Po odsłuchaniu najnowszego albumu Wolf Spider sądziłem, że nie są już tacy sami, a ich duch pozostał w latach 80-90. Kumpel dał mi info o tym koncercie. Nie dość, że 30-lecie, to jeszcze tanie, no i w końcu chcąc nie chcąc, to Wilczy Pająk. Poza tym, byłem ciekawy jacy są live.

Zacznę od tego, że Hope nie znałem. Słyszałem tylko, że to jakiś nu metal na kiju jest. A znając moje gusta i nastawienie do nu, to się nie spodziewałem wielkiego szału. Zaczynali grać o 19, Spóźniłem się trochę, bo się zasiedziałem, ale zdążyłem posłuchać co Hope ma do zaoferowania.
Wszedłem na salę i po raz pierwszy zobaczyłem, że na koncercie metalowym są miejsca siedzące. To było w sumie centrum kultury, więc czego ja się spodziewałem. Ważne, że było miejsce na jakiś ewentualny mosh pit. Na scenie Hope już dawał show, więc usadowiłem się przy niej i wsłuchałem się. Mieli dwóch dj-ów, gitarzystę, perkusistę, basistę i jednego wokalistę, który mocno stylizował się na amerykańskiego rapera z bandanką z lat 90. Dziary to on miał zacne, muszę przyznać. Ich muzyka to był mix rapu z metalem. Bardzo mocno przypominało mi to Rage Against the Machine i Limp Bizkit, ale taki lepszy. Tak jak wspomniałem wcześniej – nie porwało mnie. Mimo to, zauważyłem wśród publiczności jakąś znajomą mi twarz. Spojrzałem na widniejący za sceną pokaz slajdu z reklamą wydarzenia i uświadomiłem sobie, że tam stoi Beata, perkusistka Wolf Spider. Wywarło na mnie to pozytywne wrażenie, bo miała czas, aby spędzić czas na ich koncercie i okazać im sympatię, a nie zgrywać trv metalowca, jak to niektóre zespoły robią.
Kiedy wszedł Wolf Spider, zaczęła się zabawa. Na projektorze odtworzono nagranie z koncertu na MetalManii w ’87 i to w tej samej lokalizacji co teraz, tylko przed przebudową. Poczułem, że mam do czynienia z czystą historią. Myślałem, że się rozkleję. Od razu zszedł się cały gang thrasherów i oldschoolowców, którzy zajęli miejsce, jak to na nich przystało, w samym środku okręgu przeznaczonego na mosh pit. W sumie to byłem jednym z nich. Pająki zaczęli koncert od polskiej wersji utworu Sense of Life z najnowszej płyty. Z reakcji publiczności wywnioskowałem, że nie jestem jedyną osobą, której nie porwała ich nowa płyta. Wokal Rockera na żywo nie był za to taki zły.
Zagrali po jeszcze jednym nowym utworze, ale chyba tylko po to, żeby nas uśpić. Wszedł gość specjalny. Były wokalista Wilczego Pająka – Jacek Piotrowski!
Wtedy zaczęła się czysta godność i rozum człowieka. Grali utwory ze swoich pierwszych płyt, mosh pit i włosy kuców poszły w ruch, czysta energia zaczęła buzować w tej sali, to było to. Jacek niby już miał swoje lata, mięsień piwny prawilnie wykształcony, ale umiał napierdalać jak za starych czasów, a w dodatku śpiewał w duecie z Rockerem. Widziałem, jak cały zespół był bliski wzruszenia. Nowoczesność i klasyka zderzała się w tej atmosferze i tworzyła jedną całość, prawie jak znak Ying i Yang. Widoczny był ogrmny kontrast pomiędzy tym, jak Wilczy Pająk brzmiał wtedy i jak teraz, ale jednak dowód na to, że pamiętają o swojej historii, że nic nie porzucili za sobą, że mimo innej nazwy, to jest nadal ten sam zespół. Klimat psuło jedynie dwóch podchlanych ludzi, w tym jeden, który szczególnie się wyróżniał i miał jakiegoś bzika na punkcie swojej miejscowości – „TYLKO PIŁAAAAAAAAAA!!!!!”, „TYLKO PIŁA SIĘ BAWIIII!!!!!!!!!!”, „PIŁAAA, JEST MOOOOC!!!!!”.

Zespół mieszał nowe utwory ze starymi, w międzyczasie zapraszając coraz to nowych gości specjalnych. Do 'zabawy’ przyłączył się m.in. Popcorn, były gitarzysta Wilczego Pająka, a obecnie Acid Drinkers, Tomasz Budzyński, wokalista Armii, Karol Mania od Pathfindera i Przemysław „Śledziuha” Śledź. Odwalali oni kawał dobrej roboty w przywróceniu klimatu z lat 80-90 i siania thrashowej pożogi. Dobroci było za mało, więc jej ilość trzeba było powiększyć.
Na scenę wszedł sam Grzegorz Kupczyk, wokalista Turbo.
Myślałem, że wystrzelę przez sufit, okrążę ziemię i z impetem znów wrócę pod scenę z ekscytacji. Tym bardziej jak zaczęli grać starsze numery Turbo. Chyba wtedy nabiłem najwięcej siniaków i najbardziej zdarłem gardło. To była magia. Potem było tylko jeszcze lepiej. Wszedł wokalista Thermit, Trzeszcz, jako gość niespodzianka, a zespół zaczął wykonywać Iron Maiden – The Trooper z tą jego charakterystyczną barwą głosu. Publiczności nie dano chwili wytchnienia. Czułem już ten brak tchu, myślałem, że ten koncert to mój ostatni.
… A potem wszedł Titus. To tyle w kwestii zmęczenia.
Ten człowiek manipulował całą publicznością jak marionetką wykonując Black Sabbath – Iron Man i Paranoid, a potem AC/DC – Back in Black. Mosh pit znów zaczął żyć pełnią życia, a w mięśniach mojego karku zacząłem już tracić czucie. Matko z córką, co za piękno.
Na koniec Wilczy Pająk zagrał w swoim starym składzie legendarny utwór „Zemsta Mściciela”. W dodatku nawet wyświetlili tekst na projektorze, co by się nikt nie zgubił i aby cała publiczność śpiewała z nimi. To był ostateczny cios. But na twarz, tak jakby Batman Cię pobił, a na koniec jeszcze przejechał Batmobilem, paląc na twoim ciele gumę.
Kiedy skończyli grać, zdarzyło się coś, czego jeszcze na żadnym koncercie nie doświadczyłem. Tort dla wszystkich.

Bardzo dobry był, śmietankowy.
Podsumowując, to było do tej pory najlepiej zainwestowane 25zł w moim życiu i jednocześnie najlepszy koncert w Poznaniu, jakiego doświadczyłem. Pozostaje mi czekać na następne i życzyć sto lat Wilczemu Pająkowi! \m/
![30-lecie zespołu Wolf Spider: Relacja z koncertu w Centrum Kultury Zamek [16.01.2016]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2016/01/wolfspider-1024x683.jpg)