Legendarny członek Pink Floyd i zarazem jedna z ostatnich wielkich gwiazd złotej ery rocka odwiedziła Polskę: David Gilmour dał na placu Wolności we Wrocławiu imponujący, 3-godzinny koncert, który przejdzie do historii i dla wielu fanów z pewnością pozostanie jednym z największych muzycznych wydarzeń w życiu.
Pierwszy – i jedyny do wczoraj – raz Gilmour pojawił się w Polsce 10 lat temu w Stoczni Gdańskiej. Koncert ten został później wydany na DVD. Występ zorganizowany we Wrocławiu był mniejszy – pojawiło się około 20 tysięcy osób – ale prezentował się równie imponująco od strony wizualnej. Okazało się że plac Wolności to piękne miejsce, które wprowadziło dodatkową atmosferę tego gorącego, letniego dnia. Wieczór był okazją do ponownej współpracy Gilmoura z Polakami – pianistą Leszkiem Możdżerem oraz aranżerem i dyrygentem orkiestry symfonicznej Zbigniewem Preisnerem. Sam Możdżer umilił zebranym czekanie swoim niespełna półgodzinnym solowym recitalem – była to muzyka piękna, choć niełatwa, ale publiczność z entuzjazmem podchodziła do jego wyczynów za fortepianem. Dzięki niej przez chwilę można było zapomnieć o wyczekiwaniu w upale na gwiazdę wieczoru.

Brytyjski gitarzysta z towarzyszeniem swojego zespołu pojawił się na scenie o 21:45. Zanim jednak przejdę do opisu mojej wersji wydarzeń wspomnę tylko, że osobiście nigdy nie byłem wielkim fanem Pink Floyd, dlatego do relacji mogę (na szczęście) podejść bardziej obiektywnie. Wieczór rozpoczął instrumentalny „5 A.M”, w którym David zamiast wyciągać swoje firmowe długie nuty trochę męczył się z brzmieniem i z gitarą. Na szczęście w kolejnym, przebojowym „Rattle That Lock” było już lepiej, a po nim pojawił się – tak jak na płycie – kolejny spokojny moment, czyli akustyczny „Faces of Stone”. Prawdziwie wielki aplauz i ożywienie wzbudził dopiero „Wish You Were Here”, pięknie brzmiący w akustycznym duecie z Chesterem Kamenem oraz drugi z repertuaru Pink Floyd „What Do You Want From Me”. Następnie uspokojenie w postaci „A Boat Lies Waiting” i „The Blue” – jedynym oprócz „On An Island” reprezentantem wcześniejszej solowej twórczości artysty. Po nim na wielkim okrągłym ekranie pojawiły się spadające monety, a z głośników popłynął brzdęk metalu i już było wiadomo, że wybrzmi inny ponadczasowy utwór – „Money”. Pierwszą część koncertu zakończył równie genialny moment, czyli „High Hopes” z towarzyszeniem teledysku wyświetlanego na ekranie.

Po 15-minutowej przerwie przyszedł czas na drugą część występu, którą otworzyła niespodzianka – „One Of These Days” – po raz pierwszy zagrana przez Davida solowo. Jak się okazało, nie była to jedyna koncertowa premiera, bo po raz pierwszy wykonana została także piosenka z „Rattle That Lock” – „Dancing Right in Front of Me” przywołująca, tak jak „Today”, Floydowego ducha. Co do macierzystej grupy gitarzysty – najważniejszym momentem drugiej odsłony wieczoru było chyba „Shine on You Crazy Diamond”, który również zabrzmiał jak za starych dobrych czasów. Wielkie wrażenie zrobiły z kolei migające, tęczowe światła w „Run Like Hell”. „The Girl in the Yellow Dress” była natomiast okazją, by do muzyków dołączył Możdżer, dzięki któremu utwór zabrzmiał jeszcze bardziej przestrzennie i jazzowo. Po wspomnianym „Run Like Hell” zespół zszedł ze sceny, jednak przy burzy oklasków nie było możliwości, by nie pojawił się na bis. Rozpoczęły go tykające zegary i dzwoniące budziki – znów utwór Pink Floyd, czyli „Time” zakończony przez fragment „Breathe”. Na deser pozostała do zagrania już tylko jedna kompozycja – najbardziej wyczekiwany przez wszystkich „Comfortably Numb” – w brawurowym duecie wokalnym Davida z klawiszowcem Chuckiem Leavellem, który doskonale wczuł się w rolę Rogera Watersa. Pięknego wykonania dopełniły efektowne różnokolorowe lasery.

Po równo 3 godzinach i 23 zagranych utworach David Gilmour zszedł ze sceny. Był to koncert obfitujący w wiele wspaniałych momentów, piękną muzykę i doskonałe dopracowanie od strony wizualnej. Chociaż należy artyście oddać szacunek za to, że pomimo 70-tki na karku wciąż ma w sobie entuzjazm, zmienia co wieczór listę granych piosenek i daje z siebie wszystko, to dla dramaturgii koncertu można było wyłączyć z repertuaru parę kawałków (z samej „Rattle That Lock” było ich aż 8). Sam David niedomagał czasem zarówno wokalnie, jak i instrumentalnie. Tak jak napisałem jednak we wstępie, wspaniale było zobaczyć na żywo legendę tworzącą historię rocka wciąż w niezłej formie i na pewno dla wielu zebranych było to niezapomniane przeżycie. Przy takich utworach jak „Money” czy „Comfortably Numb” powietrze ciężkie było nie tylko od upału, ale także od emocji.
1. 5 A.M.
2. Rattle That Lock
3. Faces of Stone
4. Wish You Were Here
5. What Do You Want From Me
6. A Boat Lies Waiting
7. The Blue
8. Money
9. Us and Them
10. In Any Tongue
11. High Hopes
Set 2:
12. One of These Days
13. Shine On You Crazy Diamond (Parts I-V)
14. Dancing Right in Front of Me
15. Coming Back to Life
16. On an Island
17. The Girl in the Yellow Dress
18. Today
19. Sorrow
20. Run Like Hell
Bis:
21. Time
22. Breathe (Reprise)
23. Comfortably Numb
https://www.youtube.com/watch?v=Tly7E-WsXWQ
![David Gilmour: Relacja z koncertu we Wrocławiu [25.06.2016]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2016/06/IMAG1704-1024x572.jpg)