Inverted Mind: Recenzja płyty “Broken Mirror”

0

Nadrabiając ostatnio muzyczne zaległości z ostatnich lat przyłapałem się na tym, że ostatnia płyta Crowbar, jaka utkwiła mi w pamięci, to doskonała „Sonic Excess in Its Purest Form”. Nieprawdopodobny ciężar, ciekawe melodie, riffy pasujące do siebie jak ulał, poczucie świeżości przy każdym kolejnym odsłuchu – w mojej głowie Crowbar z początku XXI wieku figuruje jako klasyk. Co natomiast kompania Kirka Windsteina ma nam do zaoferowania po swoim przełomowym albumie? Cóż, według mnie jedynie nudnawy, powtarzalny sludge, który przejdzie co prawda na tematycznych festiwalach wśród masy innych zespołów, ale to na pewno nie to, czego oczekiwałbym od jednego z najważniejszych zespołów w gatunku.

I jak tu zapełnić pustkę powstałą wskutek potwornego zawodu, jaki sprawiły mi nowe dźwięki spod szyldu Crowbar? Lekarstwem z pewnością był świetny, szósty już krążek Amenra, ale, jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nagle w moje ręce trafił nowy krążek obiecującego sludge’owego Inverted Mind – krakowskiego trio specjalizującego się w możliwie najbardziej depresyjnej odmianie gatunku pochodzącego z Nowego Orleanu (recenzja “Nothing But Sufering”, pierwszego krążka zespołu). Pierwszą okazję do przesłuchania materiału zawartego na „Black Mirror” miałem przemierzając autem zakorkowaną Łódź w środku porządnej ulewy. Gdy dojechałem wreszcie do domu okazało się, że do końca albumu zostały jeszcze trzy utwory. No i cóż, panowie z Inverted Mind – brawa! Zostałem w samochodzie, by wysłuchać was do końca. Kto wie, może zostałbym dłużej gdyby nie to, że trzeba było wrzucić zakupy do lodówki.

Nie był to więc czas stracony. Przy okazji odsłuchu „Broken Mirror” można odnieść wrażenie, że zespół podzielił album na trzy części – początkowe ‘Cold Breath’ i ‘Broken Mirror’ to klasyczne, sludge’owe walce, oparte przede wszystkim na jednym motywie przewodnim towarzyszącym słuchaczowi przez około 6 minut trwania utworu. To właśnie te powolne, powtarzające się fragmenty pozwalają skupić się na brzmieniu, które znacznie ewoluowało od czasów „Nothing But Suffering”. Inverted Mind w swojej nowej odsłonie brzmi pełniej, bardziej selektywnie, plastycznie. Będąca wciąż na pierwszym planie gitara została nieco wycofana by lepiej dogadywać się z charczącym basem, a smaczki, jakimi raczy nas perkusista (świetna gra na bębnach!) odkrywane są stopniowo z każdym kolejnym odsłuchem.

Na część drugą składają się kolejne trzy kawałki – „Self-Portrait”, „Subconcious” i „Perception Chains”. Do gęstego, powolnego grania inspirowanego Crowbarem zostaje tutaj wstrzyknięta porządna dawka Eyehategod, co oznacza zmiany tempa i bardziej złożone kompozycje. Kiedy w okolicach pierwszej minuty „Self-Portrait” wchodzi szybszy riff ciężko ukryć zaskoczenie, a otrząśnięcie się z ciężkich, zamulonych pasaży z poprzednich kawałków zajmuje dłuższą chwilę.

Po kilku tak gwałtownych zmianach zaczynamy się jednak przyzwyczajać do faktu, że nowa płyta Inverted Mind po prostu taka jest – w większości powolna, niespieszna, przygniatająca ciężarem, ale też zaskakująca dobrze zbalansowanymi kontrastami. Przykładowo, „Subconcious” cechuje przyjemnie nieznośne intro, które po ponad minucie przeradza się w pędzącą galopadę szybszych riffów, by później zakrzywić doznania z odsłuchu utworu powolnym, zamulonym riffem. A na końcu, oczywiście, przywalić znów motywem z niepokojącego intro.

Trzecią i ostatnią częścią albumu jest w pewnym sensie rozwinięcie tego, co cechowało dwa pierwsze kawałki na „Broken Mirror”. Tutaj do głosu zaczynają dochodzić, wymienione zresztą przez zespół jako inspiracja, wpływy Amenra. Znów zwalniamy tempo, ale jest bardziej przestrzennie, usłyszymy nawet czysty wokal („Deep Hole”), czy riffy kojarzące się z bardziej post-metalowym obliczem gatunku („Fear”). Kończący album „Let Your Freedom Be Your Grave” natomiast to niespełna dwunastominutowy walec, którego nie wypada spoilować, posłuchajcie sami. Ma w sobie natomiast to, czego często brakuje mi często na wielu albumach – ostatni utwór na „Broken Mirror” rzeczywiście brzmi tak, jakby zamykał całe nagranie. Panowie podkręcili tutaj wszystko, co mogli – jest najciężej, najdłużej, najbardziej niepokojąco.

Podsumowując, „Broken Mirror” to ogromny postęp względem „Nothing But Suffering”. Krakowskie trio zaproponowało album lepszy pod każdym względem – bardziej spójny, lepiej nagrany, z lepszymi kompozycjami i stanowiący realną alternatywę dla wielu lepiej znanych wykonawców w tym gatunku. Słuchać!

1. Cold Breath 05:45
2. Broken Mirror 06:23
3. Self-portrait 04:50
4. Subconscious 05:42
5. Perception Chains 04:42
6. Fear 06:16
7. Deep Hole 04:10
8. Lost in My Own Fears 03:37
9. Let Your Freedom Be Your Grave 11:51

Wyro(c)k

80%
80%
2 Minutes to Midnight

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    8
  • INSTRUMENTARIUM
    8
  • WOKAL
    8
  • BRZMIENIE
    8
  • REPEAT MODE
    8
  • Oceny czytelników (1 głosów)
    8.2
Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.