Z piekielnych czeluści w mrocznych zakamarkach Poznania po raz kolejny, z płytką zatytułowaną „Glorious Sinners” wynurzyła się horda Bloodthirst – i po raz kolejny rozniecają taki ogień, że temperatury w kotłach Kosmatego przy tej nagrywce jawią się jako orzeźwiający chłodek. Na niniejszym minialbumie bezlitośnie atakują Kościół Katolicki w samo jego serce – Watykan. Potępiają zakłamanie, obłudę, politykierstwo, wywyższanie jednostki ludzkiej nad, z definicji mającego być przecież na piedestale, Boga. Kolejne utwory to seria brutalnych, agresywnych uderzeń, siarczystych policzków wymierzanych instytucji mającej, w założeniach, reprezentować Boga na ziemi. Nie ma miejsca na żadne zwolnienie, chwilę refleksji – metal to wojna, oponent zaś jest potężny.
Spragnieni Krwi pozostają wierni swojemu stylowi prezentując surowe, szybkie granie o wielkiej sile rażenia. Osoby znające ich dotychczasową twórczość poczują się ja w domu, kiedy muzycy zaczną swoją antykrucjatę wbiciem kija w „gniazdo żmij” z pierwszego numeru na płycie. Najbardziej przykuwa uwagę majestatyczne, melodyjne wprowadzenie do 'The Masterpiece of Lie’, jako jedyne może nieco zaskoczyć, ale pojawia się w idealnym momencie, aby dać słuchaczowi moment na przetrawienie dotychczasowych ciosów i wzięcie impetu przed następnymi mocarnymi kawałkami. Kolejne plugawe riffy wypluwane przez Rambo i Gregora drenują głowę głęboko, znajdują swoje miejsce w mózgu i siedzą tam jeszcze długo po spustoszeniu Rzymu dokonanego przez poznańską załogę w zamykającym tę rzeź 'Sacco di Roma’.
Również sekcja rytmiczna nie bierze jeńców – Mintaj z Ryboshem tworzą podkład nie do zapomnienia, potężnymi uderzeniami burząc mury Stolicy Apostolskiej, rzucając na kolana szwajcarskich strażników i obalając ołtarze w bazylikach. Temperatura pomieszczenia momentalnie rośnie, gdy zaczyna się ten młynek. Bardzo mocny punkt tego krążka.

Produkcja albumu jest nawet więcej, niż dobra – w tym surowym, chłoszczącym, głęboko tnącym brzmieniu można się zakochać. Smaku samego mięska nie zakłócono żadnymi na siłę dodanymi poprawkami – nie ma udziwnień, urozmaiceń, przerywników, każdy instrument dostał swoje pole do popisu i może rozbrzmiewać dokładnie tak, jak to sobie artyści zaplanowali.
Potężny kawał czarnego thrashu – tak najprościej podsumować można świeżutki minialbum Bloodthirst. Kolejne kawałki od poznańskiej hordy odtwarzać można bez końca – nie odkryli wprawdzie prochu, ale stworzyli coś, co w swojej kategorii wylądować może na najwyższej półce. Klasa, klasa i jakiś mroczny, wynaturzony majestat. Ave!
WYRO(C)K
- Pierwsze wrażenie9
- Wokal8
- Instrumentarium9
- Brzmienie9
- Repeat Mode8
