Cradle of Filth: Relacja z koncertu w Megaclubie [12.11.2015]

0

Pielgrzymi dzielą się na dwie kategorie – tych, którzy podróżują na Jasną Górę i tych, którzy pielgrzymują na Cradle of Filth. Jasna Góra mnie nie interesuje, a zamiast ogryzać korę ze świętych drzew zawsze wolałam zagryzać wargi na dobrych koncertach. Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za zasłoną pyłu węglowego leży dość niepozorna i na pewno niezbyt baśniowa kraina – Śląsk. To właśnie tam kilka dni temu mieliśmy okazję wysłuchać najnowszego materiału Cradle of Filth w wersji live.

  • Cel – black metalowa Ziemia Święta, czyli koncert Cradle of Filth
  • Lokalizacja – Katowice. A może jednak Mordor?..
  • Ekwipunek – ciężkie obuwie (teoretycznie ma minimalizować obrażenia)
  • Speszyl skile – umiejętność skakania z kubeczkiem pełnym trunku (ponoć cenna i nieinwazyjna)

Muszę przyznać, że do płyty “Hammer of the Witches” podeszłam dosyć sceptycznie. Pamiętam doskonale swoje zaróżowione policzki i zniecierpliwienie podczas pierwszej lektury mocnych, elektryzujących “Midian”, czy “Nymphetamine”. Tajemnicą jednak nie jest, że nie każdy zespół jest w stanie utrzymać poziom na przestrzeni lat (a tych, przecież formacja ma wcale niemało). “Darkly, Darkly, Venus Aversa” przyniosło spore rozczarowanie, a wygrywane w ‘Forgive Me Father (I Have Sinned)’ gamy okazały się być dość dalekie od ciemnej i gęstej stylistyki z poprzednich albumów (o hipnotyzującym niegdyś, a teraz jakby statusiałym Danim nie wspominając).

Najpierw pojawia się ogromna wrzawa i piski a dopiero potem w zadymionego klubowego zaplecza wyłaniają się artyści. Spodziewam się raczej podstarzałych, brzuchatych panów w żałobnym przyodziewku – minęło przecież ćwierć wieku! Otóż nie, moi drodzy! Panowie jak zawsze pełni wigoru i demonicznej pasji. Kto lubi i bywa, ten wie, że scena black metalowa jest sceną teatralną, gdzie aranżacji podlega nie tylko linia melodyczna ale również cała oprawa kostiumowo-rekwizytowa. Zwierzęce czaszki, długie płaszcze, rogi,  sporo czarnej skóry i ćwieków – wszystko jak należy!

Nareszcie dostajemy dźwięk. Formacji można by pewnie zarzucić wiele, ale na pewno nie brak poszanowania dla tradycji. W tym duchu jako otwierająca całe show wybrzmiewa ciężka, pełna napięcia kompozycja ‘Heaven Torn Asunder’ (prawie tak stara jak sam zespół). Jest agresywnie, mocno i znacznie bardziej pulsująco niż w wersji analogowej. Pulsowanie i moc utrzymują się zresztą przez cały czas, wprawiając publiczność w demoniczny szał. Również sami muzycy nie pozostają bierni, wyznaczając rytm koncertu nie tylko dźwiękiem, lecz także ruchem. Pojawiają się oczywiście takie klasyki jak ‘Her Ghost in the Fog’, czy rozkołysane ‘Nymphetamine’ wprawiając wszystkie niewieście serduszka w szybsze bicie, przede wszystkim jednak to uczta dla tych, którzy zasłuchali się w “Hammer of the Witches”. Z radością muszę donieść, że prawdopodobnie otwierający koncert utwór ‘Heaven Torn Asunder’ został wybrany nieprzypadkowo i zdaje się, że Brytyjczycy powracają do cięższej i bardziej pierwotnej stylistyki plecionej z na poły gotyckimi, na poły symfonicznymi wstawkami. To właśnie ta część sprawia przecież, że  ich kompozycje wirują w powietrzu (ale tym gorętszym, bardziej gęstym, którym trudniej oddychać).

O tych utalentowanych Brytyjczykach mogłabym pisać długo i w tonie raczej psalmowym, niż sprawozdawczym, ale katowicki koncert Cradle of Filth okazał się dobrą okazją, by potraktować rzecz analitycznie (tak! bez skowronków, motylków itp. dziewczęcych wzruszeń). Jak podsumować wydarzenie muzyczne, na które czekało się od lat? Nie będę rozpisywała się o świetnym warsztacie, wiecznie młodym wokalu Dani’ego, czy energii, która nie opuszcza Cradle of Filth. To wszystko już wiecie, tak? Na koniec zatem jedno zastrzeżenie – za cicho! Wydaje się, że klubowe nagłośnienie nie było do końca przygotowane na przyjęcie agresywnych, black metalowych meandrów i zamiast misternej sieci dźwięku dostaliśmy coś, co było trochę za ciche i trochę za bardzo zmieszane, by móc wybrzmieć w pełnej krasie. Niemniej jednak ‘Right Wing Of The Garden Triptych’ w wersji live to dla mnie całkowite objawienie!

Udostępnij to

O autorze

Joanna Gulewicz

Pasjonatka wszystkiego, co kłopotliwe i niespotykane.