Black Sabbath: Koniec początku czy początek końca?

0

Parę dni temu na świat muzyki spadła niespodziewana informacja, że Black Sabbath kończy działalność – Sharon Osbourne, menedżerka zespołu i żona Ozzy’ego w zapowiedzi japońskiej edycji festiwalu Ozzfest (21 i 22 listopada), jednoznacznie oznajmiła, iż będzie to „pożegnanie” zespołu. Słowa te można rozumieć na wiele sposobów – w końcu do 22 listopada (to wtedy zespół ma być headlinerem) jeszcze ponad pół roku. Czy do tego czasu powstanie nowy materiał? Starsi już dziś panowie, którzy w naszym kraju mogliby cieszyć się dopiero świeżą emeryturą, zdążą jeszcze nagrać swój ostatni album, tak jak obiecywali? W końcu w niedawnym wywiadzie dla Metal Hammera Ozzy wspomniał, że zespół planuje jeszcze jedną, pożegnalną płytę i ostatnią trasę. Czy będzie to więc jedynie ostatni koncert w Japonii, a zapowiadana ostatnia trasa jeszcze się odbędzie? W końcu, czy Sharon, znana z zamiłowania do przepychu, pozwoliłaby ojcom metalu zakończyć karierę „gdzieś” w Japonii?

Nie znamy także aktualnego stanu zdrowia Tony’ego Iommiego, jednak ostatnio żadne niepokojące wieści do mediów nie docierały. W ostatnich dniach pojawiła się natomiast informacja, że Ozzy musi poddać się tajemniczej operacji, dlatego jego Ozzfiesta, czyli popularny ostatnio wśród rockowych wykonawców rejs statkiem dla fanów ciężkiego grania, musi zostać odwołana. Wiosenne koncerty Ozza w Ameryce Południowej (m.in. w ramach Monsters of Rock) mają odbyć się jednak zgodnie z planem. W związku z tym wypowiedź Sharon wydaje się jeszcze bardziej zaskakująca i tajemnicza. Poza tym jak będzie wyglądał świat, gdy Black Sabbath rozstanie się z nim na dobre? Takich przypadków w ich długiej historii było już wiele.

Po wielkim i natychmiastowym sukcesie, jaki osiągnęło czterech prostych chłopców z robotniczego Birmingham swą debiutancką płytą, ich życie wskoczyło na całkiem inny poziom. A gdy nagle ze zwykłego dwudziestoparolatka zmieniasz się w milionera i masz świat u swoich stóp, nie może to nie pozostawić na tobie żadnego śladu. Między innymi tym Ozzy tłumaczył swoje uzależnienia od wszelkich substancji oraz wieloletnią walkę z wyjściem z nałogu. Pierwsze niepokojące oznaki życia na wysokich obrotach dały znać o sobie już w pierwszej połowie lat 70-tych, szczególnie po wydaniu hitowego albumu „Paranoid”. Wokalista w swojej książce „Ja, Ozzy” wspomina jedną z sytuacji, gdy w pewnym momencie pod posiadłością, gdzie akurat zespół nagrywał płytę pojawiło się stado radiowozów. Ozzy z technicznym rzucili się do wysypywania całego koksu do toalety i umywalki, ale gdy te się zapchały podjęli heroiczną decyzję o wciągnięciu pozostałej reszty. Słysząc coraz głośniejsze dobijanie się do drzwi policjantów Osbourne mając już przed oczami wizję spędzenia paru następnych lat w więzieniu usłyszał rozmowę pokojówki ze stróżami prawa. Okazało się, że nikt nie podkablował zespołu, a jedynie perkusista Bill Ward pomylił pokrętło od klimatyzacji z alarmem. Bill zresztą jako pierwszy był na granicy wytrzymałości podczas nagrywania płyt „Vol. 4” i „Sabotage”, gdy jak sam przyznał, rozważał odejście z zespołu.

Prawdziwe kłopoty i konflikty zaczęły się jednak podczas nagrywania „Technical Ecstasy”, gdzie w szczególności Ozzy nie podzielał fascynacji Iommiego bardziej rozbudowanymi formami uważając, że najlepiej wychodzi im granie tego, do czego przyzwyczaili swoją publiczność. Podczas prac nad kolejnym albumem w 1977 roku Ozzy opuścił kolegów. Jego miejsce zajął znajomy Iommiego, Dave Walker, który nawet zdążył wystąpić z Black Sabbath we wczesnej wersji „Junior’s Eyes” dla programu BBC. Na początku 1978 roku Ozzy zmienił jednak zdanie i powrócił do zespołu, przerywając prace nad powstającą płytą. Kolejne parę miesięcy zajęło dostosowywanie się wokalisty do nowego materiału oraz pisanie nowych utworów. Płyta „Never Say Die!” okazała się ostatnią dla pierwszego, klasycznego wcielenia Black Sabbath – po zakończeniu trasy promującej album zespół zebrał się ponownie w Bel Air na próbach, lecz tym razem nie mogli już dojść do porozumienia. Rozstanie odbyło się w nieprzyjemnej atmosferze i wzajemnych oskarżeniach – Ozzy uważał, że został wyrzucony, natomiast Tony twierdził, że sam zrezygnował nie wykazując żadnego zainteresowania dalszymi losami grupy. Definitywne rozstanie przypieczętowało zaangażowanie na pełen etat Ronniego Jamesa Dio, z którym powstały kolejne klasyczne albumy – „Heaven & Hell” i „Mob Rules”.

Przez następne lata stosunki pomiędzy Ozzym, a resztą zespołu pozostawały napięte. Black Sabbath po odejściu Dio pogrążyli się w marazmie, tymczasem ich były kolega z zespołu doskonale odnalazł się w latach 80-tych wydając multiplatynowe albumy. Pierwsze przełamanie nastąpiło w 1985 roku, gdzie na charytatywnym koncercie Live Aid czterech oryginalnych członków stanęło ponownie na jednej scenie, by wykonać klasyki „Children of the Grave”, „Iron Man” i „Paranoid”, jednak był to ich jedyny zryw aż do 1992 rok.

Podczas trasy Sabbathów promującej album „Dehumanizer” (ponownie z Dio na wokalu), Ozzy ogłosił koniec kariery i zaproponował swojej starej grupie występ w roli supportu na dwóch ostatnich koncertach w Kalifornii. Dio był absolutnie przeciwny, co tak wspominał w wywiadzie po paru latach: „W środku trasy powiedziano mi, że będziemy otwierać koncerty Ozzy’ego w Los Angeles. Odpowiedziałem ‘Nie, dzięki, mam w sobie więcej honoru.’ Zespół godząc się jednak na występ z Ozzym, co dla mnie oznaczało reaktywację. A co za tym idzie porzucenie obecnego projektu.”

Dio opuścił Sabbath przed zapowiadanym koncertem, dlatego w ostatniej chwili znaleziono zastępstwo w postaci innej legendy – Roba Halforda. Zgodnie z przewidywaniami Ronniego, zespół dołączył do swojego pierwotnego wokalisty na scenie wykonując „Black Sabbath”, „Fairies Wear Boots”, „Iron Man” oraz „Paranoid”. Ozzy na emeryturze nie wytrzymał jednak długo.

W 1997 roku, prawie 20 lat po rozstaniu, miała miejsce reaktywacja grupy. Tym razem zapowiadana jako wielki powrót, miała być uczczona nową płytą, jednak z tych ambitnych planów pozostały jedynie dwa utwory – „Psycho Man” i „Selling My Soul”, dołączone do koncertówki „Reunion” dokumentującej trasę, podczas której zespół zawitał także do Polski.

W 2001 roku nastąpiły kolejne przymiarki do nagrania płyty z Rickiem Rubinem w roli producenta, jednak Ozzy nie będąc zadowolony z efektów, skupił się na swym solowym dziele „Down to Earth”. Jak wspominał Iommi: „To wielka szkoda, że się nie udało. Nie poszliśmy dalej, a piosenki, które stworzyliśmy były naprawdę dobre. W dawnych czasach nie było telefonów dzwoniących co 5 sekund i mogliśmy się skupić na tworzeniu muzyki. Tym razem każdy miał do roboty zbyt wiele rzeczy jednocześnie”

Grupa powróciła do koncertowania jeszcze w 2004 i 2005 roku w ramach Ozzfestu, jednak tym razem była to bardziej sentymentalna podróż, a w kolejnych latach Black Sabbath pod szyldem Heaven & Hell pracowało ponownie z Ronniem Dio.

Ostatnia próba podjęcia reaktywacji i nagrania nowej, obiecanej płyty miała miejsce w 2010 roku, po śmierci Dio. 11 listopada 2011 roku zespół pojawił się na konferencji prasowej ogłaszając swój wielki powrót oraz prace nad nowym albumem. Jednak tym razem sprawy, które wydawały się wreszcie iść gładko pokrzyżowała choroba Iommiego – został u niego zdiagnozowany nowotwór układu limfatycznego. Kolejnym ciosem była rezygnacja z projektu oryginalnego perkusisty zespołu – Billa Warda. Okoliczności jego odejścia pozostały niejasne. Jak mówił Ozzy, Bill nie był w formie, by przetrwać trudy trasy koncertowej: „Myślę, że poszło o pieniądze, ale była też inna strona. Gdy Bill przyszedł, zapytaliśmy, czy poradzi sobie z koncertami, które trwają po półtorej, a nawet dwie godziny. Zasugerowałem, żeby zasiadł przy perkusji i żebyśmy zobaczyli, jak sobie poradzi. Wydawało nam się, że jest bez formy, a przecież perkusista musi się najbardziej napracować z całego zespołu.” Dodał jeszcze żartobliwie: „Pamiętasz żółte samoprzylepne karteczki? Miał nimi obklejoną cała perkusję. Mówił, że nie pamięta, co ma robić. Odparłem więc jak zapamięta, która z tych 500 000 karteczek jest w danym momencie potrzebna?”
Za perkusją zasiadł więc Tommy Clufetos z zespołu Ozzy’ego, jednak na płycie zastąpił go Brad Wilk z Rage Against the Machine, co było sugestią producenta Ricka Rubina. Zespół pojechał w długą i wyczerpującą trasę objeżdżając wszystkie kontynenty, zaliczając również koncert w Polsce.
Płyta „13” okazała się sukcesem zarówno komercyjnym jak i artystycznym, trafiając na pierwsze miejsca zarówno w Stanach jak i Anglii oraz zgarniając wiele nagród, w tym Grammy. Dlatego pomimo planowanego zakończenia kariery (album kończy się charakterystycznymi odgłosami burzy, które rozpoczynały także debiut) zespół w euforii postanowił pójść za ciosem wypowiadając się w tonie, że kolejny album i pożegnalna trasa wydają się jedynie kwestią czasu.

Tymczasem wygląda na to, że ambitne plany przerosły muzyków, którzy przecież dobiegają 70-tki i ich kondycja i zdrowie nie są już na takim poziomie jak kiedyś. Planowane piękne zakończenie kariery tej wyjątkowej grupy, dzięki której znamy ciężką muzykę w obecnym kształcie, w momencie zapowiedzi Sharon wydaje się rozmywać. Z drugiej strony, komunikat wydaje się jednak za bardzo lakoniczny, jak na tak poważną i ostateczną decyzję, że ciężko przyjąć go ze śmiertelną powagą. Czy jest to więc koniec początku, czy początek końca? Zmierzch bogów wydaje się nieuchronnie przybliżać, odchodzą kolejni wielcy, którzy byli obecni przy narodzinach rocka, jak Jon Lord, Joe Cocker, Jack Bruce, Lou Reed czy Ray Manzarek. Ze słabościami własnego organizmu walczą m.in. Iommi, Malcolm Young oraz Lemmy z Motorhead. Jak udowadnia historia, niektórzy ludzie rzeczywiście potrafią być ze stali. Czy zatem będziemy jeszcze parę kolejnych lat cieszyć się z tras koncertowych i nowych wydawnictw legendarnych artystów, mających na zawsze swoje miejsce w historii rocka i muzyki rozrywkowej? Bądźmy dobrej myśli.

Udostępnij to

O autorze

Michał Dudek

Gdy w wieku 11 lat poznał "Nevermind" Nirvany, nic nigdy nie było już takie samo. Od tamtej pory pozostaje niezmiennie wierny swojej jedynej prawdziwej miłości - muzyce rockowej. Od 16 lat jeździ na koncerty, kolekcjonuje płyty, potrafi wymienić chronologicznie wszystkich członków The Fall. Zapatrzony w największych, ich wzorem pragnie rozsiewać... dobrą rockową nowinę!