Soulfly: Recenzja płyty “Archangel”

0

Max Cavalera to żywa legenda metalowej sceny muzycznej. W trakcie swojej wieloletniej działalności powoływał do życia liczne projekty, wyznaczał trendy muzyczne i inspirował niezliczone zastępy młodych adeptów ekstremalnego grania. Serca wielu fanów musiały krwawić, gdy w 1996 roku, niedługo po wydaniu “Roots”, jednego z najważniejszych albumów metalowych wszechczasów, Brazylijczyk zdecydował się opuścić rodzimą Sepulturę. Pocieszeniem dla sierot po starym składzie miało być Soulfly.

Soulfly -

Tymczasem mamy rok 2015, a brygada Maxa nadal jest aktywna, ma za sobą dziewięć albumów studyjnych i wypuszcza kolejny, zatytułowany “Archangel”. Od początku zespół podsycał ciekawość fanów, zapowiadając najcięższy album w karierze kapeli, jako inspiracje podając Belphegora czy naszych rodaków z Behemotha. Określił go też jako “mistyczny i biblijny”. Ciekawe, jak Nergal skomentowałby takie epitety w stosunku do albumu inspirowanego jego dokonaniami…

Ale przyznać trzeba, że Archanioł naprawdę ma moc. Od pierwszych sekund muzycy próbują nas przekonać, że słów na wiatr nie rzucają i naprawdę zgotowali dla nas na tym albumie rzeź. Rozpoczynający “We Sold Our Souls to Metal” to typowo koncertowy kawałek z agresywnymi zwrotkami, które przypadną do gustu fanom porządnego moshu pod sceną i chwytliwy, prosty refren do chóralnego darcia ryja. Wypuszczony został jeszcze przed premierą albumu i wywołał mieszane uczucia. Jedni chwalili kondycję wokalną lidera i nośność kompozycji, inni zarzucali tekstom banalność, zaś całej grupie kopiowanie samych siebie oraz brak jakichkolwiek innowacji. Prawda leży gdzieś po środku, bo utwór, istotnie, nic nowego nie wnosi, ale słuchanie go przynosi po prostu mnóstwo radości, szczególnie, gdy pod koniec gitary wchodzą w bardziej melodyjne, egzotyczne riffowanie, które ciekawie urozmaica kawałek.

Po wejściu z hukiem, Soulfly nieco zwalnia i serwuje nam utwór tytułowy- niepokojący, tajemniczy i różnorodny. Fanów na pewno ucieszy fakt, że wokale Maxa znowu rozrywają trzewia i bez problemu dźwigają ciężar narzucony przez instrumentalistów. Jako trzeci na płycie pojawia się ‘Sodomites’, mój osobisty faworyt. Szybkie, deathmetalowe riffy grane tremolo picking, gościnne wokale Todda Jonesa i brutalny, bujający refren. Dodatkowo, użycie chóralnych, niepokojących wstawek w refrenie było strzałem w dziesiątkę. W teksty wplecione zostały cytaty z biblii, które wzbogacają nieco ubogą warstwę liryczną płyty (choć, nie oszukujmy się, w tej kwestii Max zawsze stawiał na prostotę i bezpośredniość). Klimatyczne zakończenie w brazylijskiej stylistyce nie powinno zaskoczyć żadnego fana kapeli.

Świetnym posunięciem okazało się zaproszenie Matta Younga do użyczenia swojego głosu na “Live Life Hard!”. Brutalne, wysokie krzyki wprowadzają powiew świeżości na krążku, a w połączeniu ze sponiewierającym breakdownem naprawdę łoją skórę. Dalej album prezentuje nam następne dobre kompozycje, które podtrzymują mistyczną atmosferę. ‘Shamash’ serwuje trochę przyzwoitego gitarowego solowania, a w ‘Bethlehem’s Blood’ w deathmetalowe łojenie zgrabnie wplecione są akustyki. To kapitalne łączenie niepokojących melodii z ciężkim graniem i rykami Maxa sprawia, że płyta zapada w pamięć i chętnie się do niej wraca. “Archangel” kończy ‘Mother of Dragons’, do którego sproszona została cała familia Cavalerów. Sam utwór jest jednak nieco miałki i można by sobie wymarzyć lepsze zakończenie tej muzycznej podróży. Z utworów bonusowych osobiście umiłowałem sobie cover ‘You Suffer’ Napalm Death, ale również i instrumentalny ‘Soulfly X’ trzyma poziom.

Choć “Archanioł” to jedna z ciekawszych rzeczy, które Soulfly wypuściło spod swoich rąk od kilku lat, ma również swoje wady. Co bardziej złośliwi słuchacze określali brzmienie perkusji jako “maszynkę z Guitar Pro”, a i same linie Zyona do szczególnie rewelacyjnych nie należą. Momentami można też odnieść wrażenie, że niektóre riffy już gdzieś w muzycznej przeszłości tej kapeli słyszeliśmy. Takie drobnostki nie przeszkadzają w odbiorze płyty i razić w uszy nie będą, lecz brzmieniowi puryści i zwolennicy krystalicznie czystej produkcji mogą tu się nie odnaleźć.

Nowe wydawnictwo Soulfly pokazuje, że ekipa Maxa nadal potrafi kopać dupę, przy okazji racząc nas oryginalną melodyką i ciekawym klimatem. “Archangel” zapada w pamięć i bardzo przyjemnie się do niego wraca, nawet po kilku przesłuchaniach. Po rewelacyjnym “Killer Be Killed” z zeszłego roku (kto nie słuchał, niech zaległości nadrobi!) Max wpuszcza kolejne świetne wydawnictwo. Jeżeli taki wpływ mają na muzyków nasi rodzimi twórcy, niech czerpią z nich garściami. Przy takiej tendencji możemy mieć nadzieję, że jeszcze niejedno ich dzieło pozytywnie nas zaskoczy.

1. We Sold Our Souls to Metal
2. Archangel
3. Sodomites
4. Ishtar Rising
5. Live Life Hard!
6. Shamash
7. Bethlehem’s Blood
8. Titans
9. Deceiver
10. Mother of Dragons

Archanioł

Wyro(c)k

82%
82%
Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    8
  • Instrumentarium
    8
  • Wokal
    9
  • Brzmienie
    7
  • Repeat Mode
    9
  • Oceny czytelników (10 głosów)
    8
Udostępnij to

O autorze

Vincent13

Miłośnik gitary pod każdą postacią, otwarty na różne gatunki muzyczne- od bluesa i funku po progresywny metal. Rok bez Woodstocku uważa za rok stracony. Poza muzyką zakochany w kinie, powieściach Agathy Christie i dziełach Beksińskiego.