W poniższym wywiadzie dla magazynu Rolling Stone perkusista Metalliki opowiada na tematy wymienione w tytule oraz parę innych. Dowiadujemy się m.in., w jaki sposób Metallica znajduje kompromis między rodziną a koncertami, gdzie najchętniej spędza wakacje, dlaczego otwiera się na fanów i kiedy mieli najgorszy finansowy dołek.
Co jest lepsze – jeżdżenie na koncerty Metalliki z rodziną czy tak, jak to było kiedyś – z zespołem? Cała czwórka w autobusie, niczym pięść.
Cztery pięści w autobusie, albo jedna i cztery piwa [śmieje się] – to była świetna zabawa. Ale jeśli zamierzasz tak bawić się w początkowych latach życia rodzinnego, gdy wychowujesz dzieci, to robienie przystanków jest dobrym rozwiązaniem. Zatrzymujesz się w jakimś mieście – Kopenhaga, Londyn, Paryż. Wskakujesz i wyskakujesz. To może nie jest najbardziej ekonomiczna forma koncertowania, ale w dłuższej perspektywie dzięki temu każdy może złapać oddech, mieć przestrzeń dla siebie. Na pewno nie potrzebujemy spisywać reguł i dyktować innym co mogą, a czego nie mogą robić. To na pewno nie byłoby fajne. Inni nie potrzebują tego, by odnaleźć się w całym tym szaleństwie.
Czy płacicie za to jakąś cenę? Jedność zespołu?
Dla mnie to wszystko wychodzi od tego, czy dogadujemy się. Jeśli nie ma porozumienia, wszystko inne traci sens. Jeśli czterech gości jest zadowolonych z życia i umie porozumieć się, wszystko inne zadziała automatycznie. Gdy co roku przyjeżdżamy do Europy, nazywamy to letnimi wakacjami. Zabieramy rodziny, rozbijamy obóz, gramy koncerty. Gdzie indziej spędzać lato, jeśli nie w stolicach zachodniej Europy? Gramy festiwale ze świetnymi zespołami, jest fajny klimat, dni są długie? Prawdziwy raj.
Ale żadna z tych rzeczy nie jest pewna. Nie myślę w kategoriach czarne-białe. Widzę różne odcienie szarości. Kto wie, do czego to zmierza? Jak na razie to się sprawdza, zarówno w przypadku rodziny, jak i zespołu. Nie wiem nawet, czy kiedyś mieliśmy lepszą atmosferę w kapeli. To wszystko widać w ciągu tych dwóch godzin na scenie. Z tego co wiem od osób, którym ufam – jest więcej ognia, więcej iskry. W jakiś sposób, po tym wzdęciu w latach 90., wróciliśmy do dawnego tempa. Może po prostu trzeba mniej kombinować.
Jaką definicję sukcesu mieliście na początku? Jakiego rodzaju sławy chcieliście?
Nigdy o tym nie dyskutowaliśmy. Było oczywiste, że mamy dwie ścieżki. Stajesz się lub chcesz się stać Led Zeppelin, Kiss, itd. Większy niż wszystko inne. Żadnych zdjęć na okładkach. Albo stąpasz twardo po ziemi, dajesz dostęp do siebie, zapraszasz innych. Było dość jasne, że wybieramy tę drugą opcję. Bądźcie częścią tego projektu. Jesteście mile widziani. Tacy jesteśmy, czy to lepiej czy gorzej. Będziemy karmić się waszą energią, tym związkiem.
Tak, jak podczas tego długiego rozdawania autografów, którego byłem raz świadkiem w 1988.
Nie ma podziału na nas i was – jesteśmy my, wszyscy razem. Najsilniejszym tego wyrazem był film [Some Kind of Monster], po raz kolejny na lepsze lub gorsze. Niektórzy powiedzą, że nei chcą nawet tego oglądać. Ale jeśli obrałeś drogą, to nią idź. Bez cenzury. Ty dokonujesz wyboru, czy chcesz dać dostęp do siebie.
Kiedy mieliście najgorszy moment pod względem finansowym, we wczesnych latach?
Powiem ci nawet dokładnie. Kill’Em All wyszedł w sierpniu 83. Zagraliśmy trasę. Wtedy odbywało się to tak, że dostawałeś dniówkę, akurat tyle, by jakoś przeżyć. Po powrocie z trasy Kill’Em All nie mieliśmy nic. Pierwszy raz od roku musiałem zadzwonić do mamy i poprosić ją o pomoc, o pieniądze na czynsz i jedzenie.
Trzeba było załatwić nowe występy, wrócić na trasę, ponieważ będąc w trasie można wbić do kogoś na chatę, za kulisami jeść jakiś syf. Będąc w trasie masz możliwość przetrwania. Ale gdy wrócisz do domu… Cholera, jesz konserwy rybne.
Ludzie zapominają, że aby dojść do tego poziomu – samolotów i szampana – trzeba zacząć nisko.
To było dziwne w sprawie Napstera. Dziewięć osób na dziesięć mówiło, że chodziło nam o kasę. Pieprzcie się – nie chodziło o pieniądze. Chodziło o kontrolę. Jesienią ’83 dojadaliśmy najtańsze sałatki w Burger Kingu. Pieniądze nie liczyły się, miały tylko spełniać swoją rolę. Nie przywiązywaliśmy się do nich. W 2008 roku nie są tematem, nad którym rozwodzimy się godzinami. Nie ma pytań typu „Ile mamy w banku? Ile ostatnio zarobiliśmy?”. Nie czuję emocjonalnego związku, ale jakimś sposobem stałem się tym zachłannym perkusistą z Danii, właśnie z powodu afery z Napsterem.
Rozdawać rzeczy za darmo? Nie ma sprawy. Internet? Nie ma sprawy. Kto podejmuje decyzje? My podejmujemy decyzję. Rozdam wszystko za darmo. Ale to ja chcę zdecydować, kiedy, gdzie i jak.
