Bloodthirst: recenzja płyty “Glorious Sinners”

0

Z piekielnych czeluści w mrocznych zakamarkach Poznania po raz kolejny, z płytką zatytułowaną “Glorious Sinners” wynurzyła się horda Bloodthirst – i po raz kolejny rozniecają taki ogień, że temperatury w kotłach Kosmatego przy tej nagrywce jawią się jako orzeźwiający chłodek. Na niniejszym minialbumie bezlitośnie atakują Kościół Katolicki w samo jego serce – Watykan. Potępiają zakłamanie, obłudę, politykierstwo, wywyższanie jednostki ludzkiej nad, z definicji mającego być przecież na piedestale, Boga. Kolejne utwory to seria brutalnych, agresywnych uderzeń, siarczystych policzków wymierzanych instytucji mającej, w założeniach, reprezentować Boga na ziemi. Nie ma miejsca na żadne zwolnienie, chwilę refleksji – metal to wojna, oponent zaś jest potężny.

Spragnieni Krwi pozostają wierni swojemu stylowi prezentując surowe, szybkie granie o wielkiej sile rażenia. Osoby znające ich dotychczasową twórczość poczują się ja w domu, kiedy muzycy zaczną swoją antykrucjatę wbiciem kija w „gniazdo żmij” z pierwszego numeru na płycie. Najbardziej przykuwa uwagę majestatyczne, melodyjne wprowadzenie do ‘The Masterpiece of Lie’, jako jedyne może nieco zaskoczyć, ale pojawia się w idealnym momencie, aby dać słuchaczowi moment na przetrawienie dotychczasowych ciosów i wzięcie impetu przed następnymi mocarnymi kawałkami. Kolejne plugawe riffy wypluwane przez Rambo i Gregora drenują głowę głęboko, znajdują swoje miejsce w mózgu i siedzą tam jeszcze długo po spustoszeniu Rzymu dokonanego przez poznańską załogę w zamykającym tę rzeź ‘Sacco di Roma’.

Również sekcja rytmiczna nie bierze jeńców – Mintaj z Ryboshem tworzą podkład nie do zapomnienia, potężnymi uderzeniami burząc mury Stolicy Apostolskiej, rzucając na kolana szwajcarskich strażników i obalając ołtarze w bazylikach. Temperatura pomieszczenia momentalnie rośnie, gdy zaczyna się ten młynek. Bardzo mocny punkt tego krążka.

glorious-sinners-cover-RGB

Produkcja albumu jest nawet więcej, niż dobra – w tym surowym, chłoszczącym, głęboko tnącym brzmieniu można się zakochać. Smaku samego mięska nie zakłócono żadnymi na siłę dodanymi poprawkami – nie ma udziwnień, urozmaiceń, przerywników, każdy instrument dostał swoje pole do popisu i może rozbrzmiewać dokładnie tak, jak to sobie artyści zaplanowali.

Potężny kawał czarnego thrashu – tak najprościej podsumować można świeżutki minialbum Bloodthirst. Kolejne kawałki od poznańskiej hordy odtwarzać można bez końca – nie odkryli wprawdzie prochu, ale stworzyli coś, co w swojej kategorii wylądować może na najwyższej półce. Klasa, klasa i jakiś mroczny, wynaturzony majestat. Ave!

WYRO(C)K

86%
86%
Ace of Spades
  • Pierwsze wrażenie
    9
  • Wokal
    8
  • Instrumentarium
    9
  • Brzmienie
    9
  • Repeat Mode
    8
  • Oceny czytelników (2 głosów)
    9.6
Udostępnij to

O autorze

Lockheed

Schodzę pod ziemię i wydobywam dźwięki - im cięższe, tym lepiej. Bluźnierstwo, alkohol, nienawiść, śmierć - cała ta piwnica obficie podlana popkulturowym sosem. Limitowany do 66 kopii, ale zazwyczaj niepowtarzalny.