Zapytacie, jak mi minął wtorkowy wieczór? Otóż wtorkowy wieczór spędziłem, uprawiając mój ulubiony sport, czyli mosh. Udałem się do poznańskiego Bazyla, żeby zobaczyć w akcji klasykę nowojorskiego hardcoru – Madballa. Zespół znany dość szeroko i raczej nikomu nie trzeba ich przedstawiać. Na supporcie bydgoszczanie z Old Fashonied i warszawski Steet Chaos, ale nie uprzedzajmy faktów. Raźnym krokiem wszedłem do klubu, sypnąłem złotem na merchu i sam się złotem w postaci stosownego trunku uraczyłem.
Na pierwszy ogień rzucona została ekipa z Old Fashonied ze swoją bardzo energetyczną muzyką: w repertuarze utwory zarówno w języku wyspiarskim, jak i w naszej mowie ojczystej. Grają bardziej w stronę Ignite, niż Madballa, którego wszak dzisiaj wspierali, ale w moim odczuciu wypadli bardzo dobrze. Pod sceną pustawo, ale trochę energii zdążyłem tam zostawić. Było warto.

Zaraz po nich na scenie pojawiła się ekipa z Street Chaos – miałem wcześniej okazję sprawdzić ich nagrania, ale nieszczególnie mnie kupiły. Tego wieczoru było jednak inaczej i panowie skopali mi dupsko, jak Imperium Rebeliantom na Hoth – a jeśli porównuję się do Rebelianta z Hoth, to coś jest na rzeczy. Wokalista miał kapitalny kontakt z publicznością, który udowodnił szczególnie zgrabnym susem, opuszczając scenę i wpadając do nas na małą zabawę. Przepraszam, zabawę? Wskoczył w tłum z mikrofonem i zaczął się z nami bezpardonowo napierdalać pod tą sceną! Genialna rzecz! Koncert na pewno zmotywował mnie do dania kolejnej szansy ich dokonaniom studyjnym.

Klub szybko się zapełnił, bo oto na scenę wbić miała gwiazda wieczoru. Szybkie intro i nagle rozpętało się piekło. A gdy rozpętuje się piekło, nie można stać w miejscu. Ruszyłem więc dziarsko w bój. Nowojorczykom wystarczyła chwila, żeby przekonali publikę do siebie. Set był tak energetyczny, że zwiastował nadchodzące urwanie mi głowy. Im dłużej to szaleństwo trwało na scenie, tym mocniej i my szaleliśmy pod nią. Wreszcie stanie przestało nam wystarczać, zaczęliśmy latać (niestety tylko kilka osób, bo barierki utrudniały stage diving). Istny rozpierdol. Końcówka wypełniona szlagierami jak „HeavenHell” i „Doc Marten Stomp”. Pokochaliśmy Madball tak, jak Hoya pokochał nasze pierogi.
Emocje opadły razem z kurzem po wielkiej bitwie – chwila odpoczynku, szatnia i powrót do domu. Wróciłem obolały, ale gotów byłem natychmiast wskoczyć w mosh jeszcze raz. Potwierdziła się moja teoria, że to na hardcorach, szczególnie nowojorskich, najlepiej wychodzą hulanki pod sceną. Wszystkie inne gatunki to przy tym nic. To trzeba przeżyć, poczuć, przecierpieć!
Wszystkie zdjęcia pochodzą od Piątaesencja, na którego społecznościówki serdecznie was zapraszamy 😉

![Madball: Relacja z poznańskiego koncertu [14.11.17] Madball: Relacja z poznańskiego koncertu [14.11.17]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2017/11/1.jpg)