Amerykańskie pop-punkowe trio wreszcie po raz kolejny zawitało do Polski. Piszę „wreszcie”, ponieważ z pewnością dla wielu fanów było to pierwsze zetknięcie się swoimi idolami na żywo – muzyka zespołu najbardziej trafia do nastolatków, którzy mogą być za młodzi na to, by pamiętać poprzedni koncert Green Day w naszym kraju w 2013 r. Nie znaczy to jednak, że inni pozostają obojętni na wdzięki Billiego Joe i spółki – w styczniowy wieczór równie doskonale bawiło się wiele pokoleń słuchaczy.
Green Day przyjechali do nas po 4 długich latach przy okazji premiery swojej najnowszej płyty „Revolution Radio”. Niestety, ostatnie lata nie są dla zespołu szczęśliwe, jeżeli chodzi o premierowy materiał. Po wielkim sukcesie „American Idiot” w 2004 roku, jak dla mnie jednym z ostatnich wielkich rockowych albumów XXI wieku, utrzymali jeszcze poziom na „21st Century Breakdown”, choć nie był to już tak spektakularny sukces komercyjny. Schody pojawiły się przy długo wyczekiwanym następcy – grupa miała tyle materiału, że opublikowała aż 3 płyty, które były jednakowo słabe i wtórne. Co znamienne, na koncercie nie usłyszeliśmy żadnego z 37 kawałków zamieszczonych na opisywanej trylogii „Uno!, „Dos!”, „Tre!”. Wygląda na to, że sami artyści odcinają się od tego „genialnego” posunięcia i chcą o nim jak najszybciej zapomnieć. W związku z tą wtopą z 2012 roku i czterech długich latach milczenia, nie bardzo było wiadomo, czego się spodziewać po nowym dziele. „Revolution Radio” nie zaskoczyło, choć okazało się próbą powrotu do czasów świetności – „zieloni” znów grają zbuntowanych, przenosząc punkową ideologię do tekstów takich jak „Bang Bang” czy tytułowego „Revolution Radio”. Te dwa utwory wraz z bardziej nastrojowymi „Still Breathing” i „Ordinary World” zagranym na koniec w wersji akustycznej rzeczywiście wypadły dobrze. Pozostałe dwa – „Forever Now” i „Youngblood” pewnie po obecnej trasie opuszczą koncertowy set, bo do repertuaru wnoszą niewiele świeżości.
Temat „Revolution Radio” zakończony, przejdźmy więc do innych ważnych punktów wieczoru. Grupa rozpoczęła mocnym uderzeniem, bo od „Know Your Enemy”. Co ciekawe, wejście na scenę poprzedził m.in. „Bohemian Rhapsody” – trochę dziwny wybór, bo przecież ten pompatyczny utwór Queen był jednym z muzycznych symboli wyśmiewanych przez punkowców, takich jak Sex Pistols. Pomijając tę drobnostkę i wracając do samego koncertu, Billy już w pierwszym utworze zaprosił do śpiewania fana, którego następnie zachęcił do rzucenia się w tłum ze sceny. Zdarzyło się to jeszcze dwukrotnie i za każdym razem emocje były większe – wybrana z publiczności dziewczyna świetnie poradziła sobie w „Longview” skradając na chwilę show, a chłopak grający w „Knowledge” otrzymał na własność (jeżeli wierzyć deklaracji wokalisty!) wręczony mu instrument. Po koncercie dało się podsłuchać dyskusje, że to przecież niemożliwe, by przypadkowi fani tak dobrze poradzili sobie w graniu i śpiewaniu i z pewnością byli podstawieni. Szkoda, że u niektórych tak mało wiary w polską publiczność, która jest przecież najlepsza na świecie 😉 W każdym razie były to bardzo miłe gesty zespołu pokazujące, że nie tak daleko odbiegli przez te lata od swoich punkowych korzeni. Iście punkowy był też wystrój sceny, co bardzo mnie zaskoczyło – żadnego przepychu, brak telebimów (co akurat jak na tak dużą halę powinno być standardem) i skromny wystrój w postaci leniwie zmieniających się płacht za plecami muzyków. Na koniec został tylko świecący napis „Green Day”. Fanom lubiącym wizualne atrakcje zaserwowano efekty pirotechniczne, których temperaturę można było poczuć kilkanaście metrów od sceny.
Zespół zagrał aż 27 piosenek, a koncert wraz z dwoma bisami trwał prawie 2,5 godziny. Oprócz nowych utworów, co oczywiste, mocną reprezentację miał „American Idiot” – aż 7 utworów. Ciekawe, że w porównaniu do występu w Polsce sprzed 12 lat, gdy zespół promował ten album, zabrakło tylko „Wake Me Up When September Ends”. Świetnie zabrzmiały „Holiday”, „Boulevard of Broken Dreams”, „Are We the Waiting” czy „Jesus of Suburbia” ale to po prostu ponadczasowe utwory, które będą aktualne już chyba zawsze. Równie wielkie szaleństwo miało miejsce przy przebojach z pierwszego wielkiego sukcesu komercyjnego Green Day, czyli płyty „Dookie”. Było jednak parę momentów, które bez żalu mogłyby zostać pominięte – „2000 Light Years Away”, „Scattered”, wspomniane już wcześniej „Youngblood” i „Forever Now” z nowej płyty, „Knowledge” czy wiązanka coverów przy jednostajnym rytmie perkusji, które nie wypadły jakoś szczególnie ekscytująco. Jeżeli będę chciał posłuchać „Hey Jude” to myślę, że wybiorę oryginalną wersję Beatlesów, a niekoniecznie jest to potrzebne na koncercie Green Day. Podejrzewam, że dla fanów nadmiar materiału nie był jednak przeszkodą. Na ostatni bis pojawił się już sam Billie Joe z gitarą akustyczną wykonując „Ordinary World” oraz tradycyjnie „Good Riddance (Time of Your Life)”.
Pomimo tego, że Green Day istnieje już 30 lat (!) muzycy wciąż zachowują niesamowitą młodzieńczą energię. Prym wiedzie oczywiście niestrudzony Billie Joe, który potrafi nawiązać kontakt z fanami jak mało który frontman i pomimo opinii niektórych, ja nie dostrzegam w tym jakiejś sztuczności. Oczywiście wychodząc na scenę, każdy artysta kreuje swój wizerunek, jednak tak jak Slash od 20 lat występuje w cylindrze i okularach, a Angus Young od 40 w mundurku ucznia, tak kalifornijskie trio może być punkowymi chłopakami z sąsiedztwa. Koncert Green Day okazał się świetną muzyczną imprezą o wysokim poziomie wykonawczym z doskonałym kontaktem z publicznością i to jest najważniejsze. Szkoda, że frekwencja nie dopisała tak, jak można było się spodziewać i po raz kolejny obnażony został chory pomysł dzielenia obiektu na golden circle i płytę, co stworzyło kilku- czy kilkunastometrową lukę pomiędzy fanami. Myślę, że psuje to w pewnym stopniu atmosferę zarówno zebranym, jak i artyście. W dalszym ciągu jestem przeciwny takim praktykom, jednak kolejnym koncertom Green Day w Polsce mówię jak najbardziej TAK!
![Green Day: Relacja z koncertu w Tauron Arenie [21.01.2017]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2016/09/greenday-1024x576.jpg)