Lars Ulrich po raz kolejny był gościem Daniela P. Cartera z programu „Rock Show” w BBC Radio 1, gdzie między innymi odniósł się do pytania o nowy album Metalliki, jak również zanalizował sposób głosowania fanów na setlisty na trwającej trasie „By Request”:
Poniżej zapis całej audycji, tłumaczenie najciekawszych fragmentów dalej:
O postępach nad nowym albumem Metalliki:
Jest dobrze. Chciałbym, abyśmy pisali więcej. Jednak zawsze kończy się na tym, ze robimy to, a potem musimy zrobić tamto, a potem ktoś jeszcze coś powie, dalej musimy ćwiczyć „The Frayed Ends of Sanity”, a potem jedziemy grać ten występ dla… Graliśmy dla Ozzy’ego, coś w rodzaju hołdu tydzień temu. I to wszystko wiecznie się dzieje. A słowo „nie” nie przechodzi nam łatwo przez gardło. Tak więc ludzie mówią, „Wpadnijcie zrobić to.” „OK, będziemy.” I nagle, wiesz, mija cały tydzień bez pisania. Ale kroczymy naprzód. Teraz nie mamy w ogóle nic w kalendarzu od połowy sierpnia… mamy jeden występ w Montrealu… ale od sierpnia przez resztę roku nie ma niczego w kalendarzu, więc jak szczęście dopisze zyskamy 60 godzin tygodniowo, zabierzemy się za to i po prostu to zrobimy.
O różnicach między fanowskimi, a normalnymi setlistami Metalliki:
Zrobiliśmy trasę „By Request” w Ameryce Łacińskiej w marcu i zauważamy schematy, które się wyłaniają. Zdecydowanie zachodzą geograficzne schematy. Np. album „St. Anger” jest bardzo popularny w Niemczech i Skandynawii i w Niemczech pojawiają się utwory z „St. Anger” na każdym koncercie i, zdaje mi się, jeden w Danii i może jeden w Szwecji. W Limie, w Peru, po raz pierwszy odkąd sięgam pamięcią nie zagraliśmy „Nothing Else Matters”, bo nie przeszedł przez głosowanie. Za to graliśmy chyba ze cztery numery z „Kill’Em All” tamtego wieczoru. Więc jest fajnie. Tak między nami i czterema ścianami kampera, w którym sobie tu siedzimy, to nie wyszło tak zróżnicowane jak może bym oczekiwał. To dobrze i źle. I mam na myśli… Nie chodzi o to, że jest źle, źle, źle. Nie jest tak różnorako jak oczekiwałem, co jest dobre, bo to potwierdza fakt, że setlisty, które układałem orzez ostatnie 10 lat odpowiadają oczekiwaniom ludzi. Są pewne utwory, które – w oczywisty sposób – są niejako kamieniami milowymi naszych występów i pomimo, że nie graliśmy takiej samej setlisty od ponad 10 lat, pewne utwory – „Master of Puppets”, czy „Sandman”, czy „Sad But True”, albo „For Whom The Bell Tolls” – są tymi, które są jakby na szczycie każdej setlisty. Tak więc to potwierdza niejako to, co robimy.
Natomiast złe jest to, że ja [przynajmniej]zmieniam setlisty… Mamy pewnie jakieś 60 utworów, którymi możemy żonglować mniej lub bardziej w każdej chwili i często umieszczam 6-8 różnych utworów z koncertu na koncert, żeby po prostu coś się działo, głównie dla nas samych. Teraz mamy koncerty, które są zaskakująco podobne do poprzednich, albo następnych. Jeśli spojrzysz np. na obecną serię, to zdaje mi się, że gramy w niej 26 utworów, a gramy 18 tytułów co wieczór. To znaczy, że… Gdyby to były 'normalne’ koncerty, zagralibyśmy pewnie ze 40 utworów przez 8 koncertów. Rozumiesz, o co mi chodzi? To nie wyszło tak różnorako, jak kiedy ja układam setlisty, bo my wychodzimy i gramy różne rzadsze numery jak… nie wiem… „Through The Never”, czy „Carpe Diem Baby” i takie rzeczy. Więc po prostu jest przyjemnie. A zawsze grając na festiwalach i takich rzeczach chcesz, żeby zawsze było inaczej. Tak więc każdy koncert, czy cokolwiek, jest inny i to sprawia, że wciąż dajemy z siebie wszystko, a fani oby dzięki temu pozostawali nadal zainteresowani. Tak więc teraz jest inaczej. Ale ostatecznie to jest dla fanów od fanów. Ja tylko układam kolejność utworów.