Już 20 i 21 lutego wystąpi w naszym kraju Adrian Belew – gitarzysta i wokalista progrockowych gigantów King Crimson, a także współpracownik takich gwiazd, jak David Bowie, Frank Zappa, Paul Simon, Talking Heads czy Nine Inch Nails. Z tej okazji miałem przyjemność porozmawiać z jednym z najlepszych i najbardziej innowacyjnych gitarzystów w historii muzyki rockowej (i nie tylko), który na swoim instrumencie równie precyzyjnie potrafi odtworzyć odgłosy myszy, jak i słonia – i to w jednej piosence. Pomimo wielkiego dorobku artystycznego okazało się także, że to jedna z najbardziej skromnych, entuzjastycznych, pogodnych i życzliwych osób, z jakimi dane mi było dyskutować. Zapraszam więc do przeczytania wywiadu, a przede wszystkim na koncerty Adrian Belew Power Trio – 20 lutego we Wrocławiu i dzień później w Warszawie.

Witaj Adrian, wspaniale widzieć Cię znowu w trasie. Wiem, że właśnie ją zaczęliście i prawdopodobnie jesteście teraz we Włoszech. Czy dobrze się bawicie?
O tak, bardzo dobrze (śmiech). Zawsze staram się dobrze bawić, szczególnie na scenie. Wiesz, bycie w trasie jest czasem bardzo trudne – podróżowanie, dużo wczesnych pobudek i tak dalej, ale dla mnie liczy się tylko to, gdy jesteśmy na scenie. Jak do tej pory mieliśmy naprawdę świetną publiczność, bardzo szczęśliwych ludzi i graliśmy naprawdę dobre koncerty.
Musisz zaczekać na polską publiczność, bo myślę, że to będzie najlepsza publiczność, jaką spotkacie na trasie!
Wiem, wiem. Byłem u was wiele razy i zawsze to powtarzam. Jesteście świetną, bardzo doceniającą artystę publiką. Jestem bardzo podekscytowany tym, by móc znowu dla was zagrać (śmiech).
Za niecałe dwa tygodnie zagracie w Polsce dwa koncerty – we Wrocławiu i w Warszawie. Czy będą się od siebie różnić, czy trzymacie się setlisty, którą tworzycie przed rozpoczęciem trasy?
Mamy jedną setlistę, ale mimo wszystko zmienia się ona w ten sposób, że zmieniamy niektóre piosenki – ich zakończenia, robimy z nimi coś, co powoduje, że przechodzą niespodziewanie w inną piosenkę… Inne utwory, które gramy, te pełnowymiarowe, mają w środku improwizowaną część, więc mimo wszystko każdej nocy jest to inne show.
Jak tworzycie swoją setlistę? Masz tak dużo materiału… Czy przeglądasz swoje piosenki i coś z nich wybierasz, czy zawsze masz w głowie te, które akurat chcesz grać?
To oczywiście zmienia się z trasy na trasę. Niektóre piosenki nagle wracają do łask, a z niektórymi wydaje się, że zostały zagrane już tyle razy, że chcesz im dać odpocząć. Więc zawsze staram się wymyślić coś nowego. Także ten set ma w sobie rzeczy, których nie graliśmy przez wiele lat. Wieczór zaczyna mój solowy materiał, gdzieś później pojawia się 9 piosenek King Crimson, więc wydaje się, że to dobra równowaga pomiędzy starym materiałem, solowym materiałem, materiałem King Crimson, improwizacjami i tym nowym rodzajem grania piosenek, którym jest „Flux”, gdzie jedna piosenka natychmiastowo zamienia się w inną.
Wiele z Twoich piosenek jest bardzo delikatnych – jak “One Time” czy “Walking on Air”, ale w aranżacji King Crimson stają się bardziej skomplikowane. Zastanawia mnie, jak je napisałeś? Czy stworzyłeś je na prostych chwytach i następnie dodaliście z Robertem ten aranż dwóch przeplatających się gitar, czy już od początku były tak skomplikowane? Weźmy na przykład „Frame by Frame”.
„Frame by Frame” jest jedną z tych, kiedy usiedliśmy z Robertem i od samego początku stworzyliśmy bardzo zawiłą partię gitarową. I w pewnym momencie pojawiła się decyzja, że powinna ona mieć wokale. Od tego momentu zmieniła się z motywu gitarowego w piosenkę, bo stworzyłem progresję akordów, melodię i napisałem słowa. I tak w większości działo się z materiałem King Crimson. Są pewne wyjątki – piosenki, które napisałem sam, jak na przykład „Heartbeat”, które następnie przynosiłem zespołowi. Ale zdałem sobie sprawę, że lepiej sprawdzało się, gdy zaczynaliśmy jakiś pomysł razem z Robertem. Myślę, że wtedy utwory miały więcej „karmazynowego” ducha. Powiedziałbym więc, że prawdopodobnie 90% piosenek zaczęło się od pomysłu naszej dwójki, który następnie przejąłem i zmieniłem w piosenkę.
Czy kiedykolwiek rozważałeś granie tych piosenek tylko za pomocą prostych chwytów, po to, by były łatwiejsze w odbiorze dla przeciętnego słuchacza? Proste, „obnażone” wersje.
Tak, zrobiłem coś takiego. Kiedyś nagrałem płytę “Belewprints”, na której grałem na akustycznych instrumentach, a aranżacje były celowo najprostsze, jakie tylko mogły być. Dlatego nazwałem ją „Belewprints”, bo dla mnie wyglądało to jak szkice (blueprints) piosenek. Powiedziałbym, że w Power Trio piosenki z konieczności również są prostsze w swojej prezentacji, ponieważ jest tylko trzech muzyków. Ale z drugiej strony tych trzech muzyków gra więcej, niż zagrałoby trzech innych muzyków, dlatego ciężko powiedzieć… Trzeba zacząć od tego, że muzyka King Crimson ogólnie nie jest łatwa i może być uproszczona tylko do pewnego momentu. Gdy usłyszysz mnie grającego „One Time” lub „Walking on Air” lub coś granego tylko przeze mnie – nawet „Three of a Perfect Pair” – myślę, że łatwiej załapiesz ideę podstawowego formatu piosenki, zanim dodaliśmy te różne interesujące zmiany tempa, instrumenty i inne rzeczy. Mam nadzieję, że pod tymi wszystkimi warstwami, pod całą „karmazynową” muzyką, są po prostu dobrze napisane, dobrze skrojone piosenki (śmiech).
https://www.youtube.com/watch?v=qZ758xfIK4I
Od niedawna na swoim profilu facebook dzielisz się niesamowitymi historiami z okresu, gdy grałeś z Davidem Bowie. Skończyłeś grać z nim w latach 90-tych. Czy od tego czasu otrzymałeś jakieś zaproszenie, by znów coś z nim stworzyć – na przykład przy okazji „The Next Day” lub „Blackstar”? Słyszałem, że David chciał, by Robert Fripp zagrał na „The Next Day”, lecz ten odmówił.
Nie poprosił mnie, bym zagrał na żadnej z nowszych płyt. Ciągle byliśmy przyjaciółmi, ale myślę, że chciał spróbować czegoś nowego, czego nigdy nie robił i szczerze mówiąc nie wiem, czy Robert został poproszony o współpracę – tutaj są pewne kontrowersje. On sam powiedział, że tak było, jednak inni mówią, że nie (śmiech). Naprawdę nie wiem. Jedyne co wiem to to, że David nie spytał mnie o współpracę. I dla mnie to w porządku, bo i tak byłem zaangażowany w tak wiele innych rzeczy. I czuję, że jestem dumny z tego, co zrobiliśmy razem i to, że udało nam się zrobić tak wiele jest dla mnie wystarczające.
Czy słuchałeś ostatniego albumu Davida? Jest to dość dziwna, ale piękna muzyka. A linia basu z “Tis a Pity She Was a Whore” przypomina mi “The Talking Drum”.
Nie, nie słuchałem jeszcze tej płyty. Byłem bardzo zajęty przygotowaniami do trasy i paroma innymi rzeczami, gdy David zmarł… i postanowiłem zaczekać i odłożyć ten moment na później, gdy nie będę tak bardzo zajęty. Ale w pewnym momencie na pewno usiądę i na pewno mi się spodoba, bo wiem, że jest to unikalne – jak wszystko co robił. Czekam więc na to, ale chcę, by stało się to w odpowiednim czasie. Jeszcze nie wszystko zaakceptowałem.
Jeszcze nie jesteś gotowy, by go przesłuchać.
Tak, jeszcze nie jestem gotowy, ale jestem gotowy w innym sensie – to znaczy pogodziłem się z tym co się stało, bo to część życia, a śmierć jest najpewniejszą rzeczą w życiu i prędzej czy później trzeba to zaakceptować. A ze swojej strony jestem naprawdę bardzo szczęśliwy, że spędziliśmy ze sobą tyle czasu. Był wspaniałą osobą, bardzo go kochałem. Był bardzo miły, bardzo zabawny, bardzo inteligentny i wiem, że jestem szczęściarzem, że mogłem spędzić z nim tak dużo czasu.

Czy jest jakiś nowy lub młody zespół, który wydaje Ci się interesujący i z którym chciałbyś coś nagrać? A może jakiś uznany artysta?
Wiesz, mówię to we wszystkich swoich wywiadach i zawsze się z tym źle czuję, ale ja już od pewnego czasu naprawdę nie słucham innej muzyki. Powód jest taki, że budzę się każdego dnia ze swoimi własnymi pomysłami i ze swoją muzyką, pracuję nad nią i czuję, że gdybym słuchał za dużo innego materiału, mógłby on przeniknąć do mojej muzyki. Więc by pozostać skupionym na tym, co robię, staram się nie słuchać za dużo innej muzyki. Słucham tylko trochę tego, co ktoś, komu ufam mi poleci, ale nigdy nie włączam radia lub nie przeszukuję internetu w poszukiwaniu nowej muzyki. Część mnie czuje się z tego powodu winna. Wiem, że są na pewno wspaniali muzycy i wspaniała muzyka, która mnie ominie, ale czuję, że jest to najlepsza rzecz jaką mogę zrobić dla swojej własnej twórczości.
Nie wiem czy chcesz rozmawiać o nowym wcieleniu King Crimson, ale domyślam się, że kiedy byłeś w zespole chciałeś też grać klasyki z lat 70-tych, lecz Robert zawsze chciał nowej muzyki. Teraz grają oni stare rzeczy, a Ciebie nie ma już w zespole. Czy czujesz się zły lub rozczarowany z tego powodu? Czy po prostu to zaakceptowałeś?
Nie, całkowicie to zaakceptowałem. Czuję, że mój czas w zespole był wspaniały, cokolwiek zrobiliśmy. Naprawdę dobrze się bawiłem. To ja byłem jednym z tych, którzy proponowali tworzenie nowej muzyki, pomimo, że kocham stary materiał. Jednak zawsze mówię „zróbmy coś nowego, bądźmy kreatywni i idźmy do przodu”. Miło byłoby zostać w zespole trochę dłużej, lecz jeżeli to nie jest odpowiednie dla grupy, nie mam pretensji. Mam wiele środków wyrazu dla swojej twórczości i cieszę się z 33 lat, które spędziłem w zespole. Nigdy nie słyszałem tego zespołu (nowego wcielenia King Crimson – przyp.) i pewnie go nie posłucham. Nie jestem zainteresowany słuchaniem tego, co może zrobić razem trzech perkusistów lub tym, co robią. I nie mówię tego w złym kontekście. Po prostu nie jestem zainteresowany (śmiech).
Tak, to niecodzienny pomysł z tymi trzema perkusistami…
Będę szczery – wątpię, żeby mi się to spodobało. Sam jestem perkusistą i uważam, że dwóch perkusistów wystarczy. Kiedy robią to dobrze, to wystarczająca ilość jaka powinna być, ale to tylko moje zdanie. Tak czy inaczej, nie jestem zainteresowany. To wszystko zależy od Roberta – co chce robić ze swoim życiem i z muzyką, którą tworzą. Oczywiście, wciąż mam świetną relację z Tonym i Patem (Tony Levin i Pat Mastelotto – członkowie King Crimson – przyp.). Mamy zespół i gdy King Crimson nie pracuje, możemy koncertować z The Crimson ProjeKct. Ale cała sytuacja raczej wygląda następująco: to już za mną (śmiech).
Co do The Crimson ProjeKCt – widziałem Cię z tym zespołem w Warszawie dwa lata temu, podczas zeszłej trasy i był to wspaniały koncert. Grałeś tu wiele razy, także z King Crimson. Czy masz jakieś wspomnienia, śmieszne lub dziwne historie związane z tym miejscem lub z Polską?
Nie mam żadnych dziwnych historii i tego typu rzeczy, większość pamiętam jednak bardzo dobrze. Pamiętam jak podekscytowana była publiczność, pamiętam jak bardzo cieszyłem się z pobytu tutaj. Wiesz, jestem wielkim miłośnikiem historii, więc wiem wiele o historii Europy i zawsze byłem ciekaw pojawiając się w miejscach, o których tak wiele czytałem. A co do fanów – odbierają muzykę i reagują na nią na różne sposoby i zawsze podobało mi się to, co Polacy wiedzą o muzyce, jak okazują szacunek i jak na nią reagują. Kiedy jesteś w trasie dookoła świata tak długo, nie pamiętasz poszczególnych chwil, które dzieją się każdego dnia, ale masz przebłyski. Pamiętam, że wychodziliśmy z bardzo dużego budynku, w którym graliśmy, a który został wam podarowany przez Stalina (śmiech).
Tak, nazywa się Pałac Kultury (King Crimson grał w Sali Kongresowej dwukrotnie – w 1996 i 2003 roku – przyp).
Tak, to ten wielki, okropny prezent, który wam dał! (śmiech) Pamiętam ten budynek bardzo dobrze, pamiętam przebywanie w nim i pamiętam jak bardzo rosyjski się wydawał. I było to dla mnie bardzo dziwne, wiedząc tyle o historii tych dwóch kultur i tak dalej. Pamiętam, że wychodząc zostaliśmy otoczeni naprawdę miłymi fanami, gdy przechodziliśmy przez ulicę. Po drugiej stronie był uroczy mały bar i wszyscy z występu też w nim byli. Pamiętam oczekiwanie na nasz autokar i musieliśmy w nim czekać, aż wszyscy wrócą, by odjechać. Pomyślałem – to taki wspaniały czas. Wiesz, fani byli bardzo mili, gdy wchodziliśmy do autokaru i odjeżdżaliśmy. Mam takie przebłyski, które wracają do mnie i to sprawia, że wszystko to jest jeszcze bardziej wyjątkowe.
Nie wiem czy pamiętasz, że występowałeś także w polskim programie “Hołdys Guru Limited” I zagrałeś “Three of a Perfect Pair”. Ten występ do tej pory jest wspominany jako magiczna chwila.
Tak, pamiętam!
Zastanawiam się, która piosenka była dla Ciebie najtrudniejsza do napisania/wykonania na żywo?
Wiesz, wiele z tych najtrudniejszych do napisania to na pewno piosenki King Crimson, bo zawsze gdy pisałem dla King Crimson byłem także odpowiedzialny przed innymi. Natomiast gdy piszę materiał solowy, pozwalam się otworzyć mojemu umysłowi i robić cokolwiek mi pasuje. Tak więc te trudniejsze to na pewno piosenki, które powstały z pomysłów moich i Roberta i które były po prostu gitarowymi riffami, bardzo trudnymi do zagrania. Tak było z “Frame by Frame” czy “Three of a Perfect Pair” – tymi rodzajami utworów, gdzie przeplatają się gitary. To były trudne rzeczy do zmienienia w piosenkę, ponieważ były tylko gitarowymi motywami – trudnymi gitarowymi motywami, skomplikowanymi. By rozgryźć, jak je dopasować, stworzyć odpowiednie napięcie, ekspresję i melodię, a później coś zaśpiewać w innym rytmie – to było jeszcze bardziej intrygujące. Są to jedne z najwcześniejszych rzeczy, z którymi musiałem się zmierzyć, gdy dołączyłem do King Crimson. Myślę, że w późniejszym okresie trudniejsze stały się utwory instrumentalne, jak „Elektrik”, które były naprawdę skomplikowanymi kawałkami muzyki. Ale najtrudniejszą częścią tego wszystkiego było rozpracowanie, jak stworzyć piosenkę z tych skomplikowanych muzycznie pomysłów.
Ciekawi mnie, z których części Twojej twórczości jesteś szczególnie dumny. Czy jest to jakaś era Twojej kariery, czy może piosenka? Wydałeś 20 albumów solowych, które nie są zbyt dobrze znane szerszej publiczności, a raczej tylko fanom. Teraz jest „Flux – muzyka, która nigdy nie jest taka sama dwa razy”. Jest to dla Ciebie na pewno zupełnie nowy eksperyment.
Rzeczą, nad którą pracujesz najciężej jest twoja własna muzyka. Rzecz, która jest najbliżej twojego serca to twoja własna muzyka. Na wielu swoich solowych płytach gram na wszystkich instrumentach. Staram się, była to skończona deklaracja mnie samego, bez przepuszczania przez ręce czy umysły innych. Muszę więc powiedzieć, że najwięcej satysfakcji daje mi twórczość solowa, tym bardziej gdy okazuje się czymś, czego oczekiwałem. Wtedy jestem z tego najbardziej dumny. Masz rację, nie jest to moja najbardziej znana rzecz i to wielka szkoda, ponieważ wydaje mi się, że niektóre z moich najlepszych piosenek podobałyby się także osobom, które lubiły moje dokonania z Bowiem czy King Crimson. Pokochałyby je, gdyby je usłyszały, ale niestety nie miały takiej okazji. W porządku, takie jest życie, a ja miałem wiele wspaniałych doświadczeń i wszystkie są dla mnie tak samo ważne. Myślę, że bycie w King Crimson jest oczywiście najważniejszą kolaboracją, którą tworzyłem, ponieważ przetrwała 33 lata i skupiała grupę muzyków wysokiej klasy, a pomysły i muzyka były bardzo potężne i podobało mi się wyzwanie, które rzucały. Tak więc odpowiedzią na twoje pytanie jest coś pomiędzy twórczością solową, a King Crimson. Wiesz, wszystko co robisz z innymi ludźmi, jak David Bowie, Trent Reznor, Paul Simon czy ktoś inny – one trwają tylko chwilę. Wszedłem do studia z Trentem na jakieś cztery dni, by nagrać płytę, tak więc moje zaangażowanie, czas i wysiłek były inne. W odróżnieniu od tworzenia na przykład „Flux”, nad którym pracuję już od 6 lat. Teraz, gdy myślę o „Flux” uważam, że jest to coś, co reprezentuje wszystko, co wiem o muzyce i wszystko co chcę powiedzieć. Reprezentuje mnie całego. Podczas, gdy granie na płytach kogoś innego pokazuje tylko małą część tego, co jestem w stanie zrobić.
Czy “Flux” zostanie rozwinięty i będziesz dostarczał kolejne części?
Tak, właśnie został opublikowany 30-minutowy pakiet muzyki, który możesz dodać. Skończony jest jeszcze jeden, który opublikuję zaraz jak tylko wrócę do domu. Do tego wydaję teraz całą zawartość „Flux”, która będzie pojawiać się na osobnych płytach CD. Pierwsza właśnie się ukazała, nosi tytuł „Flux Volume One” i w tej chwili mogę powiedzieć, że ukaże się 4 lub 5 płyt, które odzwierciedlą to, co teraz dzieje się we „Flux”. W międzyczasie stworzyłem tak wiele nowej muzyki… (śmiech) Wiesz, to nigdy się nie kończy. Gdy jestem w domu, mieszkam w swoim studio, więc tak długo, jak będę miał czas na tworzenie, będę tworzył z myślą o projekcie „Flux”, ponieważ jest to artystyczna platforma, która w moim przypadku działa najlepiej. Każdy, mały czy duży pomysł, może zadziałać. Z reguły jest tak, że tworząc płytę muszą znaleźć się na niej piosenki, muszą mieć odpowiednią długość, cała płyta musi trwać odpowiednią ilość czasu i tak dalej. Ale z „Flux” wszystko wygląda inaczej. Możesz robić, co tylko ci się podoba i to oznacza, że jesteś bardziej produktywny. Tak więc chcę to robić tak długo, jak tylko będę w stanie.

Brzmi wspaniale. Proszę, opowiedz mi jeszcze o swoim zespole. Wygląda na to, że obchodzicie właśnie 10. rocznicę istnienia. To musiało być bardzo odważne – zacząć grać z tak młodymi ludźmi. Lecz tak jak powiedziałem wcześniej, widziałem was w akcji w 2014 roku i świetnie dają sobie radę.
Julie Slick – moją basistkę – odkryłem, gdy miała 20 lat. Właśnie kończyła Szkołę Rocka w Filadelfii, a ja pojechałem, by odbyć seminarium w tej szkole i skończyliśmy grając razem. Graliśmy piosenkę Franka Zappy. Oczywiście był z nią jej brat i właśnie wtedy utworzyło się nasze pierwsze „power trio”. Sprowadziłem ich do mojego studia w Nashville na weekend i pod koniec tego weekendu byłem już absolutnie pewien, że są to osoby, z którymi chcę pracować. To, że byli bardzo młodzi naprawdę mi się podobało, bo mieli w sobie tak wiele energii. Nie zdawałem sobie nawet sprawy, że będę przy nich wyglądał staro (śmiech). Tak więc pokochałem ich entuzjazm i to, że tak cieszą się graniem muzyki. Nie chodziło o biznes, pieniądze czy sławę. Byli szczęśliwi, że mogą grać wspaniałą muzykę, byli tym podekscytowani i to było dla mnie naprawdę świetne, ponieważ tchnęło nowe życie w mój stary materiał. Mogłem dać mu zupełnie nowe życie. Jak pewnie wiesz, Eric odszedł z zespołu 5 lat temu, a przez ostatnie 5 lat gra w nim Tobias Ralph, który jest fenomenalnym perkusistą i świetnie pasuje do zespołu. Do tej pory to power trio zrobiło w 5 lat właściwie wszystko, co może zrobić zespół. Graliśmy przed 150 tysiącami ludzi i graliśmy dla 40 osób (śmiech) i dla każdej ilości pomiędzy tym. Co ważniejsze, mamy doskonałą relację. Jest nas tylko trójka, więc wszędzie podróżujemy razem, co najwyżej z jedną lub dwiema osobami. Okrążyliśmy świat wiele razy – Japonia, Australia, Europa, Rosja, Europa Wschodnia, Ameryka Południowa – byliśmy wszędzie. Tak więc gdy masz zespół, który od tak dawna walczy razem na scenie, dzieje się coś naprawdę magicznego, jakbyś mógł czytać w myślach drugiej osoby. Uważam, że jest to dla mnie idealny zespół. Kocham format „power trio”, ponieważ oznacza to, że masz tylko trzy osoby, które starają się odtworzyć dźwięk z nagrań, w których brała udział większa ilość ludzi. W związku z tym każda osoba w zespole przejmuje większą rolę, jest bardziej odpowiedzialna muzycznie i myślę, że to świetnie się sprawdza. Uważam także, że w trio łatwiej jest improwizować razem, ponieważ możesz podążać za drugą osobą. To piękne. Kocham power trio, jestem szczęśliwy, że zabieram je do Europy. Mam nadzieję, że ludzie przyjdą, ponieważ nie wiem jak często możemy do was wracać. Z reguły jest to naprawdę trudne, ale uważam, że koncerty są takie, jakie powinny być. Jestem naprawdę dumny!
Więcej szczegółów na temat koncertów, które odbędą się w Polsce już w przyszłym tygodniu przeczytacie tutaj: Wrocław, Warszawa.
