Wywiad przeprowadzony z Larsem przez serwis The Metal Register krótko po wydaniu St. Anger na trasie Summer Sanitarium (2003). Ulrich opowiada między innymi o wydarzeniach, które wpłynęły na album, o tym jak udaje im się pozostać na szczycie niezwykle zmiennego rynku muzycznego i o jego wizji grania 'Damage Inc.’ w wieku 61 lat…

Głębokie poczucie bytu odgrywa ważną rolę w ciągłym sukcesie Metalliki. Ten heavy metalowy zespół założony w 1981 przez perkusistę Larsa Ulricha, przetrwał tragiczny moment w 1986 basista, kiedy Cliff Burton zginął w wypadku autobusowym. W 2001 roku następca Burtona, Jason Newsted, odszedł z zespołu po blisko 15 latach a frontman James Hetfield udał się na odwyk. Zespół próbuje poradzić sobie z szokiem po tych wydarzeniach, patrząc wstecz i rozmawiając o swoich problemach. W tym okresie introspekcji do Ulricha, Hetfielda i gitarzysty Kirka Hammetta, dołącza basista Suicidal Tendencies, Rob Trujillo. Album St. Anger, wszedł na pierwsze miejsca list przebojów w czerwcu. Ulrich mówi, że chęć do rozmawiania o problemach i do z mian w ich życiach, zarówno prywatnych jak i zawodowych, stanowi część genezy albumu. ‘The Metal Register’ spotkało się z Larsem Ulrichem na trasie Summer Sanitarium, aby usłyszeć coś więcej o nowej płycie i o tym jak Metallice udało się pozostać na szczycie przemysłu muzycznego.
TMR: Co było waszą inspiracją na nowy album, St. Anger?
ULRICH: Po ostatniej trasie Sanitarium trzy miesiące temu, zrobiliśmy sobie przerwę. Wtedy wydarzyło się wiele nie do końca dobrych rzeczy. Jak wiesz, nasz basista odszedł. Potem James [Hetfield] musiał odejść i zająć się sobą, poradzić sobie z odwykiem i zająć innymi wydarzeniami.
Tak więc, pierwszy raz od 20 lat Metallica była trochę do tyłu i odcięła się na chwilę od tego wszystkiego. To dało nam szansę na rozważenie pewnych rzeczy związanych z zespołem i poza nim: priorytety, przyjaźnie, nasze myślenie, dlaczego wszystko wygląda właśnie tak.
Kiedy jesteś pośród tego wszystkiego – ciągłe zmiany, wydawanie albumów co rok, nigdy niekończące się trasy, to powoduje, że nigdy nie masz czasu żeby usiąść i pomyśleć. Mieliśmy rok, w którym dostaliśmy szansę na coś w rodzaju oceny nastawienia zespołu. Kiedy spotykaliśmy się po odwyku Jamesa i tak dalej… usiedliśmy i zaczęliśmy razem grać. Nie było jakiegoś programu, żadnej strategii, nie było niczego.
Myślę więc, że to była ponowna inspiracja, przeżycie czegoś jeszcze raz, dopalacz – prawdopodobnie największy od czasów śmierci naszego basisty 15 lat temu, prawdopodobnie największy w naszej karierze. Powróciliśmy naładowani, skupieni, zrestartowani i tak dalej. To jest w większości inspiracją tego albumu. Słabe punkty, słabości, lęki i tym podobne. Sposób bycia, pierwszy raz w naszej karierze na tyle wygodny, żeby porozmawiać ze sobą nie tylko o nas, ale również rozmawiać z każdym na nasz temat.
Myślę, że ta płyta opiera się prawdopodobnie na radzeniu sobie z naszymi słabościami. Na byciu w miejscu, gdzie możesz dobrze się poczuć, rozmawiać, pisać o tym, śpiewać, krzyczeć, dzielić się tym. Może znaleźliby się jacyś ludzie, którzy zidentyfikują się z tym i coś z tego wyciągną.
TMR: Jakim sposobem według ciebie Metallica jest ciągle na szczycie po przeszło 20 latach?
ULRICH: Umm, nasz wygląd … nie, wykreśl to. Instynkt przetrwania? Nie wiem, wytrzymałość? Prawdopodobnie część tego, że mamy ciągłą potrzebę robienia czegoś innego, ponieważ tak jakby się tym nudzimy. No może nie nudzimy, słowo „znudzeni” nie jest właściwym określeniem. Obawiamy się trochę, że staniemy w miejscu. Tak więc, zawsze maniakalnie szukamy czegoś innego, żeby nie utknąć. Obawa przed wtórnością.
Myślę, że jesteśmy czymś w rodzaju bańki mydlanej w świecie muzyki. Nie jesteśmy jakoś szczególnie związani z żadnym ruchem, albo sceną, miastem, modą. Wiesz o co mi chodzi? Wsysamy wszystko dookoła. Tak naprawdę nie jesteśmy częścią sceny L.A., nie jesteśmy też częścią czegoś z Seattle, nie jesteśmy częścią tego ani na przykład rapu. Wiesz, robimy swoje. To nigdy nie jest jakoś szczególnie w modzie, albo poza nią. Nie robimy więc niczego złego.
TMR: Ponad dwadzieścia lat bycia razem jako zespół? Co zaplanowaliście na przyszłość?
ULRICH: Ciężko powiedzieć. Chodzi mi o to, że nie będę mówił, że w 2018 będziemy robić coś tam, teraz wolę mówić o przeżyciu do końca sierpnia. W październiku jedziemy do Japonii. Robimy wszystko krok po kroku. Czuję, że mam wciąż te 30 lat, chociaż teraz to już nie na długo. Ludzie myślą, ‘The Rolling Stones’’ mają po 62 lata i też ciągle grają. Ja myślę tak, ‘Zaraz, zaraz, ciągle mam niby 30 lat. Zaczynałem grać w tym zespole jak miałem 17, ale wciąż mam 30.’
Wydaje mi się, że czuję konieczność ponownego pokazania tego. Nie wiem kiedy, może jak będę miał 60 lat, naprawdę nie wiem… nie mam pojęcia. Jedno jest trochę dziwne, albo raczej ‘nieodkryte,’ lubię to tak określać, chodzi o granie tej samej muzyki, kiedy masz już 60 na karku. Nie chcę przez to powiedzieć, że ‘The Rolling Stones’ nie potrafią już grać tego co wychodzi im najlepiej, Boże pobłogosław ich, całkowicie ich szanuję. Po prostu nie wyobrażam sobie siebie grającego 'Damage Incorporated’ mając przy tym 61 lat. Chciałbym być pierwszym, który tego dokona, ale po prostu wątpię w to.