One of these days I’m gonna tear you into little pieces
Koncert Davida Gilmoura. Jedno z moich koncertowych marzeń zostało spełnione. Magiczny wieczór i wydarzenie, które zostawiło mnie pozbawionego słów, głosu i sił witalnych. Nie będę się silił na opisywanie technicznych aspektów występu. To możecie przeczytać w relacji Michała – tutaj. Ja opowiem Wam o tym jak wyglądało to oczami wielkiego fana, który doświadczył orgii dźwięków, świateł i emocji, prosto z pierwszego rzędu.
Wiedziałem, że to będzie TEN koncert już rok temu, gdy pojawiły się pierwsze pogłoski, że Gilmour wystąpi w Polsce. Koncerty byłego członka Pink Floyd to zawsze wydarzenie intratne i kosztowne, prawdziwy rarytas dla fanów. Byłem sceptyczny czy rzeczywiście artysta pojawi się w Polsce. Wszak ostatni raz zagrał dla nas 10 lat temu w Stoczni Gdańskiej. Okazało się, że to jednak prawda – Muzyk uświetni obchody Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu. I tak, to prawda, że był bałagan z biletami i nie wszyscy zainteresowani kupili wejściówkę. Chcę jednak zburzyć mit, że nabycie go graniczyło z cudem. Poświęciłem dużo czasu i energii na tzw. „F5”, odświeżanie 24/h i udało się: GC EE! Moi znajomi również zakupili bilety na odpowiednie strefy. Radości nie było końca.
A great day for freedom
Dzień koncertu obfitował w emocje już od rana. Upał, tłumne oczekiwanie przed bramkami i mecz Polska – Szwajcaria. Oglądaliśmy go w polowych warunkach: transmisja online na smartfonie + relacja pisana na jednym z portali. Nawet ochroniarze przysłuchiwali się naszym komentarzom na temat boiskowych zmagań Polaków. Gol Kuby, odpowiedź Szwajcarów, a potem dogrywka i karne. Okrzyk radości Polaków! Uffff… Przechodzimy dalej! Stojący obok mnie Anglik ze spokojem rzekł: „I knew that Poland would be the outcome”.
Po meczu tłum oczekujących podwoił się, każdy liczył, że uda się złapać barierki i stanąć w pierwszym rzędzie.

With friends surrounded the nights of wonder
Mnie się udało. Nie czatowałem co prawda od 5 rano. Ale znam osobę, która tak zrobiła. Miałem zaszczyt stać obok niej i reszty moich przyjaciół, pomimo upału i zmęczenia zaraz przy barierkach. Przed nami była już tylko scena, wśród nas: powietrze gęste od emocji.
Tradycyjnie oczekiwanie umiliły rozmowy o muzyce i następnych koncertach. Królował żart, który pozwolę sobie przytoczyć:
– Po czym poznać, że jest się na koncercie Porcupine Tree?
– Po tym, że publika klaszcze do rytmu.
Leszek Możdżer pojawił się na scenie w okolicach godziny 21. Być może to jego aparycja przywołała żart o Porcupine Tree. To był znak, że zbliża się rozpoczęcie koncertu. Wszyscy obecni na Placu Wolności wiedzieli, że będzie to magiczna noc.
The echo of a distant time
Setlista była wspaniała. David zagrał chyba wszystko, co mógł. W końcu koncert trwał 180 minut! Jasne, brakowało „Echoes”. Ten monumentalny utwór, być może najważniejszy prog-rockowy gigant, to opus magnum Floydów. I chociaż była okazja, żeby przygotować „Echoes” na trasę (Gilmour zagra w Pompejach!) to jednak przecieki z prób nie zostawiały nadziei: nie będzie „Echoes”, ale przygotowano niespodziankę – „One Of These Days”, utwór z płyty „Meddle” nigdy wcześniej nie grany przez Davida solowo. Perełeczka i bardzo miły ukłon ze strony zespołu.

Rattle that lock, lose those chains
Koncert był częścią trasy promującej ubiegłoroczny album Gilmoura – „Rattle That Lock”. Krążek bardzo udany i posiadający kilka mocnych punktów. Zdecydowanie wybija się tytułowy singiel, który zagrany jako drugi, sprawdził się znakomicie. Tysiące gardeł wyśpiewujących wers: „Rattle that lock!” zdecydowanie robiło wrażenie. Zresztą sami zapewne wiecie, jakie to uczucie, gdy wszyscy obok znają słowa piosenek i dają ponieść się chwili i zatracić na czas koncertu. My również daliśmy czadu pod barierkami. Bez chwili wytchnienia, zdzierając gardła do granic. Śpiewaliśmy razem z Davidem. I cieszyliśmy się z każdego zaskoczonego uśmiechu mówiącego: „Niesamowite! Ten utwór też znacie?!”.
Z nowej płyty zagrano osiem kompozycji. Sporo, jednakże każda z nich broniła się znakomicie. Muszę przyznać, że czasami łapałem się na „odpłynięciu”, oglądając przygotowane wizualizacje i teledyski wyświetlane na Mr. Screen’ie, ekranie będącym nierozłącznym towarzyszem koncertów jeszcze z czasów Pink Floyd.
Did they get you to trade your heroes for ghosts?
Czy koncert Davida Gilmoura może zastąpić koncert Pink Floyd? To pytanie było jednym z częstszych zadawanych sobie przez fanów twórczości zespołu z Londynu. Czy można zastąpić Rogera Watersa?
Odpowiem za siebie: Tak. Podczas „Run Like Hell”, „Money” czy też „Time” czułem ducha Floydów. Nie brakowało Watersa w „Comfortably Numb”. Wiadomo, fani niebędący na bieżąco z relacjami Gilmour-Waters mogli być zawiedzeni brakiem szlagieru „Another Brick In The Wall pt.2”. Tu mam radę: Gilmour nigdy tego nie zagra, nie zagra też nic z „Animals” i „The Final Cut”, dlatego włączcie sobie album studyjny. Albo pojedźcie na koncert Rogera Watersa. W swoim zespole to David jest panem. I doskonale układa setlisty. „High Hopes” zagrane na koniec I części koncertu to poezja. Koncertowa magia w najczystszej postaci. Już pierwsze dźwięki dzwonu wpisały się do klasyki muzyki rockowej. A możliwość usłyszenia tego na żywo… Cóż, przekracza moje granice pojmowania. Warto, naprawdę warto zobaczyć i usłyszeć na żywo.
Shine on you crazy diamond
Po raz pierwszy w Polsce wybrzmiało „Run Like Hell”, kończące II set. Przyszedł czas na bisy. I nieuchronny koniec koncertu. Ale to właśnie zakończenie było szaleństwem w najczystszej postaci.
Energia przekazane od muzyków ze sceny eksplodowała z niewyobrażalną siłą podczas „Comfortably Numb”. Wokół mnie szaleli, śpiewali i płakali już wszyscy. Gitarowe solo zmiotło z powierzchni Ziemi.
Panie i Panowie, David Gilmour. Legenda.
A distant ship’s smoke on the horizon
Dziś, w poniedziałkowy ranek, koncert jest już tylko wspomnieniem. Wspomnieniem o tyle istotnym, gdyż dzielonym razem z fantastycznymi ludźmi i zespołem, o kunszcie przekraczającym normy dopuszczalne przez Unię Europejską (Guy Pratt, wieloletni basista Pink Floyd w post-Watersowej erze, nawiązał zresztą do Brexitu, ubierając się na bisy w koszulkę z flagą UE).
Nie wiem czy jakikolwiek koncert w tym roku będzie w stanie konkurować z 70-letnim Davidem Gilmourem, jego Fenderami i zespołem doskonałych muzyków. A gdy wspomnienie zacznie blednąć, przypomnę sobie „Comfortably Numb”, pod koniec którego zakryłem dłonią usta, gdyż nie mogłem wierzyć w to, co zdarzyło się przed chwilą.
Jak to mówią teraz młodzi (których nie brakowało podczas koncertu!) w internetach: 10/10. Zaorane.
1. 5 A.M.
2. Rattle That Lock
3. Faces of Stone
4. Wish You Were Here
5. What Do You Want From Me
6. A Boat Lies Waiting
7. The Blue
8. Money
9. Us and Them
10. In Any Tongue
11. High Hopes
Set 2:
12. One of These Days
13. Shine On You Crazy Diamond (Parts I-V)
14. Dancing Right in Front of Me
15. Coming Back to Life
16. On an Island
17. The Girl in the Yellow Dress
18. Today
19. Sorrow
20. Run Like Hell
Bis:
21. Time
22. Breathe (Reprise)
23. Comfortably Numb
![David Gilmour: Relacja z pierwszego rzędu we Wrocławiu [25.06.2016]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2016/06/gilm_3277.jpg)