Merge Conflict: Recenzja EPki “MMXV”

0

Warszawiacy z Merge Conflict lubią intrygować. Na swoim profilu na Facebooku określają gatunek granej przez siebie muzyki jako „diabli wiedzą”, zaś wśród ich inspiracji znajdziemy zarówno Opeth czy Gojirę jak i Muddy’ego Watersa.

Merge Conflict

Po takim opisie spodziewać się możemy chaotycznego kolażu muzycznych gatunków, jednak wydana w tym roku EPka „MMXV” obala tę teorię. Muzycy grają pełnokrwistego harda rocka z wpływami sludge’u. I choć kompozycje kwintetu wyraźnie podszyte są brzmieniami takich klasyków jak Black Sabbath czy Budgie, wybija się w nich własny styl kapeli. W ukształtowaniu go pomaga naprawdę rewelacyjna produkcja. Zadziornym riffom dodaje jeszcze większego pazura, a tłusty ton basu przywodzi na myśl legendarne linie Geezera Butlera.

Przez bardzo konkretne sprecyzowanie swojej artystycznej drogi, wszystkie utwory są utrzymane w takiej samej stylistyce. Żaden z nich się nie wyróżnia, zarówno pozytywnie jak i negatywnie. Krążek jednak świetnie się sprawdza jako całość, zaś od zabójczych dla słuchacza szponów nudy ratuje go moc, z którą uderza w nas od początkowego sprzężenia, aż do ostatnich sekund.

Przy tak bardzo zagranicznym charakterze aż dziw bierze, że zespół postanowił wszystkie teksty napisać w języku polskim. Liryki wpisują się co prawda w klimat tracków, aczkolwiek trzeba się do mowy ojczystej przyzwyczaić. Znacznie trudniej natomiast oswoić się z głosem Azymuta Łazęgi, który nam je przedstawia. Jego czysty śpiew nie współgra z warstwą instrumentalną i często nie jest w stanie udźwignąć ładunku energii, który ona ze sobą niesie. Nie jest złym wokalistą, wręcz przeciwnie, ale to po prostu nie jego stylistyka. W momencie, kiedy piszę tę recenzję, Warszawiacy są w trakcie poszukiwania nowego frontmana. Oby ta zmiana wyszła im na dobre.

Zupełnie odwrotnie ma się sprawa z resztą zespołu. Gitarzyści Marcin Müller i Bartek Feruś czarują słuchacza świetnym, bluesowym frazowaniem i raczą porcją hardrockowego mięcha w riffach. Pozytywnie zaskakuje zasiadająca za perkusją Jagoda Podskarbi, jedyna przedstawicielka płci pięknej w grupie, która nadaje swoją grą odpowiedni groove kompozycjom, jednocześnie nie korzystając z najbanalniejszych rozwiązań. Wspomaga ją w sekcji rytmicznej Marcin Samociuk na basie, który także nie idzie po najmniejszej linii oporu i nie kopiuje po prostu melodii gitar, ale dodaje od siebie kilka naprawdę ciekawych zagrywek.

Mimo kilku nieprzyjemnych mankamentów, „MMXV” to płyta warta przesłuchania. Znajdą na niej coś dla siebie zarówno fani oldschoolowego hard rocka i wczesnego heavy metalu, jak i wielbiciele tradycyjnego doomu czy nawet bluesa. Dalszy rozwój Merge Conflict zależy od tego, kto zastąpi na wokalu Azymuta Łazęgę. Póki co, grupa zapowiada się bardzo ciekawie.

1.Jesień
2. Obudź się
3.Mary
4.Bez Końca
5. Feniks

Merge-Conflict-MMXV

Wyro(c)k

78%
78%
2 Minutes to Midnight

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    7
  • Instrumentarium
    9
  • Wokal
    6
  • Brzmienie
    10
  • Repeat Mode
    7
  • Oceny czytelników (7 głosów)
    7.1
Udostępnij to

O autorze

Vincent13

Miłośnik gitary pod każdą postacią, otwarty na różne gatunki muzyczne- od bluesa i funku po progresywny metal. Rok bez Woodstocku uważa za rok stracony. Poza muzyką zakochany w kinie, powieściach Agathy Christie i dziełach Beksińskiego.