Każdy kij ma dwa końce: recenzja Stone Sour – “House of Gold & Bones”

0

Życie jest doprawdy zadziwiające – jeszcze kilka lat temu Corey Taylor był znany głównie jako frontman Slipknot. Kiedy on jak i cały nonet z Des Moines wyskakiwał na scenę w odrażających maskach, co wrażliwsi rodzice zasłaniali swoim pociechom oczy, o ile takie numery jak  “Spit it out” czy “Wait and Bleed” w ogóle można było zobaczyć w popularnej TV przed godziną zero. Tymczasem nim zdążyliśmy się obejrzeć, role zupełnie się odwróciły. Powodów, dla których obecnie klauni i spółka działają co najwyżej okazjonalnie jest wiele. Na pewno nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że jakiś czas temu Corey postanowił zainwestować większość energii w Stone Sour, co zaowocowało tym, że w krótkim czasie właśnie ten zespół stał się dla niego projektem pierwszoplanowym. Czy wydany właśnie House of Gold & Bones daje odpowiedź dlaczego?

House of Gold & Bones to podobnie jak recenzowane ostatnio The Living Infinite wydawnictwo podwójne, przy czym wydanie poszczególnych części zostało rozłożone w czasie. Część pierwsza ujrzała światło dzienne w październiku zeszłego roku, część druga natomiast wciąż pachnie tłocznią. Przyjrzyjmy się więc, co oferuje nam Stone Sour A.D. 2013.

Porównania ze Slipknot są oczywiścnie nieuniknione, wszak w Stone Sour gra też gitarzysta Jim Root, trudno więc jednoznacznie oddzielić te dwie grupy od siebie. Część pierwszą rozpoczyna „Gone Sovereign” , dobry hard rock to najkrótsza charakterystyka otwierjącego riffu, w chwilę potem ze swoim potężnym brzmieniem wchodzi Roy Mayorga, byśmy w mgnieniu oka mogli usłyszeć przeraźliwe krzyki, do których Corey zdążył nas już przyzwyczaić i to w o wiele większej skali. Ten numer to mieszanka dobrego hard rockowego grania z elementami przypominającymi poniekąd Slipknot. Następny „Absolute Zero” to kawałek zrobiony według bardzo podobnego patentu, mieszanka ostrzejszych zwrotek z melodyjnymi refrenami. Dodatkowa szczypta ciężaru pojawia się w „A Rumor of Skin”, czego powodem są zapewne tłumione riffy, przeplatane solówki, a do tego podwójna stopa napędzająca tu i ówdzie całość.

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=kNrS-GDAEAs

Jeśli poczuliście zmęczenie decybelami, to w kolejnym „The Travelers” poczujecie ulgę. Okazyjni słuchacze, którym Corey kojarzy się tylko ze Stone Sour, mogą nie dać wiary, że dokładnie tego samego jegomościa można usłyszeć w “People-Shit” czy “Heretic Anthem”. Ale czy można się dziwić? Posłuchajcie sami. 

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=V7GLLlOQ52I

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=sDlflkA1QHw

Trzymajmy się jednak House of Gold & Bones. Następny „Tired” to chyba najlepsze określenie na stosunek zespołu do decybeli w tym numerze. Pachnie patetycznością. Smyczki, klasyczne rockowe riffy, podniosły refren. Ktoś tu gra na emocjach, co bardziej wrażliwym łzą cisną się do oczu, już chcecie chwycić za chusteczki – i nagle jak kubeł zimnej wody – „RU486” , który zabrzmi całkiem przyjemnie, jeśli lubicie ciemną stronę mocy. 

 httpvhd://www.youtube.com/watch?v=uUTG8HkXyuY

Jakieś inne niespodzianki w części pierwszej? Nieodkryte muzyczne lądy? Raczej nie – pozostałe numery jedynki to patenty, które powtarzają się już w mniejszym lub większym stopniu. Uwagę może przykuć liryczny „Taciturn” , oczywiście jeśli jesteście fanami takiego grania.

 httpvhd://www.youtube.com/watch?v=kN7gwN-Pp58

A co z częścią drugą? Sam Corey w wywiadach określą ją jako mroczniejszą i cięższą. No cóż, otwierający „Red City” na pewno jest mroczniejszy, ale czy koniecznie cięższy? Wspomniany ciężar usłyszymy dopiero w następnym „Black John”, jednak nie można przesadzać. Jeśli ktoś oczekuje hałasu, agresji i pogromu rodem z Iowa, mocno się rozczaruje. Jest to po prostu dobry hard rockowy numer, ciężej na pewno robi się w końcówce, gdzie panowie wyraźnie przyspieszają dając upust swojej muzycznej adrenalinie.

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=ROJ7Sh3zFk0

Kolejne kilka numerów to coś, co już znamy dość dobrze z części pierwszej, a kto oczekuje po wypowiedziach zespołu jakiejś rewolucji w ciężarze, może poczuć się rozczarowany. Trudno jednakże oczekiwać drastycznych zmian, jeśli materiał na obydwie części był pisany jak i nagrywany mniej więcej w tym samym czasie. Mając to na uwadze ciężko więc spodziewać się zupełnie odmiennych rezultatów i jakichś drastycznych różnic. Poszczególne kawałki dwójki usatysfakcjonują was zależnie od tego, w czym gustujecie. „Sadist” rozbuja was lirycznie, a „Peckinpah”  jak i „Stalemate” utożsamia wypracowany styl Stone Sour, czyżby więc resztę numerów można było zbyć naciskając stop? To byłby błąd, gdyż Corey w przypadku części drugiej najlepsze zostawił na koniec. „Do me a favour” i tytułowy „The House of Gold & Bones”, to zdecydowanie najlepsze melodie z dwójki. Całkiem niezły jest również „The Uncanny Valley”.

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=LwkGatmflbw

httpvhd://www.youtube.com/watch?v=OU-N6J8U6iE

Podsumowując. Fani Coreya z albumów Iowa czy Slipknot mogą mieć trudności z pełnym przyswojeniem oblicza i stylu, jaki prezentuje w Stone Sour. Można na to spojrzeć dwojako, jeden punkt widzenia to taki, iż facet po prostu się starzeje. Co by nie mówić, w tym roku stuknie mu magiczna czterdziestka. Z drugiej strony można powiedzieć, że facet po prostu dorasta. Nie ulega wątpliwości, że Stone Sour to propozycja niosąca za sobą dobre, rockowe, klasyczne melodie. Panowie zdecydowanie wiedzą, jak je pisać. Kto więc chce się dobrze pobujać bez nadmiernych decybeli, z pewności znajdzie w ich graniu coś dla siebie.

Udostępnij to

O autorze

Avatar