Ogólny gwar rozmów przerwany został przez jednego z aktorów, który, oświetlany przez jupiter, wszedł na cenę, by powiedzieć nam zwyczajne, polskie „dobry wieczór”. „Trudno jednak powiedzieć „dobry” w świetle tego, co stało się dzień wcześniej w Paryżu”. Przed spektaklem zarówno ekipa teatru muzycznego w Łodzi, jak i sami widzowie zostali poproszeni o uszanowanie minutą ciszy ofiary masakry mającej miejsce we Francji. Masakry, w której zginęły dziesiątki osób, które również, na koncercie Eagles of Death Metal, cieszyły się sztuką. Mogę mówić jedynie za siebie, lecz zakładam, iż zdecydowana większość zgromadzonych w budynku ludzi, obok smutku i refleksji, postanowiła z kontaktu z Jesus Christ Superstar czerpać każdą sekundę ze stuprocentową uwagą, w hołdzie tym, dla których chwile spędzone z artystami były ostatnimi.
To jak bardzo muzyka rockowa jest elastyczna, uniwersalna i ponadczasowa możemy obserwować na każdym kroku. Doskonale łączy się z różnymi, często odległymi gatunkami. Nie obcy jest jej rap, jazz czy reggae. Mówi się też, że gdyby Mozart żył, odnalazłby się w Led Zeppelin. Nie wspominając o Wagnerze, który zapowiedział swoimi kompozycjami nadciągającą erę metalu i był jego ojcem wśród klasyków. Z orkiestrą romansowali już najwięksi giganci rocka, kilku się sparzyło, jednak zdecydowana większość została doceniona. Jednak Jesus Christ Superstar to coś zupełnie wyjątkowego. Wybitne dzieła, do jakich rock opera Webbera i Rice’a niewątpliwie się zalicza, charakteryzują się tym, że ich wtórne interpretacje mogą je albo sprofanować albo oddać im należyty szacunek. Po obejrzeniu spektaklu w Teatrze Muzycznym w Łodzi po raz kolejny jestem dumna, że mieszkam w tym mieście (meneli nomen omen;)).
Już pierwsze chwile zwiastują nadejście czegoś, co nie znosi kompromisów i ograniczeń. Grupa hipisów dostaje pałami od maszerujących z tarczami policjantów, a to wszystko przy akompaniamencie dramatycznej muzyki odgrywanej przez świetną orkiestrę, cichych/głośnych bohaterów spektaklu. Gdzie tu religia, Jezus, Bóg, refleksja? Tej ostatniej oraz popisów aktorskich i wokalnych doświadczyłem w późniejszej części aż nadto. Zacznijmy więc od początku, a więc…
…od muzyki, bo ona była dla mnie najważniejsza. Jestem wielbicielką sekcji rytmicznej, która w Jesus Christ Superstar bardzo rzucała mi się w uszy i momentami nie dawała skupić na niczym innym. Piękny, wysmakowany bas już w pierwszych minutach spektaklu sprawił, że serce zabiło mi szybciej. Ogromne wrażenie robiły też instrumenty perkusyjne. Kolokwialnie rzecz ujmując – jedna z końcowych scen z Piłatem – PERKUSYJNY SZTOS. Akustyczna gitara spełniła rolę wprowadzania widowni w bardziej ckliwe, romantyczne sceny sztuki. Z kolei rasowe solo na elektryku podkreśliło dramatyzm przejścia między wątkami i stanowiło genialny kontrast z wybrzmiewającymi po nim delikatnymi instrumentami pozorującymi odgłosy przyrody. Z całym szacunkiem dla aktorów, osób odpowiedzialnych za kostiumy oraz choreografie, ale to właśnie muzyka gra w Jesus Christ Superstar główną rolę – reguluje emocje widza, wskazując wręcz, co ten ma odczuwać. Dawkuje napięcie, zapowiada kolejne wątki oraz ich charakter, a także maluje w naszej wyobraźni brakujące elementy skromnej scenografii. Żałuję jedynie, że wszyscy muzycy byli przez cały czas ukryci pod sceną. Rozumiem ograniczenia przestrzenne, ale chętnie poszłabym na spektakl jeszcze raz, wykupując miejsce pod podłogą, aby móc z bliska patrzeć jak pod batutą Jose Maria Florenco rodzą się dźwięki.
To, co jednak rodziło się na samej scenie to najwyższej klasy widowisko, które pozostawia w widzu poczucie, że poszedł do teatru nie po to, by pooglądać skromnych pasjonatów sztuki aktorskiej, a pewnych swoich talentów artystów, którzy zapragnęli pozamiatać i porozrzucać po kątach wszystkich zgromadzonych w budynku gapiów. Są to aktorzy w ogromnej większości bardzo młodzi, posiadający jednak przy tym głosy tak niezwykłe i tak przekonujące, że ciężko się tak naprawdę do czegoś przyczepić. Jedyne, co chwilami mogło zapiec w uszy to akcent naszych rodzimych artystów – niektóre angielskie słowa potrafiły zabrzmieć sztucznie, „po polsku”, co jednak na szczęście zdarzało się bardzo rzadko.
Same głosy w Teatrze Muzycznym w Łodzi wybrzmiały fenomenalne. Odtwórca roli Jezusa, Piotr Wojciechowski mógłby konkurować z niejednym wybitnym wokalistą metalowym światowego formatu. Ba, z dużą częścią wygrałby każde zawody w przedbiegach. W łódzkim spektaklu bardzo ważną rolę obok Jezusa odegrał Judasz, któremu poświęcono zadziwiająco wiele scen i partii solowych. Barwa Tomasza Bacajewskiego trafia w mój gust znacznie mniej, dlatego w tym miejscu chciałabym poświęcić zdanie Tomaszowi Rakowi. Jego głos, mimo zdecydowanie bardziej operowego charakteru (czego w muzyce, której słucham na co dzień szczerze nie znoszę) zrobił na mnie kolosalne wrażenie.
Światowej klasy musical byłby jednak niczym bez świetnego scenariusza. Oto Jezus Chrystus jest gwiazdą światowego formatu – idolem hipisów, natchnieniem ubogich, tym, który, według czarnych charakterów „prowadzi w sondażach”. Główny bohater zostaje poniekąd obdarty ze swojej boskości, a Męka Pańska jest czymś, na co nie patrzy się z uczuciem ogromnego ciężaru na plecach i żalem, odwracając wzrok. Mimo, iż ostatnie chwile życia Chrystusa zostały tu przedstawione w krzywym zwierciadle, całość jest napisana i wyreżyserowana ze smakiem. Świadczyła o tym zresztą niemal pełna sala zapełniona widzami i, o dziwo, nikt nie wyszedł ze spektaklu oburzony. A muszę przy tym powiedzieć, że w niektórych scenach zrobiono sobie przysłowiowe jaja po całości.
Podsumowując – chapeau bas. Chyba nie jestem jedyną osobą tego zdania zważywszy na kilkuminutowe owacje na stojąco, bilety sprzedające się w zawrotnym tempie oraz pełną salę zadowolonych widzów. Myślę, że to o wiele bardziej wartościowa recenzja tego spektaklu, niż słowa jakiegokolwiek krytyka.
Joanna Chojnacka i Bartosz Pietrzak


