Zespołów grających thrash metal w Polsce jest od groma. Większość z nas ma przynajmniej jedną miejscową kapelę, którą znają i wspierają wszyscy lokalni metalowcy i prawdopodobieństwo, że gra ona właśnie thrash, jest aż zbyt duże. Wśród tak dużej ilości zespołów ciężko się się wyróżnić, tym bardziej, że w tym gatunku muzycznym coś innowacyjnego czy oryginalnego zdarza się naprawdę rzadko. Do tego muzycznego oceanu swoje pięć groszy postanowiło dorzucić Danger ze swoim albumem „Camp of Death”.
W książeczce dołączonej do albumu jeden z członków dziękuje zespołowi Metallica za inspiracje. Po przesłuchaniu albumu można stwierdzić, że jest za co. Riffy, solówki gitarowe, linie perkusji czy niektóre charakterystyczne rozwiązania kompozycyjne zdradzają miłość muzyków do pierwszych albumów metalowej legendy. O ile instrumentarium może przywodzić na myśl Jamesa i spółkę, o tyle wokal zbliżony jest bardziej do agresywnego skandowania spod znaku Lemmy’ego czy Toma Aray’a niż do charakterystycznego, hetfieldowego zaśpiewu.
Na swoim albumie panowie z Danger serwują nam jedenaście tracków. Po krótkim intrze wchodzi utwór tytułowy. Bas gra głośno, gitara rzeźbi solowe popisy, perkusja co jakiś czas wpada w thrashową galopadę. Jest bardzo przyzwoicie. 'Myth’ i 'The Hunter’ również trzymają poziom. Przeszkadzać może nieco monotonny śpiew wokalisty, ale strona instrumentalna stara się trzymać napięcie. W intro do 'Thriller’ pojawia się pierwsze i ostatnie na tej płycie chwilowe uspokojenie, po czym powrót do dalszego pędzenia. Taki brak zmian dynamiki czy klimatu po pewnym czasie, niestety, zaczyna nieco nużyć. Momentami kompozycje, zamiast brutalnie łoić skórę, jak to powinno mieć miejsce w wypadku thrashowej płyty, zwyczajnie męczą. Brzmienie płyty, choć nie powala, wpisuje się w ramy standardów metalowej surowości. Takie granie na jedno kopyto to domena tego gatunku. Mimo, iż czasami zespół popada w monotonie, są na tej płycie momenty, w których czuć ducha Bay Area z lat 80. Powinny one trafić w gusta każdego wielbiciela Wielkiej Czwórki.
Gitarową stronę albumu nakręcają rewelacyjne solówki. Bez zasłaniania się dziesiątkami efektów, melodyjne, dobrze dopasowane do utworów. Jeżeli ktoś tęskni za czasami, kiedy wah-wah nie był obecny w większości solowych popisów, te zarejestrowane na debiutanckim krążku Danger powinny do niego trafić w 100%. Rozczarowuje natomiast instrumental zatytułowany 'Amnesia’. Był świetną okazją, żeby nieco uspokoić klimat, zbudować napięcie czy w jakiś sposób zaskoczyć słuchacza. Tymczasem jest to kawałek taki sam, jak pozostałe, tylko po prostu bez tekstu.
Dla wielu mylący może być tytuł i strona graficzna płyty. Okładka i tytuł albumu może sugerować historie o losach ludzi ciemiężonych w obozach śmierci, może nawet jakiś wspólny koncept dla kawałków na płycie. Tymczasem w takich klimatach utrzymany jest tylko jeden utwór (tytułowy). W takiej sytuacji artwork średnio pasuje do całości. Bezsensowne uznaje też umieszczenie 'Intro’ na płycie jako osobny track, ponieważ, tak jak okładka, nawiązuje tylko do jednej kompozycji na albumie. To jednak tylko drobne szczegóły, które nie wpływają na odbiór całości.
Jestem przekonany, że „Camp of Death” znajdzie swoich wielbicieli, pewnie nawet wielu. Fani undergroundowego thrashu powinni być usatysfakcjonowani, ale jeżeli ktoś szuka w muzyce oryginalności, nie lubi monotonności i, przede wszystkim, nie trawi thrash metalu, niech nawet nie podchodzi do tej płyty.
2. Camp of Death
3. Myth
4. The Hunter
5. Delusions
6. Thriller
7. Towarzystwo Wzajemnej Adoracji
8. Exorcism
9. Behind a Courtain
10.Amnesia (instrumental)
11. Against You
Wyro(c)k
0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets
- Pierwsze wrażenie7
- Instrumentarium7
- Wokal7
- Brzmienie7
- Repeat Mode7


