King Dude jest niekwestionowanym mistrzem klimatu i tajemnicy. W swojej gigantycznej świadomości muzycznej pozostaje chłopcem. Jest Piotrusiem Panem, który bez fajerwerków, absolutnie naturalnie i na pozór bez wysiłku przenosi publiczność w głąb swojej specyficznej wrażliwości. I to właśnie nią mnie kupił. Koncert w Poznaniu był już naszym trzecim spotkaniem i już dziś śmiało mogę zadeklarować, że na pewno nie ostatnim.

Muzyka to rynek emocji. Nie każdy zna się na nutach, nie każdy słyszy brzmienie basu i nie każdy jest w stanie wychwycić pomyłkę gitarzysty, gdy gra solówkę. Ale każdy czuje. Dlatego moim zdaniem wartość dźwięku mierzy się w tym, co potrafi obudzić w człowieku. King Dude żongluje uczuciami. W jednej chwili jest romantyczny, przejęty i zaangażowany. Z łamiącym głosem i łzami w oczach ledwo dośpiewuje kolejne linijki poruszających tekstów. Zaraz potem popija whiskey prosto z butelki, jest czarujący, ironiczny, zabawny i charyzmatyczny. Taka sama jest jego muzyka. Na pozór spójna i jednolita, ale przecież pełna kontrastów. Chociaż jego utwory są mroczne i niepokojące, fundamentem prawie każdego z nich jest nieprzekombinowana, ale ujmująca melodia.

Koncert w poznańskim klubie Pod Minogą rozpoczął się drugim singlem promującym najnowszy album artysty. Chociaż w repertuarze King Dude nie brakuje przebojowych punktów, to “Velvet Rope” jest najlepszym otwieraczem jego koncertów, jaki mogę sobie dzisiaj wyobrazić. W kolejnym utworze, przemruczanym “Twin Brother of Jesus” poznajemy Josephine, piękną gitarzystkę, która ze swoim hipnotyzującym, kobiecym wokalem stanowi idealne tło i uzupełnienie dla brudnego, szorstkiego charczenia Thomasa. Przyznam, że zgrywają się idealnie. I mówię to ja, naczelny hejter kobiecych wokali.

“In the Garden” na żywo jest dla mnie tak samo zaskakujący jak przy pierwszym odsłuchaniu “Music To Make War To”. Wyróżnia się nie tylko na tej płycie, ale też w całej dyskografii King Dude. W koncertowych warunkach numer wiele zyskuje, a w atmosferze dusznego klubu oświetlonego czerwonymi światłami, silnie działa na wyobraźnię. Poza postawieniem na nowe kawałki, które poznańska publika przyjmowała z żywym entuzjazmem, King Dude nie wykreślił z setlisty także swoich szlagierowych utworów. Na “Silver Crucifix” posmarkam się pewnie nawet za 666. odsłuchaniem na żywo, “I Wanna Die at 69” pozostaje niezmiennie moim koncertowym ulubieńcem, jak pewnie wszystkich, którzy kochają Tarantino. Z kolei “Death Won’t Take Me” wykrzyczany z wściekłością przez zaciśnięte zęby wokalisty, nigdy nie będzie tak efektowny i przejmujący na płytach, co w wersji live.

Chociaż koncerty King Dude potrafią czasem ciągnąć się w błogą nieskończoność, tym razem set został nieco skrócony. Po dziewięciu utworach w towarzystwie świetnych muzyków (wspomnianej Josephine, Augusta Johnsona – najweselszego perkusisty na świecie, Tostena Larsona – na klawiszach i przegenialnej Lee Newman na basie), King Dude został z publicznością sam na sam. Rozpoczął swój mini recital od przeszeptanego wręcz „God Like Me”. Kogo to wykonanie nie poruszyło, ten nie ma serca, serio. Spotkanie z King Dude tradycyjnie zakończyło się pożegnalnym “Lucifer’s The Light Of The World” odśpiewanym wspólnie z poznańską publicznością.

King Dude za zawadiackim uśmiechem, poczuciem humoru i chłopięcym urokiem chowa mroczne, mocne i dojrzałe historie. Sprawia, że jesteśmy ciekawi, co kryje się za depresyjnymi melodiami i między wierszami smutnych tekstów. Jest dowodem na to, że chociaż w muzyce wszystko już było, nadal można się tu wyróżnić bez popadania w śmieszność czy przesadę. Niezmiennie od lat, jestem muzycznie zakochana.

Udostępnij to

O autorze

Joanna Chojnacka (Choinek)

Mam uszy szeroko otwarte, jednak najczęściej dudni mi w nich muzyka ekstremalna. Nie wychodzę z domu bez książki i słuchawek, a wolny czas spędzam głównie na koncertach.