Słowo „zdrada” posiada kilka definicji, jednak zazwyczaj kojarzy się bardzo pejoratywnie. W polskiej muzyce popularnej uznawanej powszechnie za ciężką, do niedawna główną zdrajczynią była Agnieszka Chylińska, której fani chyba nie zapomną nigdy, ile chciała im dać. Z kapel rockowych wywodzi się także całkiem spora grupa muzycznych „produktów”, grających dzisiaj na imprezach rangi Sylwestra z Dwójką. Trudno się więc dziwić, że gatunkowe metamorfozy rockersów spotykają się z dużą dawką sceptycyzmu, szczególnie w obrębie zainteresowanych tematem subkultur. Jednak poza przykrymi gniotami i przekombinowanymi niewypałami istnieją też tacy artyści, którym transformacja stylistyczna służy i to służy zadziwiająco bardzo. Najlepszym tego przykładem jest autor świetnej, lekkiej lecz niepokojącej płyty „Złoto” – Krzysztof Zalewski, w którego koncercie miałam przyjemność niedawno uczestniczyć.
W 2002 roku Zalewski pojawił się w programie „Idol” w skórze, ciężkich butach, z burzą długich loków i rockowymi klasykami na ustach. Miałam wtedy 10 lat i nie do końca byłam w stanie zrozumieć czemu ten sympatyczny chłopak nie może tańczyć i piszczeć, jak moi ówcześni ulubieńcy z Backstreet Boys, tylko jest takim dziwakiem. O metalu i rocku wiedziałam tyle, co Pan Korwin-Mikke o tolerancji. Potem kiedy wiedziałam już nieco więcej było mi szkoda, że Krzysiek to kolejny dobry, polski wokalista marnujący swój potencjał próbując tworzyć muzykę inspirowaną swoimi idolami. Podstawową wadą takich projektów, nawet tych dobrych jest fakt, że młodzi artyści wpadają w ograne już w każdy możliwy sposób schematy, z których ciężko się wydostać, a na ich wtórne kompozycje nie ma miejsca na wymagającym i przepełnionym rynku muzycznym. Po przeszło 10 latach od występu w znanym talent show, Zalewski powrócił prezentując zupełnie nową jakość swojej twórczości. Muzyk porównywany dzisiaj do nazwisk takich jak Bowie czy Zappa jest właśnie w połowie trasy promującej jego ostatni album „Złoto”. Trasy, która nie bez przyczyny wyprzedała się do ostatniego biletu już w pięciu miastach w Polsce.

Występ w łódzkiej Wytwórni Zalewski rozpoczął utworem „Jak dobrze”, który na płycie muzyk wykonuje wspólnie z Natalią Przybysz. Numer z przegadanymi wokalnie zwrotkami i rozbujanym refrenem doskonale wprowadził gęstniejącą pod sceną publiczność w klimat koncertu. Kolejny w secie pojawił się aktualny tekstowo i nowoczesny w brzmieniu „Uchodźca” oraz romantyczny, taneczny „Chłopiec”. Mocnym punktem występu był przebojowy „Gatunek” z piękną gitarą akustyczną wysuniętą na pierwszy plan. Ktoś kiedyś powiedział, że najgorzej dać człowiekowi nadzieję, a potem ją odebrać, co Zalewski uczynił mojej osobie kusząc pierwszymi dźwiękami „Whole Lotta Love”. Utwór w wykonaniu muzyka na pewno zrobiłby na mnie wrażenie, ze względu na spore możliwości wokalne chłopaka, jednak jedyną kompozycją anglojęzyczną, która wybrzmiała tego wieczoru był „Folyn”. Wyczekiwany przeze mnie najbardziej, ostatni singiel Zalewskiego w postaci utworu „Miłość, Miłość”, podobnie jak „Luka” skończyły się zdecydowanie za szybko. To numery z kategorii tych, które raz włączone grożą wielogodzinnym zapętleniem. Pierwszą część koncertu skończyła kompozycja „Na Drugi Brzeg”, po której artysta zagrał jeszcze dwa bisy. Podczas kolejnych wyjść na scenę Zalewski popisał się swoją grą na perkusji, jeszcze raz odśpiewał „Miłość, Miłość”, a także wykonał największy przebój – „Jaśniej”.
Heavymetalowy look Krzysiek zamienił na błyszczącą kurtkę z cekinami i modną fryzurę, przeciętne, oklepane granie na świadome kompozycje wykorzystujące w pełni talent muzyka. Jednak to, co w Zalewskim pozostało niezmienne to siła w głosie i charyzma, która bez względu na stopień ciężkości grania jest niezbędna w zbieraniu zadowolonego, skupionego tłumu pod sceną. A uwierzcie mi, obecni w ostatni piątek w Wytwórni wychodzili z niej z szerokimi uśmiechami.
![Krzysztof Zalewski: Relacja z łódzkiej Wytwórni [20.01.2017]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2017/01/krzysztof-zalewski.jpg)