Rammstein/Limp Bizkit/Gojira: Relacja z Capital of Rock we Wrocławiu [27.08.2016]

1

Nowy gracz na polskim rynku, czyli organizator RockloudLive zaczął od mocnego uderzenia. Jednodniowy festiwal pod nazwą Capital of Rock okazał się wielkim świętem dla fanów metalu, a Wrocław rzeczywiście stał się stolicą gitarowego brzmienia. Na jednej scenie wystąpiły przede wszystkim legendy ciężkiego grania lat 90-tych – Limp Bizkit i Rammstein.

To oczywiście nie wszystko. Koncerty rozpoczęły się już od 16:30, a otworzył je jedyny polski zespół w stawce – OCN. Pomimo że o tej godzinie publiczność dopiero się zbierała, trybuny były jeszcze puste, a większość chciała napić się zimnego piwa, które tego dnia było na wagę złota, to nasza reprezentacja na scenie została ciepło przyjęta. OCN istnieje przecież już od 2001 roku (wcześniej pod nazwą Ocean), więc jeżeli chodzi o repertuar, jest z czego wybierać. Zainteresowani będą mogli usłyszeć ich także przed Kings of Leon w Tauron Arenie 8 września.

OCN

Po 40-minutowym secie jako drudzy na scenę weszli Amerykanie z Red. Widziałem i słyszałem ich po raz pierwszy – myślę, że tak jak większość zebranych – i ten numetal o komercyjnym zabarwieniu raczej mnie nie porwał. Wokalista, który obecnie dzięki bujnej rudej brodzie wygląda groźnie niczym Kerry King (minus tribal na łysinie) posiada dość histeryczny głos, który kojarzy mi się raczej z wytatuowanymi chudzielcami w rurkach. Po prostu coś mi tu nie grało – muzyka mało oryginalna i porywająca tak jak i nazwa zespołu.

RED

Od występu kolejnej grupy zaczęło się robić jeszcze bardziej gorąco tego upalnego dnia. Występu kontrowersyjnego, bo Gojira została poproszona o koncert 2 dni przed imprezą, o czym ze sceny wspomniał wokalista i gitarzysta Joe Duplantier. Wszystko za sprawą Bullet for My Valentine, którzy na rozpisce widnieli od dawna, lecz niestety z powodów logistycznych nie zdążyliby się dostać do Polski z Japonii, gdzie obecnie odbywają tournee. Po początkowym zawodzie, organizator stanął jednak na wysokości zadania i zaproponował zespół z równie wysokiej półki. Gojira po coraz bardziej udanych albumach i sukcesach koncertowych zdecydowanie jest na fali wznoszącej. Pomimo ekstremalnej odmiany grania Francuzi zyskują coraz więcej zwolenników, co udowodnił ich wrocławski koncert. Widziałem ich parę lat temu na Sonisphere i nie zrobili na mnie specjalnego wrażenia. Może przez fatalne nagłośnienie, może dlatego, że grali na otwartej przestrzeni o wczesnej porze jako jeden z supportów. Wczoraj zabrzmieli bardzo dobrze, pomimo wielkiej ilości “dołu” w swojej muzyce, a brzmienie perkusji miażdżyło. Zespół zakończył trasę 2 tygodnie temu, więc nie wyszedł jeszcze z formy i zaprezentował całkiem udane show ze standardową festiwalową setlistą.

1. Toxic Garbage Island
2. L’Enfant Sauvage
3. The Heaviest Matter of the Universe
4. Silvera
5. Stranded
6. Flying Whales
7. Wisdom Comes
8. Backbone
9. Terra Inc.
10. Only Pain
11. Oroborus
Bis:
12. Vacuity

Gojira

Na Limp Bizkit, którzy rozpoczęli 15 minut przed czasem stadion zaczął się już szczelnie wypełniać. Ekipa Freda Dursta to przypadek dość osobliwy – od paru lat nie mają pomysłu na siebie (przez 11 lat wydali jeden album), a mimo to przyciągają tłumy ludzi ze względu na dawne, ponadczasowe kawałki. Ten koncert trochę obnażył tę niemoc – Fred snuł się po scenie mówiąc wprost, że nie bardzo wie co ma grać… Jak na status megagwiazdy i 20 letni staż to nieco żałosna postawa. Mimo to, gdy rozbrzmiewają pierwsze nuty “Break Stuff”, “Nookie” czy “My Generation” wszyscy rzucają się do pogo i zabawa trwa w najlepsze. Trochę zaskoczyło mnie również to, że pomimo krótkiego setu taki zespół wciąż bawi się w covery zamiast po prostu zaprezentować to, co ma najlepsze ze swojej twórczości. Odegranie “Master of Puppets” czy “Smells Like Teen Spirit” to chyba najtańszy chwyt, zamiast którego wolałbym usłyszeć chociaż “Re-arranged” czy “Boiler”, których tym razem zabrakło. Nagłośnienie o dziwo również pozostawiało wiele do życzenia. Przeciąganie utworów i gadki o niczym też nie wpłynęły na dramaturgię. I do tego ten zegar na scenie odmierzający czas do końca koncertu… Ok, wyszła z tego jakaś wielka krytyka, ale naprawdę nie było tak źle i bawiłem się bardzo dobrze. Pomimo że był to najsłabszy koncert Limp Bizkit na jakim byłem do tej pory – bez porównania do zeszłorocznej rzeźni w Krakowie.

1. Rollin’ (Air Raid Vehicle)
2. Hot Dog
3. Gold Cobra
4. Party Up (Up in Here) (DMX song)
5. My Generation
6. Livin’ It Up
7. Turn Down For What (Lil Jon song)
8. Eat You Alive
9. Faith (George Michael cover)
10. Nookie
11. My Way
12. Heart-Shaped Box / Smells Like Teen Spirit (Nirvana cover)
13. Break Stuff
14. Take a Look Around

Limp Bizkit

Jako, że LB zaczęli i skończyli przed czasem, oczekiwanie na gwiazdę wieczoru lekko się przeciągało. Na szczęście, gdy rozpoczęło się już odliczanie ostatniej minuty, a następnie ostatnich 9 sekund na płachcie skrywającej scenę ekscytacja znów podskoczyła na wysoki poziom. Rammstein znów zaprezentował doskonałe, dopracowane i niezwykle efektowne show. Ich oglądanie jest jak pędzenie Porsche po niemieckiej autostradzie – czujesz komfort i satysfakcję, ale wiesz, że obcujesz z nieprzewidywalną bestią. Nad niezwykle precyzyjną, lecz jednocześnie brutalną muzyką Rammsteina stara się panować Till Lindemann, który ciągle mnie zaskakuje. Jego zachowanie często wydaje się szokujące, a gesty obleśne, lecz jego stroje i image jest tak dopracowany, że to wszystko się zgadza. Według mnie jest on jednym z najbardziej charyzmatycznych frontmanów w historii muzyki rockowej. Nie ma wielkiego głosu, lecz śpiewa w sposób majestatyczny i po prostu w swoim stylu. A Rammstein jest zespołem jedynym w swoim rodzaju, co pokazuje wyprzedając największe obiekty koncertowe na świecie śpiewając w swoim ojczystym języku niemieckim.

Koncert we Wrocławiu był ostatnim przystankiem na letniej festiwalowej trasie zespołu, więc znałem już wcześniej setlistę, a mimo wszystko zaskoczeń nie brakowało. Grupa rozpoczęła od zupełnie nowego utworu “Ramm 4”, który pojawił się dopiero na tej trasie i został zagrany pierwszy raz 26 maja. Na razie nie została opublikowana wersja studyjna, choć mi osobiście kawałek ten bardzo przypadł do gustu i czekam z niecierpliwością na jego premierę. Co ciekawe, jego tekst oparty jest o tytuły starych utworów i albumów. Następnie wybrzmiało “Reise, Reise”, po którym zespół sięgnął po kolejne nieoczywiste utwory – “Hallelujah”, rzeczywiście z kościelnym “klimatem” głównie dzięki klawiszom Flake’a oraz ciężkie “Zerstören”. Co do klawiszowca, jego tradycyjne torturowanie przez Lindemanna miało miejsce w utworze “Ich tut dir weh”. Tym razem nie został on “ugotowany żywcem” w wielkim kotle, jak podczas “Mein Teil”, lecz wrzucony do wanny, gdzie zażył ognistej kąpieli z rąk wokalisty. Następnie wyszedł z niej już nie ubrany na czerwono, lecz w cekinowym, “iskrzącym” się garniturze.

Gdyby komuś było mało atrakcji, nie zabrakło także obowiązkowych pokazów pirotechnicznych, jak podczas “Feuer Frei!”, gdy muzycy przyodziali płonące maski, a podczas klasyka i największego przeboju grupy ,”Du Hast”, Till strzelał z łuku, który następnie podpalił scenę. Polscy fani sami mieli w zanadrzu niespodziankę dla zespołu – podczas “Seeman” trybuny rozświetliły się lampami błyskowymi telefonów, a widzowie na płycie trzymali w górze telefony z czerwonym kolorem na wyświetlaczu, co imitowało polską flagę. Widać było, że muzycy, pomimo zwyczajowego braku kontaktu z publicznością, byli pod wrażeniem tej akcji. Drugą połowę koncertu wypełniły już wszystkim świetnie znane utwory “Links 2-3-4”, wspomniane “Du Hast”, czy świetne “Du riechst so gut” i “Mein Herz Brennt”. Podstawową część koncertu zakończył cover Depeche Mode “Stripped”, którego obecności szczerze mówiąc nie zrozumiałem, a sam Till śpiewający nagle po angielsku z wciąż niemieckim akcentem chyba sam czuł się nieswojo. Szkoda, że zamiast tego nie postawili na wspomniane “Mein Teil” czy “Pussy”, które przecież tak interesująco prezentowało się parę lat temu w Warszawie 😉 Na bis “Sonne”, “Amerika” z konfetti w barwach flagi USA i jeszcze większą ilością ognia oraz “Engel”, w którym Lindemann wzniósł się na metalowych skrzydłach ponad scenę i stanął w płonieniach.

Wygląda na to, że Rammstein jest bezbłędny w tym co robi, bo po raz kolejny pokazał, że wśród metalowych zespołów chyba tylko Metallica i AC/DC mogą się mu równać, jeżeli chodzi o dawanie show. Było doskonale pod każdym względem i teraz pozostaje tylko czekać na nową płytę, która miejmy nadzieję ukaże się niebawem i kolejną trasę. Koncert Rammstein to obowiązkowy punkt w kalendarzu każdego fana metalu, a apetyt na ogień rośnie z każdym kolejnym spotkaniem na żywo z ich muzyką!

1. Ramm 4
2. Reise, Reise
3. Hallelujah
4. Zerstören
5. Keine Lust
6. Feuer frei!
7. Seemann
8. Ich tu dir weh
9. Du riechst so gut
10. Mein Herz brennt
11. Links 2-3-4
12. Ich will
13. Du hast
14. Stripped (Depeche Mode cover)
Bis:
15. Sonne
16. Amerika
17. Engel

Całą fotorelację Mateusza Pulita z Event Pack zobaczycie tutaj!

Człowieki

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!