Nareszcie! Po paru miesiącach opóźnienia spowodowanych terrorystycznym zamachem na koncercie w Paryżu Eagles of Death Metal wrócili do Europy. Swoją trasę rozpoczęli w „odpowiednim miejscu” – jak stwierdził ze sceny wąsaty frontman Jesse Hughes – czyli w Polsce. Zespół dał w katowickim Mega Clubie jak zwykle energetyczny, rockandrollowy show, który zebranym na długo pozostanie w pamięci.
11 długich lat przyszło mi czekać na ponowne zobaczenie grupy na żywo. Pierwszy i ostatni raz widziałem ich jako support Queens of the Stone Age w Stodole w 2005 roku. Byli wtedy po wydaniu pierwszego albumu, a w składzie oprócz Hughesa z obecnych członków był tylko gitarzysta Dave Catching. Pomimo, że byli wtedy świeżymi debiutantami i mało kto znał ich twórczość, był to najlepiej przyjęty support jaki widziałem. Jesse to wulkan energii i showman, który nawiązuje niesamowity kontakt z publicznością już od pierwszej chwili – szczególnie z jej damską częścią. Od tamtej pory Orły wystąpiły w Polsce jeszcze 2 razy – w Proximie w Warszawie i na zeszłorocznym Openerze, co wspominał zresztą Hughes – lecz pomimo tego, że po pamiętnym koncercie z QOTSA zostałem ich fanem, okoliczności sprawiły, że dopiero teraz dane mi było się z nimi spotkać. I to dosłownie, bo przed klubem jak gdyby nigdy nic przechadzał się sam „Boots Electric” rozmawiając i cierpliwie robiąc sobie zdjęcia z fanami. Piękny gest jedności, szczególnie po tragicznych francuskich wydarzeniach.
Co warte podkreślenia, katowicki koncert otwierał część europejskiej trasy, więc do końca nie było wiadomo czego się spodziewać. Pozwoliło to na dodatkową szczyptę ekscytacji. Jako support w małym, kilkusetosobowym Mega Clubie pojawił się austriacki duet White Miles. Grająca na gitarze i śpiewająca Medina oraz perkusista Lofi zaprezentowali garażową mieszankę stoner i blues rocka spod znaku chociażby The Kills. Momentami, szczególnie w riffach, wiało pustynnym piaskiem Palm Desert, skąd wywodzą się Kyuss czy Queens of the Stone Age. Zespół swoje niespełna pół godziny wykorzystał bardzo dobrze, co prawda wokal Mediny był słabo słyszalny, ale za to wyeksponowała ona swoje inne dwa atuty. White Miles zostali ciepło przyjęci i myślę, że jeszcze nieraz odwiedzą nasz kraj, bo jak wiadomo polska publiczność czuje takie granie.
Parę minut po zaplanowanej porze przy przygaszonych światłach na scenie wypełnionej pomarańczowymi wzmacniaczami Orange pojawił się Jesse ze swoją ekipą. Od ostatniego koncertu zaszły małe zmiany w składzie – poprzedniego perkusistę Juliana Dorio zastąpił Jorma Vik. Ale to tylko pewien szczegół, bo i tak wiadomo, że wszyscy zgromadzili się po to, by zobaczyć w akcji szalonego, nieustannie adorującego publiczność Hughesa. Zaczęli bez pardonu od chyba największego swojego przeboju, a w każdym razie piosenki, która otworzyła im drzwi do kariery, czyli „I Only Want You”. Pod sceną zapanowało szaleństwo, a frontman ubrany w czerwoną koszulę i szelki tylko zachęcał towarzystwo do działania. Często między utworami zabierał głos i dziękował za gorący aplauz, a parę razy snuł dłuższe historie – nie ma się co dziwić, że Jesse po godzinach jest także… katolickim księdzem – w końcu do gawędzenia (zapewne także przy piwie i swojej ulubionej roślinie, której poszukiwał poprzez media społecznościowe przed koncertem) jest pierwszy. Takie rzeczy, by wytuatuowany rockman wyśpiewujący zbereźne teksty po zejściu ze sceny spowiadał wiernych to tylko w Stanach, Panie…

Wracając jednak do muzyki, spragnieni fani dostali chyba wszystko, co chcieli, a nawet więcej. Sporo było materiału z najnowszej płyty (singlowe „Complexity” i „Silverlake”), a także utwory które po wydarzeniach w Bataclan pojawiały się w różnych akcjach i również stały się popularne („Save a Prayer” i „I Love You All the Time”). Znalazło się miejsce nawet dla „Skin-Tight Boogie”, które według słów Hughesa nie jest wykonywane zbyt często, choć piosenka nie zostanie chyba jednym z koncertowych faworytów. Fajnie zabrzmiał za to inny większy przebój, „I Wanna Be in L.A.”, zagrany na 2 basy. Przy jego okazji wokalista stwierdził, że w tej chwili wcale nie chce być w swoim ukochanym Los Angeles, tylko właśnie w Polsce. Niby stare, dobrze sprawdzone chwyty powtarzane na każdym koncercie, ale Jesse robi to z takim wdziękiem, że publika wiwatuje przy każdym takim stwierdzeniu.
Oczywiście sporą część koncertowego repertuaru stanowiły też utwory z pierwszej, według mnie wciąż najlepszej płyty, „Peace, Love, Death Metal”. Ponadczasowe uwielbienie do tego albumu można było odczuć, gdy Hughes wyszedł sam z gitarą i grał rzeczy wskazane przez publiczność. Padło więc na „Cherry Cola” (to akurat z drugiej płyty) oraz „Midnight Creeper” i „Miss Alissa” – utwór, który dostał drugie życie po pojawieniu się w reklamie. Dalej pojawiła się niespodzianka – cover „Moonage Daydream” Davida Bowiego w ostrej, hałaśliwej wersji. Następnie kolejny hit „I Want You So Hard (Boy’s Bad News)” z udziałem zgromadzonych, choć śpiewom przez całą długość występu i tak nie było końca. Na koniec tradycyjnie „Speaking in Tongues”, jednak w długiej wersji z gitarowymi pojedynkami Hughesa i Catchinga, które szczerze mówiąc nie do końca zrozumiałem. Najpierw został na scenie jeden, później drugi, następnie znów powrócił Jesse zapowiadając sekcję rytmiczną, która zagrała fragment „Master of Puppets”… Wydawało się to trochę bez sensu, jakby do końca nie wiedzieli co jeszcze wcisnąć do tego utworu i jak zakończyć koncert. W końcu na moment powrócili do piosenki i tak oto kolejny show Amerykanów w naszym kraju przeszedł do historii.

Po około 1,5 godzinie ostrej rockandrollowej imprezy chyba nikt nie wyszedł z Mega Clubu zawiedziony. Bardzo dobry dobór utworów, świetny kontakt z publicznością i pozytywna energia bijąca ze sceny. Jedynie nagłośnienie mogłoby być trochę lepsze, bo przy głośniejszych fragmentach, gdy na pełnych obrotach jechały wszystkie instrumenty wszystko zlewało się w hałas i nikł także wokal Jessego. Taki jest jednak urok małych klubów. Mimo wszystko Eagles of Death Metal znów pokazali klasę i myślę, że wszyscy, którzy byli obecni na koncercie potwierdzą, że chcieliby jeszcze raz zobaczyć grupę w akcji i to jak najszybciej.
![Eagles of Death Metal: Relacja z koncertu w Mega Clubie [9.08.2016]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2016/08/IMAG2109-1024x572.jpg)