Recenzja płyty Sinful Carrion – “Just-World Hypothesis”

0

Coś zawsze chwyta nas za serca przy okazji premier z pogranicza polskiej muzyki undergroundowej. Już nawet nie sam fakt, że wypełnia ona jakąś niszę i możemy sobie połechtać nasze metalowe ego słuchaniem kolejnego albumu, który nie trafi do kultury masowej. Miło jest mieć tą małą, naszą, osobistą świadomość, że oto ludzie z granic naszego kraju, wychowujący się w tej samej kulturze lubią sobie porządnie przyłoić na bardzo wysokim poziomie. Tym razem uśmiechu i dreszczyku emocji dostarcza nam metalcore’owa kapela Sinful Carrion i jej najnowsze dzieło zatytułowane „Just-World Hypothesis”.

sinful_carrion

Wita nas bardzo klasyczny opener pokazujący, co zespół ma w zanadrzu, ‘Cathexis’. Ten niespełna 5-minutowy kawałek to przeprawa przez potężnie brzmiące intro, chwytliwe gitarowe motywy, niezwykle gęsty i pełen detali środek utworu, blasty, flażolety, mocny, przesterowany bas i wszechobecny growl… Ciężko jest nawet wyróżnić poszczególne fragmenty utworu, riffami z tego kawałka można by było bowiem obdarzyć kilka innych. Jedno jest jednak pewne i wiadome już po pierwszych pięciu minutach – umiejętności techniczne chłopaków z Sinful Carrion stoją na niezwykle wysokim poziomie.

Więcej punktów zaczepienia można znaleźć w kolejnych utworach – riffy z ‘Cargo’ bardzo przyjemnie pachną Behemothem (moje pierwsze skojarzenie), a ‘To Mr. Nobody’ może poszczycić się przebojowością polegającą na łączeniu szybkich, blastowanych fragmentów z fenomenalnym refrenem. To właśnie w tym drugim kawałku widzę murowany koncertowy hit – jest energia, brutalność, ale też kreatywność, a pazury zaczynają pokazywać gitarzyści racząc nas rewelacyjnie zagraną, czystą solówką.

Uwaga, docieramy do melodii i czystego śpiewu, a tym samym do mojego ulubionego utworu na całym albumie – ‘Divine Intervention’ (czyżby ukłon w stronę Slayera?). Bardzo chętnie zobaczyłbym ten kawałek w roli singla – ma w sobie wystarczająco dużo mocy żeby przyciągnąć starych ortodoksów, ale też na tyle melodii i lekkości, by skutecznie zainteresować tych, którzy zaczynają zapuszczać włosy, a zakup pierwszej skóry mają dopiero w planach. Bardzo do gustu przypadł mi również pewien smaczek zostawiony na sam koniec utworu – nisko nastrojony, przestrowany bas, który kilkukrotnie gra ciężki motyw. Takich elementów na tym albumie dość sporo – każdy z muzyków naturalnie trzyma się umówionego z kolegami nurtu, ale kombinuje po swojemu szlifując swoje partie do perfekcji.

Dalsza część albumu utrzymana jest w podobnym tonie. Jest to zarówno jego zaleta, jak i jedna z pierwszych wad. Oczywiście oznacza to, że możemy przesłuchać cały krążek z nieskrywaną przyjemnością – jest to kawał naprawdę dobrej muzyki. Poszczególne utwory, poza wspomnianym ‘Divine Intervention’ nie różnią się między sobą w znacznym stopniu i przez to mogą się zlewać w jedną całość. Jest tu pełno świetnych pomysłów i riffów, przydałoby się jednak więcej prostych i zapadających w pamięć fragmentów, chociażby takich, jak połamany riff w ‘Just-World Hypothesis’, motyw otwierający ‘Lasarus’, czy powolny breakdown z ‘Collision Course’.

Przyczepić się można również trochę do produkcji, brzmiących dość jednowymiarowo bębnów czy za głośnych gitar, jednak nie widzę większej ku temu potrzeby. Jest to pierwszy pełny album grupy Sinful Carrion, przesłuchałem go wiele razy i za każdym razem bawiłem się z nim dobrze. Czekam z niecierpliwością na ich kolejny krążek – jeśli będzie na nim więcej zapadających w pamięć fragmentów to z pewnością go posłucham. Jeśli nie… to też z chęcią go włączę, bo taka właśnie jest muzyka Sinful Carrion – po prostu bardzo dobra.

Tracklista:
01. Cathexis
02. Collision Course
03. To Mr. Nobody
04. Divine Intervention
05. Just-World Hypothesis
06. Lasarus
07. Human Backup
08. Collision Course

Ocena: 7,5/10

Bartosz Pietrzak

Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.