera zlikwidowało kolejki), na teren imprezy zostały wpuszczone foodtrucki (co z kolei dało choć odrobinę alternatywy dla znanych z zeszłego roku frytek smażonych na rosole), a pole namiotowe z brzydkiego, nieatrakcyjnego i ulokowanego w stosunkowo dalekiej odległości od sceny miejsca zamieniono na obszar ulokowany zaraz nad festiwalowym placem. Pomysł o tyle fajny, że namiotowicze, chcąc wypić piwko w spokoju i odsapnąć przy namiocie, mieli okazję oglądać scenę z góry, niemal jak z balkonu. Dla mnie strzał w dziesiątkę i jednoczesne gratulacje dla organizatorów, bo udało im się wyeliminować kilka najbardziej uciążliwych rzeczy, które doskwierały uczestnikom Metal Mine w zeszłym roku.

W tym roku na metalowy festiwal w Wałbrzychu powróciła gwiazda z pierwszej edycji, czyli Decapitated. Do spółki z Katem i Romanem Kostrzewskim oraz Mentorem uzupełnili tegoroczny stały festiwalowy skład – kto był w tym roku na jakimkolwiek metalowym wydarzeniu w Polsce, na 90% widział któryś z tych zespołów. Kolejne rozwodzenie się nad ich aktualną formą sceniczną byłoby z pewnością nudne, dlatego ograniczę się w tym miejscu do kilku krótkich stwierdzeń. Decapitated to maszyna, która zawsze jest w formie i brzmieniowo prezentuje klasę światową (bo w końcu do niej należy, prawda?), choć fan po którymś z kolei razie zaczyna odczuwać, że ich występy są bardzo przewidywalne i schematyczne. Kat jak to Kat – potrafi kupić każdego swoimi ponadczasowymi przebojami, które każdy metalowiec zna na pamięć. Zespół kupił z pewnością Vogga, który zaprezentował się z łagodniejszej strony i grał na backstage’u “Legendę Wyśnioną” na pianinie. Mentor z kolei wchodzi z krążkiem “Guts, Graves and Blasphemy” i swoją propozycją black’n’rolla potrafi rozruszać każdą publikę.

Oprócz, jak ja to określiłem, “stałego festiwalowego składu”, zagrało na Metal Mine kilka perełek, których koncerty w Polsce nie są już taką oczywistością. Największą z nich był zapewne The Haunted. Grupa założona przez członków At The Gates, czyli Adriana Erlandssona i Jonasa Björlera od kilku lat gości w swoim składzie popularnego wśród gitarzystów Olę Englunda, co tym bardziej zwiększało atrakcyjność koncertu szwedzkiej grupy. The Haunted zagrali godzinny, energiczny set i, przynajmniej moim zdaniem, nie pozostawili wątpliwości, kto był prawdziwym headlinerem tego festiwalu. Charakterystyczne, groovowe brzmienie gitary Englunda oraz interakcja wokalisty grupy, Marco Aro, porwały sporą część publiczności, a sztandarowe kawałki zespołu, jak “All Against All”, “Preachers Of Death” czy “Spark” okazały się na żywo prawdziwą petardą. Osoby, które przyjechały na Metal Mine wiedzione chęcią zobaczenia The Haunted, z pewnością wyjechały z Wałbrzycha usatysfakcjonowane.

Warto też wspomnieć słowo o czeskim Hypnos, który zdobywa w naszym kraju coraz większą popularność, a swoim koncertem potwierdził, że death metal w jego wykonaniu to prawdziwy majstersztyk – zresztą, podobnie jak Azarath, który pomimo braku Inferno na perkusji, zmasakrował słuchaczy swoim brzmieniem i riffami.

Cóż więcej można dodać? Trzecia edycja festiwalu Metal Mine okazała się jak najbardziej udana. Z pewnością należy przyznać, że organizatorzy imprezy idą do przodu i chcą rozwijać swoje wydarzenie, z roku na rok poprawiając jego i tak już wysoką jakość. Jeśli forma zwyżkowa zostanie utrzymana, Metal Mine może w przyszłości przeobrazić się w kilkudniowe wydarzenie. Nie kupuję wymówek typu “za daleko”, jakich było wiele w przypadku Black Silesia Open Air – Polacy mogą jeździć do Niemiec, Czech, Litwy czy na Słowację, więc dlaczego by nie wspierać ciekawie zapowiadających się i mających perspektywy na przyszłość festiwali w Polsce? Metal Mine na pewno do takich należy, dlatego kto jeszcze nie był, musi koniecznie stawić się tam za rok!

PS
Relację z zeszłorocznej edycji wydarzenia przeczytacie tutaj. Sprawdźcie też poniższe zdjęcia z festiwalu autorstwa Rafała Kotylaka. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie macie polubionego jego profilu na Facebooku, to zapraszamy pod ten link.

 

Udostępnij to

O autorze

Rafał Stempień

Headbang motherfucker.