Richie Kotzen, Billy Sheehan i Mike Portnoy. Chyba nie ma szanującego się fana muzyki rockowej, który nie znałby chociaż jednego z tych nazwisk. Ci trzej panowie tworzą supergrupę The Winery Dogs, która w sobotę 20 lutego zagrała wyśmienity koncert w warszawskiej Progresji. Czekałem na ten występ od momentu, w którym zacząłem słuchać tej grupy, czyli od przeszło dwóch lat, ale zacznijmy od początku!
W roli supportu wystąpiła Martina Edoff wraz ze swoim zespołem. Support został ogłoszony dosłownie kilka dni przed koncertem, więc nie miałem okazji zapoznać się z muzyką grupy, jednak nie zawiodłem się. Kwintet gra świetnego, chwytliwego hard rocka. Martina promowała swój najnowszy album „Unity” i udało jej się zaskarbić względy publiczności, której większa część (łącznie ze mną) nigdy o niej nie słyszała. Zespół przez 50 minut zagrał 10 utworów stanowiących udany miks ballad i cięższych, typowo hardrockowych porywaczy tłumu. Dość niski i mocny głos Martiny idealnie współgrał z warsztatem wykonawczym muzyków. Co ciekawe, na basie grał Nalle Påhlsson na co dzień grający w Therion.
Po krótkiej przerwie technicznej z głośników zaczął wybrzmiewać klasyk George’a Clintona 'Atomic Dog’, a po chwili na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Zespół rozpoczął dwoma kawałkami z ostatniego albumu „Hot Streak” – 'Oblivion’ z gnającą sekcją rytmiczną oraz zaraz po nim 'Captain Love’ z tradycyjnym przywitaniem Mike’a Portnoya („What’s up Warsaw?!”). Jako trzeci usłyszeliśmy 'We Are One’, pierwszy tego wieczoru utwór z debiutanckiego albumu. Po przywitaniu się z publicznością Richie zapowiedział tytułowy numer z „Hot Streak”. Kawałek, który krąży w okolicach jazz fusion dał Kotzenowi okazję popisać się swoimi umiejętnościami. Następnie Sheehan rozpoczął swoim genialnym riffem 'How Long’, kolejny utwór z „Hot Streak”. Chwila ciszy i zespół gra 'Time Machine’, jeden ze swoich pierwszych przebojów. Panowie wyraźnie czerpią wielką przyjemność z grania razem, co widać było szczególnie w tym utworze. Krótko potem rozbrzmiewają pierwsze dźwięki 'Empire’ na co publiczność zareagowała olbrzymim entuzjazmem. Jeśli ktoś śledzi poczynania zespołu to dobrze wie, że właśnie ten utwór jest polem do popisu dla Kotzena. Nawet Billy był zdumiony tym co gitarzysta potrafi zrobić ze swoim instrumentem. Mike do refrenu wtrącił cowbell na co widownia zareagowała natychmiast. Dla mnie był to jeden z najlepszych momentów tego koncertu.
Druga część koncertu rozpoczyna się spokojnie. Portnoy i Sheehan schodzą ze sceny, a Kotzen odkłada swojego Telecastera i wraca z akustykiem, żeby wykonać solowo balladę 'Fire’. Jego głos, kojarzący się z wokalem Paula Rodgersa czy Chrisa Cornella, jest wyjątkowo przejmujący co udowodnił w kolejnej balladzie 'Think It Over’, którą wykonał z całym zespołem, lecz tym razem odkładając gitarę na rzecz pianina Wurlitzer. Druga część koncertu to również rewelacyjne solo Mike’a Portnoya na perkusji, które rozpoczęło 'The Other Side’. To właśnie w tym utworze zespół pozwala sobie na chwilę jammowania. W środku utworu Mike wyskakuje zza zestawu ze swoimi pałeczkami i zaczyna grać na scenie. DOSŁOWNIE. Portnoy „zagrał” na basie, statywach mikrofonowych, głośnikach, ale w końcu wrócił za gary, aby dać Richiemu zagrać bardzo emocjonalną, spokojną solówkę. Kotzen udowodnił, że nie technika a emocje liczą się najbardziej w muzyce. Koniec utworu, na scenie zostaje Sheehan i prezentuje 5-minutowe solo na basie. Cóż mogę powiedzieć, wszystkim szczęka opadła. Większość znanych mi gitarzystów nie potrafi zrobić tego, co Billy robi na basie. Nie wiem czy wiecie, ale to Sheehan zaczął grać tappingiem w 1974 roku, 4 lata przed spopularyzowaniem tej techniki przez Eddiego Van Halena. Basista, mimo 62 lat na karku, pokazał młodzikom jak to się robi. Na scenie ponownie cały zespół i zaczynają 'Ghost Town’. Muszę przyznać, że ten utwór na żywo brzmi jeszcze lepiej, szczególnie wokal robi dużą robotę. Na koniec drugiej części koncertu zaserwowano nam dwa szlagiery – 'I’m No Angel’ oraz 'Elevate’ z rozbudowanym solo.
Publiczność owacjami pożegnała muzyków i po okrzykach „WINERY DOGS!” zespół wrócił, aby na bis wykonać 'Regret’. To właśnie w tej balladzie usłyszeliśmy największy popis wokalny Kotzena nagrodzony gromkimi brawami. Na koniec, aby jeszcze bardziej ożywić widownię, 'Desire’. Zespół zakończył show widowiskowo – Sheehan „kręcił” swoim basem w powietrzu, a Mike z pałeczką w zębach chwycił swój stołek, uderzył nim w talerze i rzucił go na środek sceny. Tak skończył się definitywnie najlepszy koncert na jakim kiedykolwiek byłem oraz jak na razie koncert roku.
The Winery Dogs udowodnili, że są w fantastycznej formie oraz, że genialni są nie tylko w studiu. Chemia, która ich łączy jest momentalnie odczuwalna. Mike Portnoy chyba nareszcie czuje prawdziwą radość z grania – ma świetny kontakt z publicznością, robi sobie żarty, traktuje grę jako genialną zabawę i pasję, a nie jako kolejną robotę do wykonania. Cała trójka jest już po 40-tce, a swoimi umiejętnościami przewyższa młode zespoły o miliony lat świetlnych. Wokal Kotzena z wiekiem robi się jeszcze lepszy, tak samo jak jego gra na gitarze. Billy od zawsze czarował swoją grą na basie – nie ma drugiego takiego basisty. A Mike robi to co umie najlepiej – łączy charyzmę z genialną grą na perkusji. Koncert podsumuję krótko – mistrzostwo świata.
Autorką tych świetnych zdjęć jest Kara Rokita. Czym prędzej polubcie jej profil na Facebooku!
![The Winery Dogs: Relacja z koncertu w Progresji [20.02.2016]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2016/02/the-winery-dogs.jpg)


